Celem misji Kościoła jest prowadzenie ludzi do Boga, tak blisko, jak jest to możliwe. Ale w konkretnych wypadkach to „tak blisko” może wcale nie być uhonorowane ani chrztem sakramentalnym, ani wyznaniem wiary, ani praktykowaniem.

Dziewiąty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku. 

Misja Kościoła oraz sposób pełnienia apostolatu to teren, na którym rodziło się we współczesnym katolicyzmie zrozumienie i uznanie niezbędności postawy, nazwanej otwartą.

Złożyło się na to wiele procesów dokonujących się w świadomości szerokich grup społecznych, procesów prowadzących do przyjmowania takich poglądów, które dawniej miewały – choć miewały zawsze – nielicznych tylko przedstawicieli. Jednocześnie zaś poszukiwanie przez apostolat katolicki dróg rozstrzygnięcia szeregu problemów związanych z aktualnymi zjawiskami społecznymi prowadziło do wniosków analogicznych.

Owe procesy świadomości to na przykład zrozumienie szkód, jakie przyniosły Kościołowi akty gwałtu i przymusu stosowane w celu „nawracania” całych społeczności czy akty presji moralnej, a nawet fizycznej dokonywane w celu nawrócenia „zbłąkanej owcy” z fałszywej drogi.

Pozytywnym zaś wyrazem tego procesu był wzrost szacunku dla wolności człowieka, uznanie wartości wolnego aktu świadomej i autonomicznej woli, przede wszystkim w kwestiach światopoglądu i sumienia, uznanie religii za sprawę głęboko osobistego wyboru – obok jej niewątpliwego aspektu społecznego.

Równolegle wysunięty został postulat oczyszczenia samej religii z tego wszystkiego, co z istoty niereligijne, co niewłaściwe w jej funkcjach i – może przede wszystkim – w metodach.

Z interesującego nas punktu widzenia naczelnym zjawiskiem, towarzyszącym tym procesom świadomości, był głęboki kryzys form apostolatu, stwierdzenie bardzo ograniczonej skuteczności nauczania i nawracania słowem, od kazań począwszy na indywidualnym przekonaniu czy dyskutowaniu kończąc. Tak więc kierunek rozwoju prowadził od tolerancji (nie wolno zmuszać) i od apostolatu obecności w jego najbardziej elementarnej formie (nie należy kłaść nacisku na przekonywanie słowem) do pojęcia misji, opartej na możliwie pełnej realizacji postawy otwartej.

Otwarte rozumienie jest typowym przykładem głębokiego przewartościowania, bardzo charakterystycznego dla naszych czasów. Uwarunkowane historycznie refleksje prowadzą dziś do nowego odczytania – i to odczytania w jakiś sposób pogłębionego – samej istoty chrześcijańskiego stosunku do człowieka, do społeczeństwa, do ich dróg i osiąganych przez nich zdobyczy materialnych i duchowych. A na tym tle – do nowego odczytania sposobu czy „stylu” głoszenia Dobrej Nowiny.

Postawa otwarta rezygnuje z wszelkich środków mogących ograniczyć wolność decyzji człowieka, nawet jeśli wydają się one pozornie najbardziej „ubogie” i najbardziej dyskretne

Oczywiście, nie są to w istocie nowości, ponieważ humanizm Ewangelii nie wymaga uzupełnień i zawsze byli ludzie, którzy potrafili kierować się bardziej tym humanizmem niż ciążącymi na chrześcijańskiej rzeczywistości pojęciami epoki. Jednakże – powtórzmy to raz jeszcze – żyjemy w czasach, które wydobyły z całą ostrością postulat owego humanizmu, ukazując go właśnie jako warunek skuteczności misji.

