W Polsce od XVIII w. ciągle powtarzamy te same autostereotypy, które kreują pułapkę społeczną. Stale sobie mówimy: obywatel w Polaku mały, dzielimy się na dwa społeczeństwa: sarmatów i chłopów. W ten sposób sami przyjmujemy na swój temat negatywne założenia – mówi prof. Anna Giza-Poleszczuk.

Ewa Buczek, Zbigniew Nosowski: Czy zdaniem socjologa w polskim społeczeństwie jest więcej przejawów solidarności społecznej czy jej braku?

Anna Giza-Poleszczuk: Zdecydowanie więcej jest przejawów solidarności, przy czym nie mówię tu o spektakularnych wydarzeniach w rodzaju wielkich manifestacji, ale o poziomie życia codziennego. Myślę o tych sytuacjach, gdy ludzie zrzucają się na Europejskie Centrum Solidarności, żeby przywołać niedawny przykład, wspomagają zbiórkę na operację chorego dziecka albo biorą udział w jakichś wydarzeniach lokalnych, które sami organizują.

Od lat powtarzam, że w ocenach naszego społeczeństwa za bardzo upraszczamy. Ta tendencja do generalizowania i wypowiadania się o Polakach jako takich jest o tyle zgubna, że tworzy bardzo negatywną wizję nas samych. Im dłużej i bardziej uporczywie będziemy powtarzali Polakom, że według wyników badań oni sobie nie ufają, tym większe jest ryzyko, że gdy spotkamy kogoś nieznajomego, od razu pomyślimy: „On mi pewnie nie ufa i ja jemu nie ufam”.

Samospełniająca się przepowiednia?

– Otóż to. Istotą wspólnego życia jest fakt, że działając, zawsze przyjmujemy pewne założenia. Na tym polega refleksyjność, to nas różni – i to w pewnym tylko stopniu – od odruchowego działania zwierząt. Socjologowie używają tu m.in. pojęcia definicji sytuacji. Gdy dla opisu przyjmiemy słowo „walka”, zachowujemy się inaczej, niż gdy nakreślimy tę samą sytuację w sposób pozytywny. W Polsce od XVIII w. ciągle powtarzamy te same autostereotypy, które kreują pułapkę społeczną. Stale sobie mówimy: obywatel w Polaku mały. Sami dzielimy się na dwa społeczeństwa: sarmatów i chłopów. W ten sposób przyjmujemy negatywne założenia, na które zresztą wykazujemy się gigantyczną odpornością, skoro przejawy sympatii i życzliwości nadal są wśród nas dominujące. Wystarczy spojrzeć na dane: instytucją, która od lat cieszy się najwyższym społecznym zaufaniem, jest WOŚP, potem jest Caritas itd. To jest komunikat, że jeśli coś jest robione dobrze i solidarnie, to ludzie za tym pójdą. Z solidarnością Polaków naprawdę nie jest źle i coraz częściej słyszę od młodych ludzi, że mają już dość tego samobiczowania, że męczy ich to ciągłe hamletyzowanie.

Proszę zauważyć, że z polskiego społeczeństwa zawsze ktoś był niezadowolony. Najpierw mieliśmy żal do tych, którzy nie walczyli w powstaniach, wystarczy wspomnieć „Rozdziobią nas kruki, wrony” Żeromskiego. Po II wojnie światowej inni – nawet zachodni intelektualiści – zarzucali nam, że nie budowaliśmy socjalizmu. Nigdy nie zapomnę, jak do Warszawy przyjechał Jurgen Habermas i na spotkaniu ze studentami zaczął od tego, że na Zachodzie wypracowali taką świetną ideę socjalizmu, a co myśmy z tym zrobili?! Potem był rok ’89 i znowu były pretensje, że tworzymy przypadkowe społeczeństwo – daliśmy górnikom odprawy, a oni zamiast założyć prosperujące przedsiębiorstwa, gdzieś potopili te pieniądze i poszli na zasiłek.

Im dłużej i bardziej uporczywie będziemy powtarzali Polakom, że według wyników badań oni sobie nie ufają, tym większe jest ryzyko, że gdy spotkamy kogoś nieznajomego, od razu pomyślimy: „On mi pewnie nie ufa i ja jemu nie ufam”

Zdajemy się nie pamiętać, że jako społeczeństwo przez ostatnie 100 lat podlegaliśmy olbrzymim zmianom. Spójrzmy choćby na naszą sytuację po I wojnie światowej. Jak wielkim wyzwaniem było zbudowanie spójnego systemu prawnego z wielu różnych systemów pozostałych po zaborcach. Jak trudno było stworzyć społeczeństwo z tylu odmiennych grup etnicznych. Te osiągnięcia były okupione wielkim wysiłkiem mnóstwa osób.

Na marginesie tylko dodam, że nawet w naszej rozmowie pojawia się stale fraza „to społeczeństwo”, a przecież zawarty jest w niej gigantyczny dystans. Oto po jednej stronie jestem ja, a po drugiej jest to beznadziejne społeczeństwo, z którym nic nie da zrobić, które nie spełnia naszych oczekiwań, nie chodzi do wyborów itd.

Jak zatem mówić o nas jako wspólnocie? I jak ze sobą rozmawiać, żebyśmy byli coraz lepszym społeczeństwem?

– Jest dużo pól, na których moglibyśmy się poprawić, ale aby tak się stało, trzeba brać ludzi takimi, jakimi są. Możemy im np. powiedzieć: „To i to robicie świetnie, dziękujemy wam za to, ale dobrze byłoby popracować nad tym i tamtym”. Problem w tym, że nie potrafimy dawać informacji zwrotnej, tylko całościowo osądzamy i krytykujemy.

Wiele lat temu dołączyłam do międzynarodowej korporacji i szybko skonfliktowałam się ze współpracownikami. Szef, zamiast mnie wyrzucić, zaprosił mnie na rozmowę i zapytał, co się właściwie stało. Powiedziałam, że ci ludzie w ogóle nie rozumieją, co do nich mówię. On wtedy zapytał: „A nie sądzisz, że jeśli ktoś nie rozumie, co do niego mówisz, to jest też twój problem?” i wysłał mnie na szkolenie z komunikacji. Ono zaczęło się od tego, że trener pokazał nam planszę, na której widać było stojące naprzeciwko siebie zwierzęta: nastroszonego kota i warczącego psa, a napis głosił: „Pamiętaj, że zawsze jesteś częścią problemu”.

Mam wrażenie, że takiego podejścia często nam brakuje. Pierwszym etapem zrozumienia drugiej strony jest cofnięcie się o krok i uświadomienie sobie, jakie założenia się przyjęło. Zawsze przyjmujemy założenia na temat ludzi i sytuacji, nie pozbędziemy się ich, ale bądźmy ich świadomi. One często wynikają z naszych pragnień. Próbujmy dostrzec najpierw belkę w swoim oku.

A jakiego typu założenia nam towarzyszą?

– Oczywiście jest ich mnóstwo, ale jednym z bardziej krzywdzących, które zrobiło ostatnimi czasy zawrotną karierę, jest etykietowanie mianem „Janusza” i „Grażyny”. Muszę przyznać, że nie ma dla mnie nic bardziej bolesnego niż definiowanie ludzi w ten sposób.

Postaci „Janusza” i „Grażyny” pojawiły się już w popularnej książce dla przedszkolaków.

– Zetknęłam się z nimi nawet na spotkaniu bardzo zacnych ludzi z organizacji pozarządowych, którzy zastanawiali się nad formą uczczenia rocznicy 4 czerwca 1989 r.! Przyznam, że miałam ochotę zrobić dziką awanturę, bo kto jak kto, ale oni nie powinni w ten sposób myśleć ani mówić. Niestety intelektualiści nie są wolni od takich skłonności. Kilka lat temu byłam na wykładzie Janusza Czapińskiego, który od dawna głosi tezę o braku kapitału społecznego, wynikającym z kulturowo zakodowanej niemożności zaufania sobie nawzajem. W pierwszych słowach swojego wystąpienia prof. Czapiński podkreślił, że bardzo się cieszy z wysokiej frekwencji na sali i że siedzi przed nim ta bardziej aktywna, rozumna część społeczeństwa, więc jego wykład nie będzie ich dotyczył.

Anna Giza-Poleszczuk – ur. 1955. Socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie pełni funkcję prorektora ds. rozwoju. Kierownik Pracowni Badań nad Kapitałem Społecznym w Instytucie Socjologii UW. Specjalistka w dziedzinie kapitału społecznego, rodziny w perspektywie interdyscyplinarnej, socjologii ewolucyjnej, marketingu w perspektywie socjologicznej. W latach 1994-2005 ekspert w największych polskich firmach w dziedzinie badań rynkowych.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj