Kiedy wybuchła żywiołowa owacja, nie wytrzymał i sam Ojciec Święty, i odkładając na bok przygotowany tekst pozdrawiał, wzruszony, metropolitę krakowskiego, wrocławskiego i poznańskiego, wszystkich biskupów… „Jakże się cieszę, że jestem tutaj z wami wszystkimi, bracia, bracia!…”.

Dzień trzeci. Poniedziałek, 4 czerwca 1979. Częstochowa

Tkwimy usadowieni na jasnogórskich wałach w niecierpliwej, rozgadanej ciżbie krajowych i zagranicznych dziennikarzy. Słońce praży. Na naszych ,,tyłach” jest jednak sporo luzu, murawa zaprasza do rozprostowania kości w cieniu pod drzewkiem, z czego zwłaszcza korzystają skwapliwie rozleniwieni w kapitalistycznym zbytku reporterzy zachodnich mass-mediów.

Spod oka zerkają na ten widok jacyś księża, zakonnicy, jacyś „ludzie tutejsi” przemykający się milczkiem na stanowiska prasowe przez ucha igielne straży. Trudno się temu dziwić, bo… miejsce rzeczywiście znakomite.

Tuż obok, niemal na wyciągnięcie ręki wznosi się ołtarz, tron papieski na podwyższeniu, honorowe trybuny dla dostojnych gości polskiego Kościoła, kardynałów i biskupów z różnych krajów i kontynentów. A poniżej, pod murami, istne morze głów niedające się opisać inaczej, jak tylko tą oklepaną przenośnią.

Mija godzina jedenasta, minuty po jedenastej. I oto najpierw jakby z głębi klasztoru, potem z głębi owego ludzkiego morza pod murami podnosi się, wzbija coraz wyżej, zagłuszając uroczyste dźwięki powitalnych, „królewskich” fanfar – szum, grzmot, szaleństwo oklasków. Tak jak w Warszawie, tak jak w Gnieźnie, nie spierajmy się gdzie lepiej.

(…) Tymczasem trwa liturgia Słowa, szacowne mury odbijają echo recytowanych tekstów. Już jest po Ewangelii, zapada cisza. I ponownie słychać głos Jana Pawła II: „Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy…”.

Homilia w sanktuarium przodków, ,,w domu”, wypowiedziana językiem wiary i narodowej tradycji. „Bo przyzwyczaili się Polacy wszystkie, niezliczone sprawy swojego życia, różne jego momenty radosne czy smutne, zwłaszcza momenty ważne, rozstrzygające, chwile odpowiedzialne jak wybór drogi życiowej czy powołania, jak narodziny dziecka czy matura, czy egzamin dojrzałości, jak tyle innych, wiązać z tym miejscem, z tym sanktuarium… Więc cóż dziwnego, że i ja tu dziś przybywam, przecież zabrałem z sobą z Polski na Stolicę św. Piotra ten «święty nawyk», wypracowany wiarą całych pokoleń”. Był też na Jasnej Górze – kontynuował Papież – Achilles Ratti, pierwszy nuncjusz w Polsce pod odzyskaniu niepodległości i późniejszy papież Pius XI, czcił to miejsce Jan XXIII, prosząc o stałą modlitwę do Matki Bożej w intencji swoich nowych zadań, bardzo pragnął je odwiedzić Paweł VI, „papież, który tak wiele uczynił dla unormowania życia kościelnego w Polsce, zwłaszcza gdy chodzi o jej obecne ziemie zachodnie i północne, papież naszego Milenium”.

A gdy po słowach: „cóż mam o sobie powiedzieć ja”, i po słowach: „oto dzisiaj znowu tutaj jestem z wami wszystkimi, umiłowani bracia siostry, z wami, umiłowani rodacy, z Tobą, z Tobą, księże Prymasie Polski, z Tobą, wielki rzeczniku niezłomnej nadziei, która wytryska z duszy tego narodu, z dziejów tak doświadczonej ojczyzny”, otóż kiedy po tych słowach wybuchła żywiołowa owacja, nie wytrzymał i sam Ojciec Święty, i odkładając na bok przygotowany tekst pozdrawiał, wzruszony, metropolitę krakowskiego, wrocławskiego i poznańskiego, wszystkich biskupów… „Jakże się cieszę, że jestem tutaj z wami wszystkimi, bracia, bracia!…”.

Przerwać tu trzeba i będzie to rzetelna relacja z tego, co się działo. Gdzieś z obrzeży owego ludzkiego morza dotarła aż do podnóża papieskiego tronu melodia pieśni „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam o Tobie, czuwam na każdy czas…”, którą Ojciec Święty podchwytuje. Powtarza się Gniezno, ale na jasnogórską nutę, i jeszcze na tym nie koniec.

Długo trwa owacja, czas płynie… „I już widzę – słyszymy – że znowu będą na mnie krzyczeć, że przedłużyłem kazanie. – No, i co zrobić z tym polskim i słowiańskim papieżem, co zrobić?”

Gdy się wreszcie uciszyło, Jan Paweł II wyraża z kolei radość z powodu gości, „nawet z bardzo daleka, nawet z Ameryki Łacińskiej, z wyspy św. Dominika, i z Brazylii biskupi, nasi rodacy, ale i z Europy, z sąsiedztwa, i z zachodu, i od południa, i z Niemiec, i z Jugosławii”. Pozdrawia kardynała Agostino Casaroli i arcybiskupa Luigi Poggi, którzy „znają drogę do Polski i z Rzymu ku Wschodowi, ku całemu Wschodowi”. I innych dostojnych gości z Rzymu. Każdemu towarzyszą oklaski, aż Ojciec Święty, przekrzykując je, woła: „Musi wszystkich biskupów świata urzec Jasna Góra!”.

Długo to trwa, czas płynie… „I już widzę – słyszymy – że znowu będą na mnie krzyczeć, że przedłużyłem kazanie. – No, i co zrobić z tym polskim i słowiańskim papieżem, co zrobić?”. Znowu oklaski, śmiech, odprężenie.

Toć przecież południe, z nieba leje się płynny żar, a ludzie stoją nieporuszeni. Nie, to źle powiedziane. Stoją uśmiechnięci i zasłuchani, gotowi stać tak bez końca. Wielki artysta słowa sumituje się, obiecuje, że już wraca do przerwanego wątku homilii. Coś mu w niej jednak jeszcze brak, coś musi być dopowiedziane w tej godzinie powitania, radości i dziękczynienia, musi być postawiona jakaś kropka nad „i”: „Kochany Księże Prymasie, wprowadziłeś, Ty, niestrudzony sługo Ludu Bożego, Ty, niestrudzony i niezmordowany miłośniku i służebniku Pani Jasnogórskiej, wprowadziłeś w program swego prymasowskiego pasterzowania – odwiedziny papieża w Polsce… Księże Prymasie, pozwól mi tylko to jedno powiedzieć, że Ci się spełnia – i ja za to Bogu dziękuję – że Ci się spełnia ten punkt Twojego odważnego, bohaterskiego programu duszpasterzowania!…”.

Po chwili odprężenia to jakby powrót na linię wysokich napięć i zarazem powrót do meritum: do historycznych treści fenomenu, jaki stanowi Jasna Córa w dziejach polskiej religijności, poczynając od ślubów Jana Kazimierza aż po milenijny akt oddania w macierzyńską niewolę Bogurodzicy za wolność Kościoła w Polsce i w świecie współczesnym.

Papież zatrzymał się tu nad słowem „niewola”, które „kryje w sobie podobny paradoks, jak słowa Ewangelii o własnym życiu, które trzeba stracić, aby je zyskać. Miłość bowiem stanowi spełnienie wolności, a równocześnie do jej istoty należy przynależność, czyli nie być wolnym. Jednakże tego «nie-bycia-wolnym» w miłości nie odczuwa się jako niewolę, lecz jako afirmację wolności, jako jej spełnienie. Oddanie w niewolę wskazuje więc na «szczególną zależność» i na «bezwzględną ufność»”.

Słowem-kluczem jest tu także słowo „zawierzenie”, jakim posłużył się Jan Paweł II na zakończenie tej maryjnej homilii: „…pozwólcie, że jako następca św. Piotra zawierzę z tą samą żywą wiarą, z tą heroiczną nadzieją, z jaką czyniliśmy to w pamiętnym dniu 3 maja polskiego Milenium, Kościół cały Matce Chrystusa. Pozwólcie, że przyniosę tutaj, jak to niedawno czyniłem w rzymskiej bazylice Santa Maria Maggiore, a potem w Meksyku, w sanktuarium w Guadelupie – te same tajemnice serca, te same bóle i cierpienia epoki kończącego się drugiego tysiąclecia od narodzenia Chrystusa, te same wreszcie nadzieje i oczekiwania… Pozwólcie, że wszystko to zawierzę… Jestem człowiekiem zawierzenia, nauczyłem się nim być tutaj”.

Fragment zbiorowego reportażu „Dziewięć dni w Polsce”, opublikowanego w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1979. Jego autorami byli Stefan Frankiewicz, Cezary Gawryś, Tadeusz Mazowiecki, Zdzisław Szpakowski, Wojciech Wieczorek i Kazimierz Wóycicki.