Dokonała tego sytuacja naszego świata i świadomość współczesnego człowieka, który postawiony wobec konieczności dokonywania wyborów ostatecznych, przesycony i ogołocony zarazem, nie jest zapewne zdolny przyjąć chrześcijaństwa w innej postaci niż w jego czystej formie ewangelicznej, mimo jej maksymalizmu. Te właśnie warunki historyczne wpłynęły na szersze społecznie, niż kiedykolwiek przedtem, wyczulenie na ów humanizm Ewangelii rozumiany możliwie konsekwentnie czy nawet bezkompromisowo. Wydobyły jego nowe aspekty i ukazały go zarazem w nowym świetle właściwym epoce i na pewno wzbogacającym proces rozwoju chrześcijańskiej świadomości.

Podstawą otwartego rozumienia misji Kościoła wobec człowieka i społeczeństwa – również wobec takich, jakimi są współcześnie – jest pewien optymizm, niewątpliwie trudny czy nawet może tragiczny. Oparciem dla niego jest przeświadczenie, że człowiek nie jest przez grzech pierworodny odwrócony całkowicie od dobra, a tylko wewnętrznie skłócony, że naturalne dążenie do prawdy i dobra moralnego, jakie człowiek posiada, bywa hamowane poprzez przeciwną mu skłonność do łatwizny. Niemniej to naturalne dążenie istnieje i może osiągać nawet poziom heroiczny poza kręgiem świadomego oddziaływania prawdy objawionej.

Podobnie społeczeństwo, nawet najbardziej „zeświecczone”, ma swe naturalne cele zasługujące na najwyższy szacunek. Na drodze do tego celu, którym jest szczęście i dobro doczesne, osiąga ono i tworzy rzeczywiste wartości. Droga ludzi i społeczeństw ku dobru w jego najróżnorodniejszych postaciach bywa trudna i powikłana, są to też drogi bardzo indywidualne i różne. Niemniej ani poszczególni ludzie, ani kultury, cywilizacje czy ustroje społeczne nie są absolutnie złe czy dobre. Zadanie Kościoła nie polega na totalnym sądzeniu, na klasyfikowaniu ludzi i tworzonych przez społeczeństwo wartości, według wyznacznika plus i minus na podstawie kryterium dobry – zły, które niejednokrotnie zresztą utożsamiane było z kryterium katolicki – niekatolicki w wyznaniowym sensie tego słowa. Zadanie to polega na udzieleniu pomocy człowiekowi w jego rozwoju, aby mógł on przyjąć prawdę Ewangelii i konsekwentnie nią żyć. Polega też na pomocy społeczeństwu, aby mogło stać się jak najbardziej chrześcijańskie w sposób sobie właściwy, a więc naturalny, a przez to lepiej spełniało swe cele i stwarzało dogodne warunki dla wszechstronnego rozwoju osobowego swych członków.

Przy takim założeniu trudno uznać za słuszne stanowisko, które chciałoby burzyć, aby budować, które dążyłoby do rozkładu wszystkich „niechrześcijańskich” wartości w człowieku i społeczeństwie, aby dopiero na tak uzyskanym pustym polu formować katolickiego człowieka czy katolickie społeczeństwo.

Trzeba konsekwentnie odwołać się do owego trudnego optymizmu, do tych wartości i tego dobra, choćby było ono najbardziej cząstkowe i formalnie „pozachrześcijańskie” i budować na nim. Skoro drogi ku dobru są zróżnicowane, ich odrębność powinna być przy takim założeniu uszanowana.

Oczywiście, dzisiaj nikt nie proponuje, aby zmuszać siłą do przyjęcia wiary Kościoła, nie pali się już na stosie i nie urzęduje Święta Inkwizycja. Możemy spokojnie ominąć czyjeś indywidualne wzdychania do „dawnych, dobrych czasów”, kiedy nie słuchając, można by i dzisiaj gdzieniegdzie wzdychanie to usłyszeć. Możemy je pominąć, ponieważ nie mają żadnych szans realizacji. Nie możemy jednak przejść nad nimi do porządku tam, gdzie pozostały do dzisiaj relikty tego sposobu myślenia, który to w określonych warunkach doprowadził do drastycznych metod, a obecnie również się przejawia, tylko w bardziej „cywilizowany” i mniej wulgarny sposób.

