Gdyby nie było stuletnich murów antyjudaizmu, czyli religijnej wrogości, chrześcijanie na pewno potrafiliby powiedzieć zdecydowanie „nie!” grzechowi antysemityzmu, rasowej nienawiści, a krzyk ofiar Szoah przenikałby głębiej do ich uszu, serc i sumienia.

Tekst wystąpienia wygłoszonego w warszawskiej synagodze im. Nożyków, 15 stycznia 2011 r., podczas uroczystości wręczenia honorowego tytułu „Człowiek Pojednania”, przyznawanego przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów osobom spoza Polski, które są szczególnie zasłużone dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce. Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2011. Tłum. Tomasz Dostatni OP.

Szalom alejchem! Bracia i siostry, po raz pierwszy w życiu mogę mówić w synagodze. Napełnia mnie to wzruszeniem, szacunkiem i radością – podobnie jak wtedy, kiedy miałem pierwszy raz możliwość wstąpienia do świętej ziemi Izraela, gdy pierwszy raz przechodziłem bramami świętego miasta Jeruzalem, kiedy po raz pierwszy mogłem czołem i ustami dotknąć zachodniej ściany Świątyni. „Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano: «Pójdziemy do domu Pana». Już stoją nasze stopy w twoich bramach, Jeruzalem” (Ps 122, 1-2).

Odczuwam dzisiaj to samo: tutaj są korzenie i ziemia ojczysta naszej wspólnej wiary w jednego i jedynego Boga, tutaj przez stulecia rozbrzmiewały psalmy, którymi się codziennie modlę – tutaj jednak brzmią one w języku, w którym były napisane i poprzez usta tych, dla których były napisane. Tutaj jest ziemia ojczysta Izraela, pierwszej i nieodwołalnej miłości Bożej. Pokój i błogosławieństwo dla was wszystkich! Bruchim ha-nimcajim[1]!

Strach przed Żydami i mowa ran

Myślę w tej chwili o tekście zapisanym w Ewangelii św. Jana. Uczniowie Jezusa pozostają po Jego śmierci w strachu i bólu w zamkniętym miejscu. Jest napisane: „drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami” (J 20, 19). Ale, jak czytamy dalej, Jezus przyszedł przez zamknięte drzwi, ukazał im swoje rany i tchnął na nich ducha pokoju i przebaczenia. Dał im dar i misję przebaczania i uzdrawiania, szerzenia pokoju i pojednania.

Ze strachu przed Żydami mieli drzwi zamknięte… Możliwe, że wtedy był to strach realny – proces emancypacji młodego Kościoła od Synagogi nie był zawsze lekki i spokojny. Echa ówczesnych sporów i polemik możemy do dziś znaleźć w Nowym Testamencie i w Talmudzie, i są to słowa do dziś obustronnie raniące. „Strach przed Żydami” budował mury między Kościołem a Synagogą jeszcze przez wiele stuleci, w czasach, gdy strach ten był karmiony tylko przesądami, urojonymi „obrazami nieprzyjaciela”, a zapewne i nieczystym sumieniem. Przez wieki to Żydzi żyli w „chrześcijańskiej Europie” za murami gett i często to oni mieli się czego bać: przez te mury nie przychodził z chrześcijańskiego świata Jezus z pozdrowieniem pokoju, ale mordujący i rabujący motłoch.

