Gdy chodzi obronę dziecka przed wykorzystaniem przez dorosłych, z niczym nie wolno się liczyć: ani z czyimś dobrym imieniem, ani z zasługami, już na pewno nie z koleżeńską lojalnością czy fałszywą solidarnością obowiązującą w obrębie zamkniętego środowiska.

W gazecie smutny poczet dostojników kościelnych [chodzi o artykuł „Biskupi, którzy kryli księży pedofilów” Marcina Wójcika z „Dużego Formatu” – przyp. red.], którzy zaniedbali, przeoczyli, zlekceważyli swój obowiązek – insta opportune, importune – naciskaj, wypada czy nie wypada…

W tej jednej kwestii zgadzam się z tą zasadą – na nic się nie oglądać, gdy chodzi o prawo dziecka do obrony przed wykorzystaniem przez świat dorosłych. Z niczym nie wolno się liczyć: ani z czyimś dobrym imieniem, ani z zasługami, już na pewno nie z koleżeńską lojalnością czy fałszywą solidarnością obowiązującą w obrębie zamkniętego środowiska. Nic się nie liczy, gdy chodzi o skuteczną ochronę przed krzywdą niszczącą, jak niszczy pedofilskie uzależnienie.

Powtarzam to jeszcze raz i znów, bo mam poczucie, że podobnie jak wliczeni w poczet duchowni, ja też wolałam nie widzieć sytuacji z całą ostrością – uciekać przed świadomością, co się dzieje na moich oczach, przymkniętych, ale nie oślepionych do imentu. Zbyt wąsko wytyczałam granice mojej współodpowiedzialności za to, co przecież działo się pod bokiem.

Istnieje coś takiego, jak odległa milcząca współwina

Przykład: wspomnę pokrótce tylko jeden. Byłam w Gdańsku na jakiejś „solidarnościowej” naradzie w lokalu parafialnym. Było jeszcze wcześnie, więc ze Stefanem Jurczakiem zeszłam na dół. Była tam salka, stół nakryty do eleganckiego śniadania, grupa chłopców w ministranckim wieku, w pajacowatych strojach. „Chodźmy do kościoła, przecież niedziela – zaproponował Stefan – ale nie tu, gdzieś, gdzie prawdziwiej”. Szybko odeszliśmy z pobliża św. Brygidy i dziwnych ministrantów. Może należało pójść za ledwie rysującym się tropem? Przecież później nie brakowało potwierdzeń, że gospodarz uprawiał zgubny proceder. Ktoś go chronił. Nie my, nie ja. A jednak?

Istnieje coś takiego, jak odległa milcząca współwina.

Więc nie patrzę z wyższością na ów poczet, tylko z bardzo gorzkim żalem. Przesada? Może nie całkiem.

Wybieram się na nabożeństwo pokutne, ktokolwiek je zorganizuje. Byle również za Stefana i za mnie. Po prostu za nas wszystkich.

Odtąd zamierzam również na zimne dmuchać.

Tekst ukazał się 14 czerwca 2019 roku na Facebooku Haliny Bortnowskiej.