Dylemat: czy konsekwentnie uszanować organiczną i indywidualną drogę człowieka do Boga, czy też przyspieszać ją „sposobem” – pozostaje i dzisiaj w pełni aktualny. „Sposoby”, jakich można tu używać, reprezentują bogaty wachlarz, począwszy od takich, które budzą odruch oburzenia u tzw. „oświeconej” części społeczeństwa, skończywszy na innych, które nie są na ogół uważane za rażące.

Spotykamy się niejednokrotnie z próbami organizowania społecznej opinii parafii przeciw „jawnogrzesznikom” czy „bezbożnikom”, co ma w gruncie rzeczy prowadzić nie tyle do zreflektowania się, ile do moralnego załamania obiektu nagonki. Można mieć nadzieję, że takie i podobne sposoby umrą własną śmiercią.

Każdy człowiek, wybierając w konkretnym wypadku prawdę przeciw fałszowi czy dobro przeciw złu, uczestniczy w ten sposób w szeroko pojętej misji Kościoła

Są i inne: często sugeruje się dzieciom przy Pierwszej Komunii św., aby wpłynęły na rodziców i skłoniły ich do przystąpienia do sakramentów. Jest to szczególnie szkodliwe. Fakt niepraktykowania rodziców bywa sam w sobie dostatecznie poważnym źródłem komplikacji wychowawczych i duszpasterstwo powinno starać się pomóc w ich pomyślnym rozwiązaniu (pomyślnym – tzn. w tym wypadku najmniej szkodliwym dla dziecka), a nie przyczyniać się do ich pogłębiania przez wyjaskrawienie sytuacji konfliktowych. Zdarza się również, że duszpasterz „kontroluje” praktykowanie rodziców, wypytując o to dzieci, co jest chyba wyjątkowo obrzydliwe.

Metody te potrafią dziś już bardzo wielu oburzyć. Nadal jednak istnieje wiele takich metod, które nie tylko nie oburzają, ale uchodzą dziś powszechnie za dopuszczalne i zrozumiałe – jak chwyty erystyczne, ad personam, stosowane w dyskusji nadmierne odwoływanie się do czynnika emocjonalnego, wykorzystywanie „szczególnie sprzyjających momentów”, jak np. chwilowego osłabienia samokontroli.

Można się zastanawiać, na jakim podłożu, w oparciu o jakie pojęcia używa się takich metod czy do nich tęskni? W pewnych przypadkach to zjawisko, które wrogość wobec prawdziwej wiary czy po prostu niezgodny z nią pogląd oraz wszelkie odstępstwo od Bożego prawa moralnego, i to tak rozumianego, jak je interpretuje Kościół, traktuje w tych samych kategoriach, co wszelkie zło moralne szkodliwe społecznie. Uprawnia to tym samym nawet do użycia środków społecznej presji czy siły, choćby takich jak ostracyzm, śmierć cywilna czy bojkot towarzyski. Przy takim założeniu ateizm czy wolny związek dwojga ludzi mogą być traktowane na równi z morderstwem, kradzieżą, a w wypadku gdy popełnia te „przestępstwa” ochrzczony katolik – jak dezercja w obliczu wroga czy zaprzedanie się obcemu wywiadowi.

Na szczęście takie traktowanie spraw wiary i etyki jest dziś już coraz rzadsze. W innym wypadku – i taka postawa jest dziś częściej reprezentowana – będzie to przekonanie, że komplikacje światopoglądowe i etyczne znajdują swe źródło przede wszystkim w moralnej słabości człowieka. Najważniejszą wobec tego rzeczą jest doprowadzenie go do źródeł łaski sakramentalnej działającej właśnie w Kościele i to działającej ex opera operato (usuwa się przy tym na drugi plan sprawę usposobienia człowieka), poddanie go wpływom praktyki, liturgii i duszpasterstwa, nawet jeśli nie czyni on tego początkowo z pełnym przekonaniem.

