Zdumiewające są słowa nadziei, które Papież już w pierwszych miesiącach swojej pasterskiej posługi kieruje do dwóch tak zdawałoby się różnych środowisk: do ludzi chorych, z którymi musiał się niewątpliwie stykać wielokrotnie, i do młodzieży, z którą tak wiele łączy go od lat…

 Dzień ósmy. Sobota, 9 czerwca 1979. Kraków: spotkanie z chorymi

Godzina 10. Chorzy znajdują się nie tylko wewnątrz kościoła, który pomieścić może ledwie kilkaset osób, ale wypełniają także specjalnie dla nich zarezerwowaną przestrzeń przed bazyliką. Większość z nich znalazła się tutaj dzięki pomocy ludzi zdrowych: kleryków z krakowskich seminariów duchownych, sióstr zakonnych, pielęgniarek, a zwłaszcza świeckiej młodzieży. Dużo inwalidzkich wózków. I wszędzie atmosfera dużej życzliwości i ofiarności, którą otoczeni są podczas dzisiejszego spotkania ludzie chorzy i starzy. Ojciec Święty zatrzymuje się co krok przy kolejnym wózku, błogosławi, chwyta za rękę, dotyka czoła, gładzi po głowie. Nie sposób jednak wszystkich obdzielić tak samo, tak jak niemożliwością było zgromadzenie wszystkich chorych, pragnących uczestniczyć w tym święcie. O symboliczności tego spotkania mówi, witając Ojca Świętego, przełożony klasztoru ojców franciszkanów, stwierdzając, że znajdują się tutaj tylko reprezentanci ogromnej, rozsianej po całej Polsce rzeszy ludzi dotkniętych chorobą.

Rozpoczyna się Msza święta. Dla niejednego spośród przywiezionych tutaj chorych i starców – pewnie pierwsza po długim okresie przymusowego skazania na indywidualną modlitwę w domu. Słowa lekcji mówią o chorym od urodzenia, który siedząc jak zwykle przy Pięknej Bramie jerozolimskiej świątyni został przez Piotra obdarowany nie tym, czego się spodziewał i o co prosił, to znaczy jałmużną, ale całkowitym uzdrowieniem. Ważne słowa nadziei, ale czy dla wszystkich zebranych dzisiaj w kościele? A może nie o podkreślenie samego cudu świętego Piotra tu chodzi, lecz o prawdę, że dary z wysoka zawsze przekraczają miarę naszych ludzkich oczekiwań… Że pociecha i wyzwolenie spadają na cierpiącego zazwyczaj znienacka? Może „bezpieczniej” byłoby odczytać dzisiaj jeden z tych biblijnych opisów spotkań Jezusa z ludzką biedą, które tak często zamyka wiadomość o darowaniu winy? Może Kazanie na Górze? Dlaczego aż plastyczny obraz cudownie uzdrowionego, który wchodzi do świątyni „skacząc i chwaląc Boga? Nie mam złota i srebra, ale co mam, to ci daję…”. Tamten dar całkowicie uleczonego był przecież – po ludzku biorąc – darem największym, najcenniejszym. A więc może ten fragment Dziejów Apostolskich skierowany jest dziś bardziej w stronę całego – używając słów Maritaina – „personelu Kościoła”, także tego niedotkniętego cierpieniem: o świadczenie pełnego, niezdawkowego miłosierdzia…

W chwilę potem płyną do chorych słowa papieskiej homilii. Teraz wszystko jest już jasne. Prawdy surowe i twarde, bez ckliwej pociechy i ocierania łez, które towarzyszą czasem dorocznym nabożeństwom dla chorych. Słowa sprawiedliwej, jak by powiedziała Simone Weil, to znaczy pozbawionej niepotrzebnej tu wyobraźni oceny sytuacji człowieka wierzącego, który cierpi. Już zaraz, w początkowych zdaniach – „wszystko”: „W szczególny sposób Wy, drodzy Bracia i Siostry, czekacie na Chrystusa. Można też powiedzieć, że i Chrystus w szczególny sposób czeka na Was”.

