Burza oklasków trwająca pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut rozpoczęła dialog Pielgrzyma z nami. Wyrażał się on w oklaskach i w pieśniach, ale trwał odtąd także w poruszeniach wyobraźni, umysłu i serca. Mówił Papież do nas i za nas, a my mówiliśmy do niego.

Dzień pierwszy. Sobota, 2 czerwca 1979, Warszawa

Słońce od wczesnego rana prażyło niemiłosiernie. Emocje przygotowań były już za nami, czuło się lekkość, odprężenie; ustępowało zmęczenie. Za parę godzin zacznie się dziać rzecz wielka. Ciągle jeszcze trudno ogarnąć ją wyobraźnią. Im bliżej, tym trudniej, tym mocniejsze ma się poczucie, że wymiar nadchodzącego wydarzenia wszystkich nas przerasta. Od 16 października zaczęliśmy oswajać się z tym, co się wtedy stało, z owym nieprzewidzianym uśmiechem historii: podciągać własną świadomość do skali wyznaczonej przez to wydarzenie, otwierać wyobraźnię na to, co wybór ten niesie dla Kościoła, dla Polski, dla świata; odczytywać, czego ta nowa sytuacja od nas wymaga i jak możemy jej sprostać. Tamten październikowy wieczór teraz Polacy przeżyją ponownie. A może przeżyją coś jeszcze więcej? Jeśli „więcej” jest w ogóle możliwe.

… „Gdy przybędę, przyjdę do was”. Miały się więc urzeczywistnić te słowa św. Pawła, którymi Jan Paweł II rozpoczął 23 października 1978 w orędziu do Polaków zapowiedź tej pielgrzymki. Zapowiedź ta stała się od razu faktem publicznym, własnością i nadzieją powszechną. I oto po czasie niepewności i rozterek, starań i pertraktacji, dziś się to spełnia. Pierwsza w dziejach podróż Namiestnika Jezusa Chrystusa do Polski. Pielgrzymka pierwszego Papieża-Polaka do swojej Ojczyzny. Podróż najwyższego zwierzchnika Kościoła, następcy św. Piotra, po raz pierwszy do kraju tej części politycznej świata, do kraju, w którym Kościół stał się Kościołem szczególnego świadectwa. Nie sposób się nad tym wszystkim nie zamyślić. Niezwykły jest ten przeddzień Zielonych Świąt 1979 roku w Warszawie. I – mamy tego świadomość – w każdym, najmniejszym zakątku Polski.

Na ulicach panuje już święto; właśnie święto, a nie dzień wolny od pracy. Wzmożony ruch ku Nowemu Światu i całej trasie przejazdu od Okęcia do placu Zamkowego. Wyznaczone odcinki mają warszawskie parafie i ci, co przyjadą bodaj z dziewięciu diecezji. Ilu ich będzie, ile ludzi się tu może zgromadzić? Ile ludzi zmieści się na placu Zwycięstwa i nazajutrz na Krakowskim Przedmieściu przed kościołem św. Anny? Wszystko już rozdzielone, skończyły się telefony, błagania i zabiegi, by zdobyć kartę wstępu.

W całej tej napiętej atmosferze przygotowań i niepewności, jak wszystko przebiegnie, zderzały się z sobą jakby dwie fale: jedna napierająca i rozszerzająca wyznaczone ramy i druga – kumulująca obawy tłoku, przewidywania ścisku i stratowania kogoś, wiadomości o wzmożonych środkach ostrożności i przygotowaniach w szpitalach, na wszelki wypadek. A do tego ten żar przedwczesnej pełni lata; beton i żar. Kto ma znajomych mieszkających na trasie przejazdu Papieża i będzie mógł wcisnąć głowę w otwarte okno albo postawić nogę na balkonie, czuje się zabezpieczony najlepiej. Ale wężyk ludzki na trasie powoli gęstnieje, wypełnia chodniki, przerasta w szeroką wstęgę, przelewa się to w tę, to w tamtą stronę.

Na ulicach panuje już święto; właśnie święto, a nie dzień wolny od pracy

Mężczyźni i młodzi chłopcy w niebieskich, żółtych i zielonych furażerkach ze znakiem papieskim lub tylko z przypiętą do koszuli legitymacją pełnią służbę porządkową już całą noc. To oni pierwsi, to ich pojawienie się zacznie kształtować styl samodyscypliny i wzajemnej życzliwości, jaki się tego dnia narodził.

Ten nastrój życzliwości i święta rozpoczął się właściwie już wczoraj, w wigilię papieskiej wizyty. Kończyły się w kościołach trzydniowe nabożeństwa przygotowujące do współuczestnictwa w pielgrzymce Papieża. Szczególny wszakże koloryt miał tego wieczoru plac Zwycięstwa, gdzie naprzeciw Grobu Nieznanego Żołnierza ustawiono ołtarz z monumentalnym piętnastometrowym krzyżem. Wędrówki całych rodzin z dziećmi pośród kończących prace przygotowawcze robotników miały nastrój warszawskiej Wielkiej Soboty.

Warszawa jest pierwszym etapem tej wizyty-pielgrzymki. Wszystko, co będzie później, może być tylko lepsze. (…) Trasa od Okęcia po plac Zamkowy jest ubrana, kościoły przystrojone ogromnymi flagami biało-żółtymi i biało-czerwonymi oraz transparentami. Przed kościołem św. Krzyża rozpostarty na balustradzie wielki napis: „Jesteśmy Twoją nadzieją – młodzież Św. Krzyża”. Na Kopernika 34, na gmachu, w którym mieszczą się KIK i „Więź”, na transparentach dwa zdania Jana Pawła II: „Nie bójcie się, otwórzcie drzwi Chrystusowi i Kościół nie może odstąpić człowieka”; pierwsze, słynne z inauguracyjnego przemówienia Papieża, drugie z encykliki „Redemptor hominis”. W lokalu kwatera klubowej młodzieży należącej do straży porządkowej. Ktoś informuje, że Papież już wystartował z Rzymu z piętnastominutowym opóźnieniem. Niezadługo więc będzie w Warszawie, może leci już nad Polską…

Oczekiwanie kończy się; zaczynają się Wielkie Dni. (…)

*

Na placu Zwycięstwa góruje wielki krzyż. Stoi tu jeden dzień, ale pozostanie na zawsze w naszej pamięci. Okalają go gmachy Hotelu Europejskiego i „domu bez kantów”. Za krzyżem prześwit, trochę zieleni drzew na skwerze, gdzie od niedawna znajduje się pomnik przechadzającego się Bolesława Prusa, dalej zarys perspektywy na Wisłę. Naprzeciwko grób Nieznanego Żołnierza. Szeroki czerwony dywan poprzez cały plac łączy ołtarz z grobem. Ołtarz jest monumentalny, prosty, bodaj najpiękniejszy ze wszystkich, jakie potem można było widzieć. Na krzyżu przewieszona wielka, czerwona stuła, nisko wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej. Na dole ołtarza imiona polskich świętych i błogosławionych. Zabytkowy tron i świeczniki. Żadnych zbędnych ozdób. Na cztery strony z wielkiego podium rozchodzą się schody prowadzące od ołtarza do ludu.

Po dwóch męczących godzinach oczekiwania w skwarze, trochę po czwartej zrywa się burza oklasków. W otwartym, białym samochodzie jest Ojciec Święty, z nim Prymas Polski, a także kardynał Casaroli. Samochód wśród okrzyków i oklasków okrąża plac od strony Królewskiej i dojeżdża w pobliże Grobu Nieznanego Żołnierza. Zapada cisza. Chór śpiewa „Gaude Mater Polonia”. Papież podchodzi do płyty i klęka. Za nim Ksiądz Prymas. Nie widzimy tego, ale wiemy, jaka to jest chwila.

(…) Kończy się śpiew chóru. Jan Paweł II powoli obchodzi ołtarz okadzając go ze wszystkich stron; potem, słowami liturgii mszalnej, rozlega się po raz pierwszy na cały plac Jego głos: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego – pokój Wam”.

Pokój Wam: Warszawie – Polsce – światu. Stojąca obok pani, zasłużona, co widać po odznaczeniach, lekarka z Powstania, powtarza co chwila, jakby chciała raz jeszcze tę przechowywaną latami prawdę przypieczętować: każdy kawałek ziemi tu… to krew. A młody diakon, urodzony już po tym, co Miasto to przeżyło, czyta powoli i pięknie z Księgi Proroka Ezechiela: „Spoczęła na mnie ręka Pana i wyprowadził mnie On w duchu na zewnątrz, i postawił mnie wśród doliny. Była ona pełna kości. I polecił mi, abym przeszedł dokoła nich, i oto było ich na obszarze doliny bardzo wiele. Były one zupełnie wyschłe. I rzeki do mnie: Synu człowieczy, czy kości te powrócą znowu do życia? Odpowiedziałem: Panie Boże, Ty to wiesz. Wtedy rzekł On do mnie: Prorokuj nad tymi kośćmi i mów do nich: Wyschłe kości, słuchajcie słowa Pana. Tak mówi Pan Bóg: Oto ja wam daję ducha po to, abyście się stały żywe…”.

Po proroku Ezechielu liturgia przywołuje z kolei słowa św. Pawła o nadziei, której użycza Duch przychodzący z pomocą naszej słabości. A potem słuchamy Ewangelii według św. Jana. Ile wymowy mają w tych dniach — i trwa to aż po Błonia Krakowskie — te słowa Jezusa: „Jeżeli ktoś jest spragniony, a wierzy we Mnie, niech przyjdzie do Mnie i pije”…

Później przemówił Jego widzialny Zastępca. Pierwsza homilia Ojca Świętego na ziemi polskiej: „Razem z Wami pragnę wyśpiewać pieśń dziękczynienia dla Opatrzności, która pozwoliła mi dziś jako pielgrzymowi stanąć na tym miejscu”.

„Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa — mówił Jan Paweł II. – Jakież ogromne z tego rodzą się zadania i zobowiązania! Czy do nich naprawdę dorastamy?”

Papież przypomina pragnienie Pawła VI odbycia pielgrzymki do Polski, które przerosło ramy jednego pontyfikatu i – w sposób po ludzku trudny do przewidzenia – realizuje je dzisiaj. A potem – odsuwając na bok własną osobę – nie waha się podjąć tego pytania, które zadawaliśmy sobie wszyscy od 16 października, pytania o to, dlaczego właśnie teraz, w tych czasach, Polak został powołany na Stolicę Piotrową. I jakby głośno rozważając, odpowiada na nie innym pytaniem: „Czyż nie wolno nam wnosić (…), że Polska stała się w naszych czasach ziemią szczególnie odpowiedzialnego świadectwa? Że właśnie stąd (…) ze szczególną pokorą, ale i przekonaniem trzeba głosić Chrystusa? Ale jeśli przyjąć to wszystko, co w tej chwili ośmielam się wypowiedzieć – dodaje natychmiast – jakież ogromne z tego rodzą się zadania i zobowiązania! Czy do nich naprawdę dorastamy?”.

Można być wdzięcznym Papieżowi za to, że podjął z nami ten wątek; publiczna refleksja o tym, co nastąpiło 16 października 1978 nie była przecież dla niego łatwa do wyrażenia. I można być wdzięcznym za to, że zakończył ją pytaniem; tym właśnie pytaniem, które musi nas wszystkich ciągle pobudzać, niepokoić, dręczyć, rujnować nasze samozadowolenie, żądać sprostania, dorastania do tego, co nastąpiło. Ale wątkiem zasadniczym homilii Jana Pawła II podczas tej Mszy przed krzyżem na placu Zwycięstwa staje się zaraz potem – nawiązując do liturgii wigilii Zesłania Ducha Świętego – myśl o związkach dziejów narodów, dziejów człowieka z dziejami zbawienia, z dziejami Chrztu i Umocnienia. „I są w tych apostołach i wokół nich – w dniu Zesłania Ducha Świętego – zgromadzeni nie tylko przedstawiciele tych ludów i języków, których wymienia księga Dziejów Apostolskich. Są wokół nich już wówczas zgromadzone różne ludy i narody, które przyjdą do Kościoła poprzez światło Ewangelii i moc Ducha Świętego w różnych epokach, w różnych wiekach. Dzień Zielonych Świąt jest dniem narodzin wiary i Kościoła również na naszej polskiej ziemi. Jest początkiem przepowiadania wielkich spraw Bożych również w naszym polskim języku. Jest początkiem chrześcijaństwa również w życiu naszego Narodu: w jego dziejach, w jego kulturze, w jego doświadczeniach.

Kościół przyniósł Polsce Chrystusa – to znaczy klucz do zrozumienia tej wielkiej i podstawowej i rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć ani kim jest, ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie można tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa. I dlatego Chrystusa nie można wyłączyć z dziejów człowieka w jakimkolwiek miejscu na ziemi, pod jakimkolwiek znakiem długości czy szerokości geograficznej”.

Burza oklasków trwająca pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia minut rozpoczęła ten dialog Pielgrzyma z nami. Wyrażał się on w oklaskach i w pieśniach, ale trwał odtąd także w poruszeniach wyobraźni, umysłu i serca. Mówił Papież do nas i za nas, i my mówiliśmy do niego, pewni zrozumienia każdego gestu, każdego odzewu, jaki wywoływały jego słowa. Mówił o przeszłości i przyszłości, i my mówiliśmy z nim za żywych i umarłych. Mówił zwłaszcza o tragedii Warszawy, a przed naszymi oczami był Chrystus z krzyżem wskazujący palcem w niebo, Chrystus z Krakowskiego Przedmieścia mówiący: Sursum corda. „Kto się o milion ten upomni?” – pytał kiedyś poeta…

A Ojciec Święty wiódł nas pewną ręką i prowadził także do zrozumienia owej codziennej zależności między dziejami człowieka i dziejami narodu oraz między dziejami narodu a dziejami chrześcijaństwa, które jest w nim obecne. „Ten stary dąb tak urósł, a wiatr go żaden nie obalił, bo korzeń jego jest Chrystus” – przypominał kazania sejmowe Skargi. I mówił: „Trzeba iść po śladach tego, czym – a raczej kim – na przestrzeni pokoleń był Chrystus dla synów i córek tej ziemi. 1 to nie tylko tych, którzy jawnie weń wierzyli, którzy Go wyznawali wiarą Kościoła. Ale także i dla tych, pozornie stojących opodal, poza Kościołem. Dla tych wątpiących czy sprzeciwiających się”. Nie można do końca zrozumieć człowieka bez Chrystusa i nie można zrozumieć dziejów narodu bez dziejów człowieka — te myśli obejmowały szeroko ludzką i polską rzeczywistość na przestrzeni dziejów i we współczesności, niczego nie anektując, a raczej otwierając na zrozumienie tego momentu, tego punktu i tego źródła, w którym to, co ludzkie i to, co chrześcijańskie się z sobą najgłębiej schodzi.

„Wszystko, co Polskę stanowi – włączał teraz Jan Paweł II w ofiarę odprawianą na placu Zwycięstwa. „Wszystko. I dzieje ludów, które żyły wraz z nami i wśród nas, jak choćby ci, których setki tysięcy zginęły w murach getta warszawskiego”. Wszystko. Przeszłość i współczesność. Pracę każdego. I nadzieje. To, z czego bierze się siła naszego trwania.

Wszystko to włączał w ofiarę, sprawowaną przed wielkim, majestatycznym krzyżem. Jeszcze mieliśmy w uszach świeżo brzmiące słowa proroka Ezechiela: „Oto mówią oni: wyschły kości nasze, minęła nadzieja nasza, już po nas. Dlatego prorokuj i mów do nich. Tak mówi Pan Bóg: oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój. Udzielę wam mego ducha po to, byście ożyli…”.

Papież zaś kończył:

„Niech zstąpi Duch Twój.
Niech zstąpi Duch Twój
i odnowi oblicze ziemi”.

A po chwili pauzy dodał z całą mocą: „TEJ ZIEMI”.

Fragment zbiorowego reportażu „Dziewięć dni w Polsce”, opublikowanego w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1979. Jego autorami byli Stefan Frankiewicz, Cezary Gawryś, Tadeusz Mazowiecki, Zdzisław Szpakowski, Wojciech Wieczorek i Kazimierz Wóycicki.