Działają tu motywy całkiem prozaiczne, jak chęć wykazania się lepszą statystyką praktyk czy nawet nawróceń (jak to bywa w Stanach Zjednoczonych), a również rozumienie nawrócenia w kategoriach przede wszystkim instytucjonalno-organizacyjnych (chrzest, powrót do Kościoła, powrót do praktykowania), a nie wewnętrznomoralnych.

Postawa otwarta rezygnuje z wszelkich środków bogatych mogących ograniczyć wolność decyzji człowieka, nawet jeśli wydają się one pozornie najbardziej „ubogie” i najbardziej dyskretne. Co więcej, uznając szczególne niebezpieczeństwo dla osobowości ludzi w stosowaniu nowoczesnych technik kształtowania świadomości, widzi ona specjalną rolę Kościoła wobec współczesnego świata w ratowaniu wewnętrznej wolności człowieka przed wpływem owych technik, nie tylko w dziedzinie religijnej.

Negatywne stanowisko wobec stosowania w sprawach religii „środków bogatych”, zarówno tych „klasycznych”, jak i bardziej nowoczesnych, tłumaczy ona nie tyle nawet brakiem wiary w ich długofalową skuteczność w tej dziedzinie, ile głębokim przekonaniem, że nie odpowiadają one godności człowieka, takiej jak widzi ją chrześcijaństwo, oraz naturze samej wiary, której wartość leży w świadomym i wolnym akcie niedającym się niczym zastąpić.

Postawa otwarta kładzie zasadniczy nacisk na zgodność środków i celów. Sam sposób wykonywania misji, jeśli kto woli – sama jej metoda, powinny być zgodne z duchem Ewangelii, który jest duchem miłości i wolności, i powinny dążyć do tego, aby człowiek, o ile to możliwe, był już po ludzku wolny, nim zostanie chrześcijaninem. Inaczej mówiąc, aby przyjmował on w sposób wolny chrześcijaństwo. W ten sposób sama misja ma być częścią prawdy ewangelicznej, którą głosi, i jej świadectwem. Nie negując przy tym oczywiście niezbędności łaski dla aktu wiary, zwraca uwagę na jej pozasakramentalne źródła, odpowiadając w ten sposób tym, którzy chcieliby człowieka wierzącego poddać trochę „na siłę” działaniu udzielających jej ex opera operato sakramentów. Dlatego też pojęciu misji widzącej swą główną funkcję w chrzczeniu, rozumianym nieomal dosłownie, przeciwstawia ona misję chrystianizacji, w której owo „chrzczenie” nie jest tak bezpośrednim i – chciałoby się powiedzieć – pośpiesznie realizowanym celem. Przeciwstawienie to prowadzi do daleko idących konsekwencji.

Naczelnym zadaniem misji Kościoła jest głoszenie Ewangelii w całej prawdzie, jaką ona zawiera, oraz chrzczenie. Jednakże obie te funkcje nie mogą być traktowane abstrakcyjnie. Nabierają one właściwego sensu, jeśli mówimy, że celem misji jest prowadzenie ludzi do Boga, tak blisko, jak jest to możliwe. Ale w konkretnych wypadkach (konkretnych nie znaczy – wyjątkowych) to „tak blisko” może wcale nie być uhonorowane ani chrztem sakramentalnym, ani wyznaniem wiary, ani praktykowaniem – z czego wcale nie wynika, że misja była tu bezowocna. Sprowadzenie misji do wymiernych efektów instytucjonalnych – wyrażających się przynależnością do ciała Kościoła i uczestnictwem w sakramentach – jest w praktyce często spotykane, choć doktrynalnie nie do obronienia.