Następnie, dokładniej, o tym pierwszym czekaniu, będącym źródłem indywidualnej pociechy: „Czekacie na Chrystusa, ponieważ (…) On wziął na siebie nasze choroby i nasze niemoce. Wziął w sposób radykalny, bo Krzyż był największą niemocą i upokorzeniem, i męką najstraszliwszą. Więc wziął to wszystko na siebie Jezus Chrystus, co dźwiga na sobie każdy z ludzi cierpiących, każdy z Was – tutaj w Krakowie i w całym świecie. Wy wszyscy razem, drodzy Bracia i Siostry, stanowicie szczególną wspólnotę w Kościele, można by powiedzieć, szczególny «Kościół» w Kościele – Kościół cierpienia. I w tym Kościele cierpienia Chrystus jest w szczególny sposób przyzywany i w szczególny sposób też obecny. Ja zawsze miałem głębokie odczucie tej prawdy, że Chrystus jest w szczególny sposób obecny w ludziach cierpiących. (…) I jeżeli z punktu widzenia ludzkiego Wasza sytuacja życiowa jest bardzo przykra, bolesna, czasem wręcz upokarzająca, to z tego ewangelicznego, nadprzyrodzonego punktu widzenia można nawet powiedzieć, że Wasza sytuacja jest uprzywilejowana. Wy macie większe niejako prawo do Chrystusa. Wy bardziej Go wyrażacie, uobecniacie, aniżeli każdy z nas, którzy nie jesteśmy w taki sposób, jak Wy, dotknięci stygmatem cierpienia”.

Płyną do chorych słowa papieskiej homilii. Prawdy surowe i twarde, bez ckliwej pociechy i ocierania łez, które towarzyszą czasem dorocznym nabożeństwom dla chorych. Słowa sprawiedliwej, to znaczy pozbawionej niepotrzebnej tu wyobraźni oceny sytuacji człowieka wierzącego, który cierpi

Ojciec Święty, mówiąc dalej o tej szczególnej obecności Chrystusa w ludziach cierpiących, zwraca się do zebranych z życzeniem, by Bóg dokonywał w nich tego zdumiewającego przeobrażenia wewnętrznego, które sprawia, że ludzie bardzo cierpiący są bardzo szczęśliwi.

A następnie kieruje do nich słowa, w których wyraża tamto drugie oczekiwanie – ze strony Boga i Kościoła: „Wy słabi, fizycznie słabi, poddani cierpieniu, jesteście równocześnie – a w każdym razie możecie być – źródłem mocy dla innych, dla zdrowych. Czasem dla tych, którzy swoje zdrowie źle wykorzystują, którzy obrażają Boga swoim zdrowiem i swoimi siłami. Wy, chorzy, cierpiący, jesteście dla nich nie tylko wyrzutem, ale także i nawróceniem. Nawrócenie grzeszników idzie poprzez Wasze cierpienie – jestem o tym najgłębiej przekonany”.

Na samym końcu bardzo osobista prośba, z którą Papież zwraca się do chorych w całej Polsce: „Pamiętajcie o mnie i wspierajcie mnie. Moja siła w Was. To jest bardzo śmiałe słowo. Trzeba powiedzieć: moja siła z Chrystusa przez Was. Pamiętajcie o tym”.

Słuchając tych słów trudno nie myśleć o równie osobistym wyznaniu, jakie nie tak dawno, w dniu uroczystej inauguracji nowego pontyfikatu na placu św. Piotra, zawierały słowa tego samego człowieka, skierowane wówczas do młodych: „Wy jesteście moją nadzieją”. Zdumiewające są te słowa nadziei, które obecny Papież już w pierwszych miesiącach swojej pasterskiej posługi kieruje do dwóch tak zdawałoby się różnych środowisk: do ludzi chorych, z którymi musiał się niewątpliwie stykać wielokrotnie, choćby na gruncie pięknego dzieła Hanny Chrzanowskiej, i do młodzieży, z którą tak wiele łączy go od lat – praca duszpasterstwa akademickiego, wspólne wakacje, obozy, woda i góry… A więc kredyt zaufania wobec tych, których się zna szczególnie dobrze.

Nie pamiętam dokładnie, gdzie się to wydarzyło: w Warszawie, w Gnieźnie czy w Częstochowie. Otóż młodzież zwróciła się do Papieża z prośbą, żeby pobłogosławił przyniesione przez nią krzyże. Papież je poświęcił. Po chwili zaś wolno, z namysłem dodał: „A teraz pobłogosławię ludzi i krzyże”. Może więc tamte obydwie nadzieje polskiego Papieża wiąże coś jeszcze innego: przekonanie o szczególnej obecności Krzyża i tu, i tam… Także we wczorajszym kazaniu na lotnisku w Nowym Targu znalazło się wszak jedno lapidarne, nieskomentowane ani słowem zdanie, którym Ojciec Święty zamknął swoje życzenia pod adresem właśnie zgromadzonej tam młodzieży: „Świadek w języku biblijnym znaczy martyr”…

Fragment zbiorowego reportażu „Dziewięć dni w Polsce”, opublikowanego w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1979. Jego autorami byli Stefan Frankiewicz, Cezary Gawryś, Tadeusz Mazowiecki, Zdzisław Szpakowski, Wojciech Wieczorek i Kazimierz Wóycicki.