W rozważaniu o modlitwie, wygłaszanym w miejscu, które w potocznym mniemaniu jest kwintesencją tradycyjnej, ludowej pobożności, Papież dodaje proste stwierdzenie, że modlić się można bez słów, w milczeniu.

Dzień szósty. Czwartek, 7 czerwca 1979. Kalwaria Zebrzydowska

O godzinę drogi od Krakowa, tam gdzie zaczynają się lesiste Beskidy, znajduje się jedyne w swoim rodzaju sanktuarium: Jerozolima przeniesiona na polską ziemię. W przepięknym krajobrazie górskim, pośród lasów i pól, zbudowano tu w XVII wieku ciąg kościołów, kaplic i pustelni, upamiętniających Mękę Pana Jezusa i tajemnice życia Jego Matki. Na lesistym zboczu nieopodal miasteczka wznosi się piękny barokowy kościół z dwiema wieżami, wtopiony w zabytkowy czworobok klasztorny. Stróżami sanktuarium kalwaryjskiego są ojcowie bernardyni.

Przez miasteczko, szosą wspinającą się zakolami do klasztoru, a także ścieżkami na skróty, przez las, ciągną dziś od rana mieszkańcy okolicznych wsi i miast. Są też przybysze z bardziej odległych stron – z całego prawie Podkarpacia, ze Śląska. Ci, co zawsze przychodzą tu na pielgrzymki i którzy nieraz spotykali tu krakowskiego arcybiskupa-metropolitę, kardynała Karola Wojtyłę…

Niebo jest zachmurzone i wieje lekki wietrzyk, przynosząc upragnioną ochłodę. Chłód i świeżość bije od ogromnych drzew liściastych. Pełno tu zielonego cienia.

Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zgromadziło się na zadrzewionych stokach góry Żar, tworzących jakby naturalny amfiteatr wokół placyku pod murem klasztornym, gdzie wzniesiono podium dla Papieża. Tłumy ludzkie nie rzucają się w oczy, są dyskretnie schowane między drzewami. Pastelowy koloryt klasztornej architektury wtapia się w żywą zieleń lasu. Ludzie czekają w pobożnym skupieniu, w ciszy. W pierwszych rzędach „amfiteatru” ustawia się kilkudziesięciu zakonników w brązowych habitach z kapturami. To ojcowie i bracia bernardyni. Wśród nich bardzo wielu młodych. (…) Około godziny jedenastej poruszenie tłumu zwiastuje przybycie Ojca Świętego. Samochody zatrzymują się przed frontonem kościoła. Papież wchodzi do świątyni, wita się z zakonnikami, po czym udaje się na chwilę osobistej modlitwy do bocznej kaplicy z obrazem Matki Bożej. „Jaka przedziwna dyskrecja – powie za chwilę – jest w tym zamieszkaniu Maryi właśnie w bocznej kaplicy, i na Jasnej Górze, i tu w Kalwarii…”. Przez furtkę w klasztornym murze Jan Paweł II wychodzi na placyk z przygotowanym podium. Następuje gorące, serdeczne powitanie. Wreszcie entuzjazm uspokaja się i zalega cisza „jak makiem zasiał”.

Papież mówi o swoich osobistych związkach z kalwaryjskim sanktuarium, które zaczęły się jeszcze w dzieciństwie, gdy jako mały chłopiec przyjeżdżał tu z Wadowic ze swoim ojcem, potem jako młody człowiek, ksiądz, biskup, wreszcie jako kardynał. „Czasem nie przyjechałem na pielgrzymkę i mieliście o to żal, ale nie wypominam… – wtrąca. – Najczęściej przyjeżdżałem tu sam, tak żeby nikt nie wiedział, nawet kustosz klasztoru, bo tu można łatwo się ukryć. Wędrowałem po dróżkach Pana Jezusa i Jego Matki, rozpamiętując Ich Najświętsze Tajemnice, a także polecając Chrystusowi przez Maryję sprawy szczególnie trudne i szczególnie odpowiedzialne w całym moim posługiwaniu. Mogę Wam powiedzieć, że prawie żadna z tych spraw nie dojrzała inaczej, jak tutaj, przez domodlenie jej w obliczu wielkiej tajemnicy wiary, jaką Kalwaria kryje w sobie”.