Jeśli jednak rzeczy tak się mają, jak to wyżej zostało przedstawione, wówczas w strefie zainteresowania misji Kościoła znajduje się nie tylko jakiś wyabstrahowany „człowiek religijny”, ale cały człowiek w pełnym aspekcie religijnym. To znaczy – w jego dążeniu do prawdy, której najwyższym przedmiotem jest poznanie Boga, oraz w jego dążeniu do dobra, którego źródłem jest Bóg jako cel zjednoczenia i stwórca porządku moralnego.

Oczywiście to zainteresowanie wyrażać się musi w sposób zgodny z religijnym charakterem Kościoła. O ile w dziedzinie wiary Kościół głosi prawdy przedmiotowe, określa ich treść, o tyle w stosunku do innych dziedzin poznania głosi tylko sam postulat wierności prawdzie. Podobnie w dziedzinie dobra określa on je szczegółowo tylko w porządku moralnym. Tak ma się rzecz w odniesieniu do Kościoła jako instytucji, wolno jednak chyba powiedzieć, że każdy człowiek, wybierając w konkretnym wypadku prawdę przeciw fałszowi czy dobro przeciw złu, uczestniczy w ten sposób w misji Kościoła szeroko pojętej. Do podobnie szerokiego traktowania misji dojdziemy też i wówczas, gdy weźmiemy pod uwagę, że zadaniem jej jest nie tylko głoszenie Ewangelii słowem, ale i świadczenie jej, a więc nie tylko troska o chwałę Bożą wyrażoną w kulcie, lecz również świadczenie miłości ludziom, troska o ich dobro i szczęście również doczesne.

Zamiast wzoru apostoła – działacza, szkolonego w „technikach apostolskich”, „łowcy dusz”, który drugiego człowieka traktował często w praktyce jako obiekt oddziaływania, mamy po prostu wzór chrześcijanina

Jak się ma wyrażać w praktyce ta tak szeroko rozumiana misja, misja nienaruszająca wolności świadomego wyboru i szanująca indywidualność drogi rozwoju? Przede wszystkim musi ona wyciągnąć pełne konsekwencje z podstawowej zasady moralności chrześcijańskiej, która mówi, iż każdy powinien być wierny swej prawdzie, póki jej z przekonaniem nie zrewiduje, i że powinien ją pogłębiać i rozwijać. Powinna więc skłaniać – i dopomagać – do powiększania tkwiących w człowieku wartości w sposób zgodny z jego osobistym rozwojem, z aktualnymi potrzebami jego obiektywnej sytuacji, a przede wszystkim z jego sumieniem. Tak musi wyglądać owo „towarzyszenie” Kościoła i człowiekowi, i społeczeństwu, jeśli ma być ono rzeczywiście lojalne i jeśli nie ma być przy tym bierne. Formuła ta może mieć zastosowanie do misji wobec indywidualnego człowieka, jak i wobec każdej społeczności. W stosunku do wyznawcy innej religii może to być postulat, aby pozostawał on wierny jej wskazaniom, skoro w nią wierzy. W stosunku do niewierzącego, aby kierując się własną motywacją wydobywał z niej najgłębsze, najbardziej humanistyczne wartości. W stosunku do każdego społeczeństwa, aby dążyło do coraz lepszego rozwiązywania swych konkretnych problemów, w taki sposób, aby człowiek był w nim szczęśliwszy i znajdował coraz lepsze warunki dla swego rozwoju. Aby w społeczeństwie wzrastała stopniowo wolność i sprawiedliwość, rozwijały się warunki materialne i kulturalne.

Tak szeroko rozumiana misja jest zadaniem przede wszystkim katolików świeckich, Kościoła jako społeczności. Powinni oni realizować swe funkcje społeczne, zawodowe czy polityczne tak, aby społeczność świecka stawała się coraz lepsza, a więc jak mówimy, coraz bardziej naturalnie chrześcijańska. Szczególne znaczenie z punktu widzenia misji chrześcijańskiej ma wkład chrześcijan w takie zagadnienia, jak właściwy model stosunków międzyludzkich, prawdziwy szacunek dla człowieka i jego osobowości, obrona wartości humanistycznych wobec wymogów technizacji itd. Nie znaczy to, aby sprawy bardziej „przyziemne” miały uchodzić ich uwadze czy poczuciu odpowiedzialności.

