Kiedy świat wymyka się naszemu poznaniu, potrzebny jest chwyt krzepki i szorstki. Dlatego mamy dziś w Polsce starcie dwóch wielkich formacji: przedsoborowego, zmieszanego z nacjonalizmem katolicyzmu à la II Rzeczpospolita i równie wiekowego lewicowego ateizmu, który z religii rozumie tyle, że to „opium dla mas”.

Który to już raz zacytuję te zdania ks. prof. Józefa Tischnera?

„Dialog oznacza, że ludzie wyszli z kryjówek, zbliżyli się do siebie, rozpoczęli wymianę zdań. […] Nie każda rozmowa człowieka z człowiekiem jest rzetelnym dialogiem. Rzetelny dialog sprawia prawdziwe rewolucje w życiu ludzi i społeczeństw. […] W pierwszym słowie dialogu kryje się wyznanie: «…z pewnością masz trochę racji”. Z tym idzie w parze drugie, nie mniej ważne: «…z pewnością ja nie całkiem mam rację». […] Dialog to budowanie wzajemności”.

Towarzyszą mi one w życiu od początku lat 80. (bo wydaje mi się, że rozdział „Etyki solidarności” o dialogu opublikował wtedy „Tygodnik Powszechny”). Z pewnością nie zawsze umiałem je zastosować w praktyce, ale przynajmniej wiedziałem, że powinienem był je stosować (zdaję sobie sprawę, że to mało). Zdarzało się, że unikałem dzięki nim kłótni. Zdarzało się również coś więcej: dzięki nim dochodziło do spotkania – człowiek o odmiennych poglądach, potraktowany nie jako przeciwnik, ale jako ktoś, kogo chcę zrozumieć, zaczynał wzajemnie chcieć zrozumieć mnie i bywało, że wspólnie dochodziliśmy do tego, „jak to z nami naprawdę jest”. Przynosiło to podwójną satysfakcję, poznawczą i moralną. Poznawczą, bo odsłaniał się kawałek świata, którego wcześniej nie dostrzegałem. Moralną, bo przezwyciężałem własne ograniczenia, nie poddawałem się biologicznemu odruchowi, który każe agresją reagować na obcość.

Od pewnego czasu – i o tym również wielokrotnie pisałem – pogoda dla dialogu zrobiła się niesprzyjająca. Coraz częściej na swoje wyznanie: „Z pewnością ja nie całkiem mam rację” słyszałem w odpowiedzi tryumfalne: „Oczywiście, że nie masz!”. Coraz częściej też słowa: „Z pewnością masz trochę racji” nie przechodziły mi przez gardło. Nie umiałem i nie umiem znaleźć choć „trochę racji” w przekonaniu, że katastrofa lotnicza była efektem zamachu, że szczepionki szkodzą, a Ziemia jest płaska.

Od pewnego czasu pogoda dla dialogu zrobiła się niesprzyjająca. Coraz częściej na swoje wyznanie: „Z pewnością ja nie całkiem mam rację” słyszałem w odpowiedzi tryumfalne: „Oczywiście, że nie masz!”

W rosnącym poczuciu, że przeciwnicy takiego kształtu świata, w którym chcielibyśmy żyć, zwarli swoje szeregi, zaczęliśmy cenić jednomyślność w szeregach własnych. Rachunki krzywd uniemożliwiają choćby hipotetyczne uznanie, że ci, którzy nas skrzywdzili, mogli kierować się czymś innym niż zła wola. Pochowaliśmy się z powrotem w kryjówkach. Te kryjówki nabrały quasi-militarnego charakteru: przypominają dziś bunkry i okopy. W tych warunkach dopuszczenie wątpliwości do spajających nasz obóz prawd zaczyna być trudno odróżnialne od zdrady.

Czy to wszystko znaczy, że „Etyka solidarności” Tischnera, a zwłaszcza niespełna trzystronicowy rozdział o dialogu, jest dziś dokumentem historycznym, uroczą ramotką, na którą spogląda się melancholijnie, że kiedyś było tak pięknie, no, ale realia się zmieniły? Czy pożółkłe i prawdę mówiąc, zachlapane chyba kawą drugoobiegowe wydanie tej książki, które towarzyszyło mi przez tyle lat, ma teraz pokryć się kurzem na półce pod samym sufitem w drugim rzędzie? Jeszcze niedawno skłaniałem się do wniosku, że niestety tak. A jednak nie opuszczało mnie poczucie, że w ten sposób tracę coś cennego. Głos wewnętrzny podpowiadał mi, że brak na horyzoncie potencjalnego partnera dialogu nie zwalnia mnie z jakiegoś obowiązku. – Ale czy można dialogować solo? – zapytałem go.

Tekst niniejszy jest próbą odpowiedzi na to pytanie.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź”, lato 2019

Kup tutaj