Papież przeplata swoje przemówienie żartobliwymi uwagami. Na przykład: „Kustosz to się w czepku urodził, bo najpierw, jak kardynał przyjeżdżał, to się chował po lesie i miał z nim spokój, a teraz mu bazylika sama do kaptura wpadła” (Papież nadał głównemu kościołowi tytuł „bazyliki mniejszej”).

Modlitwą może być cisza wewnętrzna w człowieku, zachwyt dla pięknych gór, dla śpiewu ptaków

Istotne rozważanie poświęcone jest jednak tajemnicy tego miejsca i w ogóle znaczeniu modlitwy. „Chcę Wam powiedzieć wszystkim, a zwłaszcza młodym – bo młodzi sobie szczególnie upodobali to miejsce – nie ustawajcie w modlitwie: trzeba zawsze się modlić, a nigdy nie ustawać – powiedział Jezus. Módlcie się i kształtujcie przez modlitwą swoje życie. Nie samym chlebem żyje człowiek i nie samą doczesnością, i nie tylko przez zaspokajanie doczesno-materialnych potrzeb, ambicji, pożądań, człowiek jest człowiekiem… Niech z tego miejsca do wszystkich, którzy mnie słuchają, tutaj albo gdziekolwiek, przemówi proste i zasadnicze papieskie wezwanie do modlitwy. Jest to wezwanie najważniejsze. Najistotniejsze orędzie…”.

W tym miejscu Papież znów dodaje istotną uwagę: „Wiem, że ojcowie bernardyni przygotowują nowe wydanie modlitewnika na dróżki kalwaryjskie… Bardzo są piękne i pożyteczne te modlitwy, ale pamiętajcie, że modlić się można także w milczeniu. Tutaj wszystko jest modlitwą. Ja, kiedy tu przyjeżdżałem, modliłem się zawsze w ten sposób”.

We wszystkim, co mówi na polskiej ziemi Jan Paweł II, jest wezwanie do pogłębienia i do otwarcia. Tak i tutaj, w tym rozważaniu o modlitwie, wygłaszanym w miejscu, które w potocznym mniemaniu jest kwintesencją tradycyjnej, ludowej pobożności, dla wielu będącej może tylko folklorem, Papież dodaje to proste stwierdzenie, że modlić się można bez słów, w milczeniu. A więc modlitwą może być także cisza wewnętrzna w człowieku, zachwyt dla pięknych gór, dla śpiewu ptaków. W każdym człowieku, i w tym, którego może zraża zewnętrzna strona cudzej religijności przeżywanej w sposób tradycyjny, i w tym, który mimo dobrej woli nie potrafi przekroczyć progu wiary czy progu kościoła, w każdym jest enklawa ciszy wewnętrznej, zdziwienia, zachwytu, oczekiwania, tęsknoty. Tam Bóg słyszy człowieka.

Sceneria i nastrój chwili zdają się potwierdzać znaczenie tych słów. Lekki wietrzyk przynosi woń lasów i pól. Kiedy Papież robi pauzy, słychać jak jakieś dziecko gaworzy w oddali i wysoko w powietrzu pokrzykują jaskółki. Zegar na klasztornej wieży wybija kwadranse.

„Proszę Was – mówi Jan Paweł II wzruszonym głosem – abyście się tu za mnie modlili, za życia mojego i po śmierci. Amen”. Pogodny i uśmiechnięty, wyjmuje dyskretnym gestem różaniec.

Fragment zbiorowego reportażu „Dziewięć dni w Polsce”, opublikowanego w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1979. Jego autorami byli Stefan Frankiewicz, Cezary Gawryś, Tadeusz Mazowiecki, Zdzisław Szpakowski, Wojciech Wieczorek i Kazimierz Wóycicki.