Nie we wszystkich przypadkach ksiądz, który dopuścił się wykorzystywania seksualnego wobec nieletnich, jest usuwany ze stanu kapłańskiego. Niekiedy Watykan zezwala na jego ograniczony powrót do posługi. Czy taki ksiądz nie stanowi już zagrożenia dla dzieci? Co zrobić, by nie doszło do ponownej krzywdy?

Film Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mówi nikomu” przypomniał o problemie, który osoby zdecydowane chronić dzieci przed wykorzystywaniem seksualnym muszą rozwiązać. Chodzi o postępowanie ze sprawcami, którzy po odbyciu kary powracają do społeczeństwa. Jak długa by ta kara nie była, w którymś momencie kwestia ta się pojawi.

Szczególnie dotyczy ona Kościoła. Nie we wszystkich przypadkach ksiądz, który dopuścił się wykorzystywania seksualnego dzieci jest usuwany ze stanu kapłańskiego. Niekiedy Watykan zezwala na jego powrót do posługi, choć z ograniczeniami. Czy taki ksiądz jest „bezpieczny”? Co można zrobić, by nie doszło do ponownej krzywdy?

Badania dotyczące sprawców wykorzystywania seksualnego małoletnich mówią jasno: jeśli zgłasza się jedna ofiara, mogą być także kolejne. Powstaje pytanie, jakie jest ryzyko, że po odbyciu kary sprawca ponownie skrzywdzi dziecko. Można je zadać inaczej: czy istnieje szansa wyleczenia? Jak często dochodzi do nawrotów?

W dotyczących księży badaniach Saint Luke Institute średnia częstość powrotu do krzywdzenia dzieci wyniosła 6,3 proc. Dalej jednak nie jesteśmy w stanie dać gwarancji, że ten konkretny człowiek, który raz wykorzystał małoletniego, na pewno więcej tego nie zrobi

W przeprowadzonej w 1998 roku dużej meta-analizie badań sprawców niebędących księżmi częstotliwość recydywy w obserwacji trwającej 4,5 roku wyniosła 12,7 proc. Z jednej strony zadaje to kłam popularnej tezie, że „pedofil” (w cudzysłowie, bo mam na myśli popularne, nie naukowe znaczenie słowa) będzie dalej krzywdził. Niekoniecznie. Z drugiej strony, cóż nam po skuteczności terapii bliskiej 90 proc. sprawców, skoro pozostaje margines zagrożenia? Cóż po niej dziecku, które może zostać skrzywdzone?

W dotyczących księży badaniach Saint Luke Institute średnia częstość powrotu do krzywdzenia dzieci wyniosła 6,3 proc. W grupie niskiego ryzyka odsetek ten to zaledwie 2 proc. Dalej jednak nie jesteśmy w stanie dać gwarancji, że ten konkretny człowiek, który raz wykorzystał seksualnie małoletniego, na pewno więcej tego nie zrobi. Niezależnie, czy będzie nadal księdzem, czy też zostanie ze stanu kapłańskiego usunięty. Bezpieczniej dla dzieci, jeśli sprawca pozostanie pod ścisłym nadzorem, niżby miał znaleźć się całkowicie poza kontrolą. O ile oczywiście taki nadzór będzie naprawdę ścisły.

Powstaje pytanie, co możemy zrobić, by to ryzyko było jak najniższe. Pierwszym krokiem musi być skierowanie sprawcy wykorzystywania na terapię. To warunek konieczny. Ma ona oczywiście wiele celów, ale z punktu widzenia bezpieczeństwa dzieci kluczowe jest, by sprawca przyznał się do popełnionych czynów i wziął na siebie za nie pełną odpowiedzialność.Trudno mówić o sukcesie terapii, jeśli sprawca ciągle zaprzecza, zrzuca winę na ofiarę lub okoliczności, czy czuje się pokrzywdzony. Kolejny bardzo istotny punkt to rozwinięcie empatii wobec ofiar. W końcu: zidentyfikowanie indywidualnego schematu, który prowadzi do wykorzystania dziecka. Co jest czynnikiem wyzwalającym? W jaki sposób ten konkretny człowiek nawiązuje kontakt z dziećmi? Schemat ten powinien być podstawą dalszej pracy.

Jak powinien wyglądać nadzór? Podczas spotkania w Warszawie w marcu 2018 roku ks. Stephen J. Rossetti (psycholog i pastoralista, wieloletni dyrektor Saint Luke Institute, obecnie ekspert Konferencji Episkopatu USA i konsultor Papieskiej Komisji ds. Ochrony Małoletnich) wskazywał na konieczność stworzenia indywidualnego planu bezpieczeństwa. Powinien to być – jak mówił – spisany i podpisany przez obie strony dokument, rodzaj kontraktu, w którym wyraźnie będzie określone, co nadzorowanemu wolno robić, a czego nie wolno. Planu, który powinien zawierać nie tylko element unikania, ale także dążenia do dobra.

Nie chodzi o ogólne hasła. Nie da się stworzyć „gotowca”, wręczanego do podpisu każdemu. Wymienione w dokumencie zakazy powinny przerywać wspomniany wyżej indywidualny schemat prowadzący do popełnienia przestępstwa. Ingerować w sposób działania tego konkretnego człowieka. Plan bezpieczeństwa powinien także określać konsekwencje złamania zakazów. Truizmem będzie stwierdzenie, że warunki tego kontraktu muszą być ściśle egzekwowane.

Jesteśmy – jako Kościół w Polsce – na etapie budowania systemów prewencji

Warto dodać, że w Stanach Zjednoczonych księża, którzy dopuścili się wykorzystywania seksualnego małoletnich, nie są kierowani do żadnej posługi. Nie chodzi zatem o plan, który umożliwiłby pracę danemu kapłanowi na przykład w parafii. Chodzi o bezpieczeństwo dzieci. Wszystkich dzieci.

Sprawca powinien się regularnie spotykać z mentorem i raportować postępy. Jeśli terapia zakończyła się sukcesem, a nadzorowany współpracuje przy wdrażaniu planu, ryzyko powrotu do krzywdzenia dzieci jest u niego niskie.

Jeśli sprawca miał wiele ofiar, jeśli terapia (ostatnia, czasem poprzednie) były nieskuteczne, ryzyko recydywy jest duże. To mniejszość, ale może być niebezpieczna. Nadzór w takim przypadku powinien być bardzo ścisły.

Jesteśmy – jako Kościół w Polsce – na etapie budowania systemów prewencji. Być może nie jest to element kluczowy, ale nie można o nim zapomnieć. Jak można było zobaczyć w filmie Tomasza Sekielskiego nadzór nad sprawcą bywa mało skuteczny. Warto być może skorzystać z doświadczeń innych. Warto też wiedzieć, czego możemy lub nawet powinniśmy od Kościoła instytucjonalnego oczekiwać.

Zranieni w Kościele