Za murami oddzielającymi światy żydowski i chrześcijański – a chodzi mi tu przede wszystkim o mury w myślach i w sercach – w wieku dwudziestym miała miejsce zbrodnia, która do dziś napawa nas grozą. Warszawskie getto stale jest obecne w pamięci ludzkości, podobnie jak Auschwitz, Lidice, Kołyma i Katyń. Chociaż myśli i serca tych, którzy zaplanowali i wykonali zgładzenie żydowskiego narodu, opanowała neopogańska ideologia krwi i ziemi – pogaństwo, które nienawidziło tak samo judaizmu, jak i chrześcijaństwa – to jednak my, chrześcijanie, nie możemy uciec od pytania, kto wystawił te mury, za którymi to wszystko mogło się na taką skalę i tak spokojnie dokonać. Gdyby nie było stuletnich murów antyjudaizmu, czyli religijnej wrogości, chrześcijanie na pewno potrafiliby powiedzieć zdecydowanie „Nie!” grzechowi antysemityzmu, rasowej nienawiści, a krzyk ofiar Szoah przenikałby głębiej do ich uszu, serc i sumienia. I dlatego tym większy szacunek należy się tym chrześcijanom, którzy – zwłaszcza tutaj w Polsce – ofiarnie pomagali Żydom w najcięższych godzinach historii narodu wybranego, często z narażeniem własnego życia i życia swoich własnych rodzin.

Nie można zasłaniać sobie oczu przed ranami przeszłości. Trzeba bronić się także przed fascynacją przeszłością i jej ranami

Dzisiaj mury gett są zburzone, a jeśli stoją ciągle między nami mury w myślach i w sercach, to możemy jednak powiedzieć, że nigdy nie było w nich tylu otwartych drzwi, co dziś. Pomiędzy nazwiskami tych, którzy burzyli mury nienawiści, przesądów i obojętności, nie może zabraknąć nazwiska wielkiego syna polskiego narodu, Jana Pawła II. Społeczności chrześcijańska i żydowska uczyniły na tym polu bardzo dużo, a jeszcze więcej stoi przed nami jako zadanie.

Po tragedii Szoah naród żydowski przyszedł między nas i ukazał nam swoje rany. Ewangelia, o której wspominałem przed chwilą, przynajmniej niektórym chrześcijanom pozwoliła zrozumieć mowę ran. Spojrzenie na te rany w dużym stopniu nie tylko zmieniło relację chrześcijan do Żydów, ale i pogłębiło chrześcijańską świadomość i chrześcijański świat wiary. Słowa „pokój”, „pokuta”, „przebaczenie”, „pojednanie” mogą z kolei mieć swoją uzdrawiającą moc – i to nie tylko dla naszych wzajemnych relacji. Cały świat potrzebuje dzieła pojednania.

Nie można zasłaniać sobie oczu przed ranami przeszłości. Trzeba bronić się także przed fascynacją przeszłością i jej ranami. Hebrajskie słowo zachor – „pamiętaj” nie oznacza uwięzienia w przeszłości i w jej traumie, ale wyzwolenie ku przyszłości; wyzwolenie przyszłości od tego, aby jej nie krępowała i nie określała nieświadoma trauma przeszłości. Kipur czyli pojednanie – które jest zarówno tematem jednego z największych żydowskich świąt, jak i kluczowym tematem teologii chrześcijańskiej – to odkupienie z ciężaru grzechu i śmierci. Naprawa świata (tikkun olam) nie pozwoli zaś, aby zło miało ostatnie słowo, nie pozwoli, aby zło pozostawało na przyszłość w spirali zemsty i przemocy.

Pojednanie to nie jednakowość

Drodzy przyjaciele, przyznajecie mi dziś zaszczytny tytuł „Człowiek Pojednania”. Musicie wiedzieć, że jest to dla mnie nie tylko formalność czy jedynie kolejny egzemplarz do zbioru akademickich i kościelnych tytułów czy różnych odznaczeń, które w ciągu swego życia otrzymałem. Z każdym uhonorowaniem przypominam sobie z niepokojem słowa Ewangelii o tym, że łatwiej jest przejść wielbłądowi przez ucho igielne niż bogatemu wejść do Królestwa Niebieskiego. Czy honory i zaszczyty nie należą do obciążenia, pod którym upada biedny wielbłąd naszej duszy? Czy nie jest to bogactwo, z którego będziemy rozliczani? Na ile sprowadziło ono na manowce nasze serce do pychy i próżności?

Tytuł „Człowiek Pojednania” nie mieści się jednak w szeregu świeckich i kościelnych wyróżnień i honorów. To jest „nowe imię”. Nowe imię w sensie ścisłym ma prawo nadawać tylko Bóg, ale wy mi przyznajecie ten tytuł w miejscu, gdzie Bóg jest pokornie wzywany. Przyjmuję to nie jako wyróżnienie, lecz jako zadanie, jako misję. Bóg uczynił z Abrama Abrahama, z Jakuba Izraela. We wczesnym chrześcijaństwie Szymon staje się Piotrem, a Szaweł Pawłem. W ostatniej księdze Nowego Testamentu czytamy zaś o białym kamyku, który człowiek dostanie i na nim znajdzie napisane swoje nowe imię (Ap 2, 17).

Bardzo bym pragnął, abym kiedyś dostał ten biały kamyk, a na nim znalazł to imię, które dziś dostaję z waszej miłości: człowiek pojednania. Do tego muszę jednak przejść jeszcze długą drogę! Dzisiaj w znaczący sposób dodaliście mi na tej drodze otuchy – dziękuję wam za to z całego serca.

Co to jest pojednanie? W czeskim wyrazie pojednanie – smíření – zawiera się słowo mír, pokój, szalom. W polskim – podobnie jak w łacińskim reconciliatio i w wielu z niego wyprowadzonych słowach w innych językach – ugoda, konsultacja, porozumienie, jednanie.

Zatytułowałem tę moją wypowiedź: „Pojednana różnorodność”. Odczuwam w słowie „pojednanie” szacunek wobec różnorodności. Pojednanie to coś innego niż zjednoczenie czy jednakowość. To także coś innego niż docelowy pakt bądź koalicja na podstawie wspólnych interesów. Pojednanie respektuje różnorodność. Uznaje ją nie za powód do strachu czy nieprzyjaźni, lecz za możliwość wzajemnego wzbogacenia. Pojednanie wskazuje na minione rany podziału, ale czyni z nich doświadczenie uzdrawiające, a nie traumatyczne. Elementem pojednania jest również to, że tego drugiego nie pozostawiam w samotności z jego bólem (dlatego, że ból, którego z człowiekiem nikt nie niesie, może w konsekwencji stać się siłą destrukcyjną), ale że jego ból staje się częścią mojej pamięci, częścią mojej świadomości i mojego sumienia.

Chciałbym wspomnieć tutaj wielkiego katolickiego autora „teologii po Auschwitz” Johanna Baptistę Metza. Mówi on o tym, jak w dzieciństwie chodził koło portalu katedry w Bambergu, a na nim – podobnie jak na wielu portalach gotyckich katedr – znajdowały się rzeźby Kościoła i Synagogi. Kościół ukazany był jako triumfująca piękna kobieta, Synagoga zaś jako załamana kobieta z zawiązanymi oczyma. Jednakże pewnego razu Metz zadał sobie pytanie: co widziały te zawiązane oczy?

Pojednanie respektuje różnorodność. Wskazuje na minione rany podziału, ale czyni z nich doświadczenie uzdrawiające, a nie traumatyczne

Powiedziałem, że spojrzenie na cierpienie narodu żydowskiego pogłębiło chrześcijańskie sumienie i chrześcijański świat wiary. Mogę zaświadczyć, że żydowska (i chrześcijańska) filozoficzna oraz teologiczna refleksja nad Szoah w znaczący sposób wpłynęły na moją własną wiarę, moje rozumienie Boga i Jego relacji do świata, do człowieka i do historii ludzkości. Znacząco wpłynęły też na moją teologię – moje rozumienie wiary, nadziei i miłości jako sposobu cierpliwego trwania z ukrytym i milczącym Bogiem w ciemnych nocach historii i w ciemnych godzinach ludzkiego żywota. Pomogła mi zrozumieć pewien rodzaj ateizmu jako „doświadczenie Wielkiego Piątku”. Czeski, chrześcijański poeta Jan Zahradníček, długoletni więzień komunistyczny, napisał o totalitarnych reżimach, że starały się z całej swej siły, „aby historia nie przekroczyła popołudnia Wielkiego Piątku”.