Jednakże i rola Kościoła jako instytucji nie musi ograniczać się w tak pojętej misji tylko do spraw wewnętrzno-religijnych i zagadnień moralności osobistej. Jesteśmy niewątpliwie świadkami narodzin „nowego stylu” misji w tym zakresie, stylu, którego doskonałym przykładem mogą być wypowiedzi, encykliki i cała postać Jana XXIII. Styl ten nie polega, jak to miało miejsce do niedawna, na osądzaniu istniejących rozwiązań ustrojowych według pewnych absolutnych wzorców i na próbach sugerowania określonych modeli rozwiązań, niedostatecznie przy tym liczących się z konkretnymi warunkami. Polega on natomiast na przypominaniu stałych, ogólnych zasad i ukazywaniu w ich świetle najbardziej newralgicznych pod względem społeczno-moralnym problemów, domagających się rozwiązania w pierwszej kolejności.

Nowy sposób rozumienia misji w duchu postawy otwartej narzuca zmianę stylu nie tylko Kościołowi jako instytucji, ale również indywidualnym katolikom świeckim. Wymaga on jasnego uświadomienia sobie i konsekwentnej realizacji zasady, iż apostolstwo człowieka świeckiego nie jest jakąś szczególną osobną funkcją, ale organicznym elementem chrześcijańskiego stosunku do człowieka czy ludzi.

Apostolstwo w ścisłym znaczeniu, a więc pomoc człowiekowi w jego otwarciu się na Boga, jest tylko aspektem ogólnej zasady ewangelicznej: „jeden drugiego brzemiona noście”. Realizacja tej zasady jest sama apostolstwem – ponieważ daje świadectwo wyznawanej wierze. Dzieląc się z drugim człowiekiem dobrem, które się samemu posiada, dzieli się z nim również między innymi swą wiarą, jeśli jest on zdolny do jej przyjęcia, lub pomaga mu się do niej zbliżyć, choćby bardzo pośrednio. Tylko takie apostolstwo jest organicznym elementem postawy człowieka, tylko takie jest w pełni chrześcijańskie i wolne od jakiejś skazy zafałszowania czy przynajmniej nienaturalności.

Pewne niebezpieczeństwo nienaturalności zawsze istniało u „zawodowych” apostołów – działaczy formowanych przez dawny styl wyrosły na wzorach Akcji Katolickiej i podobnych. Wydaje się, że źródło tej nienaturalności leżało w jakimś przeniesieniu na świeckich wzoru kapłana, którego apostolstwo posiada z natury rzeczy pewien element zawodowy, ale nie musi być przy tym nienaturalne w swym wyrazie.

Tak więc zamiast wzoru apostoła – działacza, szkolonego w „technikach apostolskich”, „łowcy dusz”, który drugiego człowieka traktował często w praktyce jako obiekt oddziaływania, a przykazanie miłości de facto bardziej jako metodę apostolstwa niż jako najwyższą wartość samą w sobie, mamy po prostu wzór chrześcijanina. Apostolstwo jest dla niego tylko pewnym aspektem jego chrześcijańskiej postawy życiowej. Wydaje się, iż to przełożenie akcentów ma bardzo wielkie znaczenie, nie tylko dlatego, że jest po prostu słuszniejsze, ale i ze względu na swe zasadnicze konsekwencje wychowawcze.

Głównym zadaniem instytucji Kościoła wydaje się być dziś nie szczegółowe kierowanie tym apostolstwem, ale przede wszystkim kształtowanie katolików na prawdziwych chrześcijan, a tym samym prawdziwych apostołów.

Dziewiąty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku.