Najlepszym lekarstwem na zarzut hipokryzji wobec Kościoła jest zerwanie z nią, transparentność, skupienie się na ofiarach, rozliczenie się, wypłata odszkodowań, zgoda na komisję z udziałem świeckich, a nie biadolenie, że jesteśmy atakowani.

Czytam oświadczenie arcybiskupa Stanisława Gądeckiego, czytam i zastanawiam się, czy tak samo rozumiemy istotę skandali seksualnych w Kościele. Ksiądz arcybiskup słusznie zwraca uwagę na to, że zwiększyła się agresja wobec księży. Pytanie tylko, czy przyczyną jest wyłącznie przekaz medialny, czy też to, co jest przedmiotem tego przekazu. To jednak kwestia drugorzędna, nad którą można dyskutować. Istotniejsze jest, jak się zdaje, wskazanie przez arcybiskupa „lekarstwa na przestępstwa seksualne”.

„Skupienie uwagi społeczeństwa na grzechu wykorzystywania seksualnego – poza bezpośrednią troską o dobro dzieci – ma jeszcze jeden pozytywny skutek. Uprzytomnia nam bowiem miejsce seksualności w życiu człowieka i powagę wszelkich decyzji podejmowanych w tej dziedzinie. Nie tylko wykorzystanie bezbronnego dziecka powoduje rany na całe życie. Sfera seksualności jest tak wrażliwa, że każde wykorzystanie i porzucenie, także osoby dojrzałej, głęboko ją ranią i powodują w jej życiu dalekosiężne negatywne skutki. Ponadto rozmaite grzechy przeciwko czystości są wzajemnie ze sobą powiązane. Jedne rodzą drugie. Lekarstwem na przestępstwa seksualne jest zachowanie VI przykazania Dekalogu. Komu zatem jest bliski los ofiar różnych nadużyć seksualnych, powinien – w ramach holistycznego podejścia – zaangażować się w promowanie kultury czystości” – napisał przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski.

A ja nie zamierzam negować prawdziwości tej tezy, lecz jedynie wskazać, że istotą zarzutu wobec Kościoła nie jest to, że zdarzali się księża łamiący szóste przykazanie (bo to, że człowiek w tej dziedzinie upada, jest dla chrześcijan dość oczywiste), ale to, że istniał system, który chronił przestępców, przenosił ich z parafii na parafię, że skupiano się na dobru sprawców (bo byli księżmi), a nie na dobru ofiar; że tuszowano skandale; że ich nie wyjaśniona; że tolerowano działanie przestępców. To jest istota problemu. I tego nie rozwiąże „promowanie kultury czystości”.

Nie jest też prawdą, nawet z chrześcijańskiego punktu widzenia, że każdy grzech przeciwko szóstemu przykazaniu jest tak samo zły. W tej sprawie jest jednak pewne stopniowanie, a grzechy kapłanów przeciwko nieletnim są jednak szczególne. Trzeba walczyć o czystość, ale udawanie, że jest to jedyne, co trzeba zrobić w kwestii skandali, to ignorowanie istotnego elementu problemu i kompletne niezrozumienie tego, co część opinii publicznej zarzuca Kościołowi.

Istotą zarzutu wobec Kościoła nie jest to, że zdarzali się księża łamiący szóste przykazanie, ale to, że istniał system, który chronił przestępców. To jest istota problemu. I tego nie rozwiąże „promowanie kultury czystości”

Ten komunikat jest zatem błędny na dwóch poziomach: po pierwsze, rzeczowym (diagnozy istoty problemu), a po drugie, komunikacyjnym (przekaz jest skierowany do przekonanych, tych, co generalnie uważają, że wszystko jest OK, a Kościół nie ma sobie nic do zarzucenia, nie zaś do tych, którzy widzą problem). I niestety dowodzi on, że nasza hierarchia wciąż nie umie wyciągać wniosków z tego, co wydarzyło się w innych krajach.

Nie jest także lekarstwem na zarzut hipokryzji mówienie, że „próba zohydzenia chrześcijaństwa i Kościoła – tak nierozerwalnie związanego w dziejach z Polską i polskością – ma na celu nie tylko osłabienie jego pozycji w społeczeństwie, ale także osłabienie ducha narodu”. Dlaczego nie jest? Bo tak się składa, że choć oczywiście zarzuty są wykorzystywane ideologicznie do zwalczania Kościoła, to materii do ich formułowania dostarczyli ludzie Kościoła. Najlepszym lekarstwem na zarzut hipokryzji jest więc zerwanie z nią, transparentność, skupienie się na ofiarach, rozliczenie się, wypłata odszkodowań, zgoda na komisję z udziałem świeckich, a nie biadolenie, że jesteśmy atakowani. Tak, jesteśmy atakowani; tak, nie zawsze sprawiedliwie, a często ideologicznie. Tyle że biadoląc, tylko utwierdzamy drugą stronę w jej przekonaniach, a nie pokazujemy, że coś się zmienia.

Tekst ukazał się 17 czerwca na Facebooku Autora. Tytuł pochodzi od redakcji