Dzisiaj wydaje mi się, że nastał już czas, abyśmy przede wszystkim sami wyszli z cienia bolesnej przeszłości, chociaż nie możemy i nie powinniśmy jej wymazać ze swej pamięci i historycznego doświadczenia. Polski katolicki ksiądz i filozof Józef Tischner mówił z goryczą o chrześcijanach, którzy nawet po Wielkanocy nie mają ochoty zejść z krzyża. Krzywdy przeszłości tak ich zamroziły w roli notorycznych męczenników, że ich serce zgorzkniało, ich wzrok zmętniał. I chociaż kamień od grobu został odwalony, boją się wyjść do światła i dostrzec nowe „znaki czasu”.

Wiem od niektórych swoich żydowskich przyjaciół, jak ciężko – przy całym szacunku do ofiar Szoah – przychodzi im wytłumaczyć wielu swoim braciom i siostrom, że judaizm jest nie tylko „religią Holokaustu”, że święta historia Izraela nie może być zredukowana do traumy minionych wieków. Wielkie przypowieści Biblii są nam dane także po to, aby nam zaproponować pewien klucz do zrozumienia tego, co przynosi nasz czas – i odwrotnie: nasze osobiste i wspólne historyczne doświadczenia pozwalają nam lepiej zrozumieć biblijne wydarzenia, chociaż to rozumienie jest zawsze tylko częściowe i musi wytrzymać otwarcie okien na oślepiające światło tajemnicy.

Źródła światła

Wielu ciemnych wydarzeń z historii i z własnego życia człowiek doświadcza jako porażającego absurdu, długo uwierają one w sercu jak ostry kamień. Dopiero gdy znajdziemy kontekst, możemy ów kamień umieścić w wielkiej mozaice. Wtedy traci on swoje bolesne i raniące ostrze. Bóg jest owym kontekstem, historia przymierza Boga z ludźmi jest ową wielką mozaiką – dopiero w niej to, co nam się wydaje zupełnie niezrozumiałe, absurdalne, znajduje sens. Trudem naszego ziemskiego losu jest to, że ten kontekst nie jest nam w pełni dostępny – że Bóg jest Bogiem ukrytym, przedmiotem naszej wiary i nadziei, a nie przedmiotem naszego snu czy pełnego zrozumienia. A równocześnie ta wiara i nadzieja są nasza radością, umocnieniem w drodze.

Kościół katolicki na II Soborze Watykańskim sam siebie nazwał pielgrzymującym Ludem Bożym, wspólnotą pielgrzymów – communio viatorum. Kościół inspirował się w sposób jasny Biblią hebrajską, ludem exodusu. Kościół rozpoznał swoją historię i swój los jako udział w tym nigdy niekończącym się exodusie, który Bóg sam rozpoczął, kiedy przemówił do Mojżesza z krzewu ognistego. Pielgrzymi nigdy ze sobą nie konkurują, nigdy nie płacą sobie, lecz spotykają się, opowiadają sobie i jeśli naprawdę znają ciężar pielgrzymiego życia, pomagają sobie wzajemnie.

Nasza wzajemna pomoc ma jednak swój cel, przekraczający zainteresowania jednej czy drugiej „wspólnoty pielgrzymów” – mamy pomagać sobie przede wszystkim w zadaniu, które zostało nam wspólnie powierzone i które w tradycji żydowskiej nazywa się tikkun olam, naprawa świata. A wielki żydowski filozof dodawał, że kto chce naprawiać świat, musi zacząć naprawę od siebie samego.

Pojednanie między nami polega na uznaniu różnorodności, na rozpoznaniu, że nasza różnorodność przynosi więcej nadziei na wzbogacenie wzajemne niż strachu płynącego z zagrożenia własnej tożsamości. Do tego rozpoznania doszliśmy długą i krętą drogą, znaczoną także tragicznymi i przestrzegającymi na przyszłość doświadczeniami. Jednak właśnie to doświadczenie pojednanej różnorodności – doświadczonej czynami – możemy i powinniśmy zaproponować światu nam współczesnemu. Jestem przekonany, że to jest właśnie coś najważniejszego, co jesteśmy dzisiaj dłużni światu. Wierzymy we wspólnego Ojca wszystkich ludzi, musimy zatem dopełnić tę wiarę postawą: wszystkich ludzi będziemy uważali za swoich braci i siostry, i tak będziemy się wobec nich zachowywali.

Być narodem wybranym oznacza być wybranym do zadań i do odpowiedzialności, a nie do pysznego wywyższania się ponad innych

Stoi przed nami wiele wspólnych wielkich zadań. Musimy pogłębiać trójstronny „Abrahamowy ekumenizm” i starać się dopraszać odpowiednie osoby i uczonych ze świata islamu do wspólnego przemyślenia drogi. Jak rozwijać uzdrawiającą siłę wiary i zabraniać jej nadużywania do usprawiedliwiania i rozniecania przemocy i nienawiści? Powinniśmy dogłębnie wspólnie przemyśleć nasze doświadczenia z życia religijnych wspólnot w sekularyzowanym świecie Zachodu i poszukiwać drogi pomiędzy dwiema niebezpiecznymi ekstremami: między fundamentalizmem i dobrowolnym gettem z jednej strony, a z drugiej strony utratą własnej tożsamości poprzez brak krytycyzmu w stosunku do współczesnej kultury. Musimy starać się zrozumieć tę kulturę, poszukiwać w niej owych „ziaren Logosu” i iskry Bożej prawdy, o której mówi mistyczna tradycja obu naszych religii – aby nie zadusił ich popiół duchowej obojętności. Trzeba wzajemnie obdarzać się wszystkim, co jest dobre i cenne, co dojrzało w jednej czy drugiej rodzinie wiary, i w ten sposób łączyć swoje siły dla dobra świata. Mocno wierzę, że jeśli Bóg daje swe specyficzne dary jednym i drugim, to daje je właśnie z tym zamysłem – abyśmy się wzajemnie wzbogacali i dopełniali w swej różnorodności.

Być narodem wybranym oznacza być wybranym do zadań i do odpowiedzialności, a nie do pysznego wywyższania się ponad innych. Izrael ma być światłem narodów. Kościół katolicki w dokumencie II Soboru Watykańskiego „Lumen gentium” (czyli: Światło narodów) zgłosił swój akces do tych samych symboli i zadań. Źródła światła nie muszą wzajemnie ze sobą konkurować ani wzajemnie się zasłaniać – to byłoby absurdalne. Mogą i mają wspólnie się cieszyć i łączyć swe siły. Jest w nas i wokół nas tyle jeszcze zimna i ciemności!

Hine ma-tow uma-naim szewet ahim gam-jahad – „Oto jak dobrze i jak miło, gdy bracia mieszkają razem” (Ps 133, 1). Jakie to dobre, piękne i potrzebne, gdy braci łączy także – i może przede wszystkim – świadomość wspólnej odpowiedzialności i wspólnej pracy dla innych!

Tekst wystąpienia wygłoszonego w warszawskiej synagodze im. Nożyków, 15 stycznia 2011 r., podczas uroczystości wręczenia honorowego tytułu „Człowiek Pojednania”, przyznawanego przez Polską Radę Chrześcijan i Żydów osobom spoza Polski, które są szczególnie zasłużone dla dialogu chrześcijańsko-żydowskiego w Polsce. Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 4/2011. Tłum. Tomasz Dostatni OP.


[1] Pozdrawiam wszystkich obecnych (dosłownie: „Błogosławieni ci, którzy się tu znajdują”).