Dla wierzącego chrześcijanina otwartość jest interpretacją zasad ewangelicznych, bardziej dosłowną i konsekwentną niż inne sposoby ich praktykowania.

Ósmy rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku. Tytuł od redakcji

Terminem „postawa otwarta” posługujemy się może nawet przesadnie często. Mimo to jego treść pozostaje nieostra. Wyczuwamy jego znaczenie, wiemy w konkretnym wypadku, co jest, a co już nie jest z nim zgodne, jakie rozwiązanie odpowiada, a jakie przeczy kryterium otwartości.

Postawa otwarta stała się również hasłem, którym zarówno katolicy, jak i niekatolicy, określają dziś jeden z głównych w tej chwili nurtów w Kościele, zbyt szeroki i wewnętrznie zróżnicowany, a zarazem zbyt żywy na to, aby móc go ściśle określić. Powoduje to szereg dodatkowych i istotnych nieporozumień. Dlatego też jej treść domaga się ściślejszego wyjaśnienia. Spróbujmy dać je w tym stopniu, w jakim wydaje się to obecnie możliwe, określając przynajmniej kierunek, w którym powinno się go szukać.

Najpierw należy zauważyć, że postawa otwarta nie utożsamia się z żadnym określonym kierunkiem ideologicznym czy też filozoficznym. Nie jest też szczegółową metodą poznawania prawdy ani rozwiązywania konkretnych problemów społecznych. Nie posiada na nią monopolu żadna organizacja czy instytucja ani nawet żaden ściśle określony ruch w Kościele czy poza Kościołem. O różnych kierunkach intelektualnych i ruchach społecznych można natomiast powiedzieć, czy są one, czy też nie są „otwarte” w swej najszerzej pojętej metodzie, czy kryterium otwartości odpowiadają głoszone przez nie zasady oraz praktyka ich postępowania.

Z punktu widzenia wymagań, jakie postawa ta wysuwa, nie wystarczają ani tolerancja, ani obojętna czy nawet życzliwa koegzystencja, choć umiejętność realizowania tolerancji i koegzystencji jest jej warunkiem.

Nie jest wreszcie – z drugiej strony – intelektualnym czy społecznym konformizmem. Nie zmierza ona ani do zamazywania czy bagatelizowania istotnych i rzeczywistych różnic, ani do jakiego bądź synkretyzmu.

Czym zatem jest ta postawa tak bardzo ogólna i tak wielorako konkretyzująca się? Nie siląc się na ustalanie definicji, spróbujmy się jej przyjrzeć i ustalić jej najbardziej charakterystyczne cechy.

Przede wszystkim trzeba stwierdzić, że postawę tę można zająć wobec każdej osoby i każdej wartości, a więc zarówno wobec poszczególnego człowieka, jak i społeczeństwa, a także wobec każdego przejawu prawdy, dobra i piękna. Jej cechą podstawową i konstytuującą jest uznanie i uszanowanie odrębności każdej ludzkiej osoby i każdej społeczności świeckiej czy religijnej oraz szacunek wobec wartości intelektualnych, moralnych, kulturalnych, społecznych przez nie stwarzanych lub osiąganych. Odrębność ta dotyczy własnych, organicznych dróg rozwojowych, które muszą być uszanowane przy założeniu, że w każdej osobie i społeczności istnieje dążenie do prawdy i dobra, że w nich wszystkich one istnieją, choćby cząstkowo, a przy tym mogą istnieć tam w sposób, w jaki nie realizują się – przynajmniej aktualnie – gdzie indziej.

Cechą następną, będącą konsekwencją poprzedniej, jest dążenie do rozumienia owych odrębnych autonomicznych sfer, ich istotnych problemów, dobra, któremu służą i sposobu, w jaki to robią, prawd, które osiągają, i sposobu, w jaki je pojmują.

To dążenie łączy się z tendencją do poszukiwania punktów stycznych z własnym stanowiskiem i poszerzania zakresu tych punktów w sposób niekonformistyczny, przy niezacieraniu swego własnego stanowiska.

Owo poszukiwanie i poszerzenie zakresu punktów stycznych zakłada, że nikt nie jest bez reszty monopolistą pełnej i całkowitej prawdy, że natomiast spojrzenie na nią z różnych aspektów może do niej przybliżyć. Zakłada zatem twórczy dialog, zmierzający do wzajemnej wymiany rzeczywistych wartości w takim stopniu, w jakim to tylko jest możliwe. A więc do wzajemnego bogacenia się i rozwijania przy zachowaniu własnej odrębności i własnej drogi rozwoju.

To, co się rodzi pod naporem życia, a wczoraj jeszcze walczyło o prawo obywatelstwa w Kościele, nie może być uformowane na wzór twierdzeń matematycznych

Trzecią wreszcie cechą jest świadomość wspólnoty i współzależności ludzkiego losu i odpowiadającej jej współodpowiedzialności, która może być skutecznie realizowana tylko przez współpracę i wspólny wysiłek. Szansą tej współpracy jest stwierdzenie, iż mimo wszelkich zróżnicowań, a więc niezależnie od tego, co dzieli, istnieje sfera wspólnych dążeń, potrzeb i wartości, choćby była ona nieuświadomiona.

Tak scharakteryzowana postawa może występować w powiązaniu z różnymi stanowiskami światopoglądowymi, chociaż na pewno nie ze wszystkimi (trudno na przykład wyobrazić sobie „otwarty” faszyzm). Zależnie też od siły motywacyjnej, jakiej udziela jej ów światopogląd czy też doświadczenie życiowe człowieka, będzie ona realizowana w sposób bardziej lub mniej konsekwentny.

Na gruncie katolickim, a tym rodzajem postawy otwartej zajmujemy się w tej pracy, otrzymuje ona szczególnie głęboką motywację typu religijnego.

Fakt, iż postawa otwarta rozwinęła się we współczesnym katolicyzmie jako konieczna odpowiedź na nową sytuację świata, jest jedną z przyczyn uważania jej niekiedy za zjawisko na tym terenie czysto pragmatyczne i niejako nieautentyczne. Niektórzy obserwatorzy przemian Kościoła traktują ją jako wielką „operację strategiczną” mającą służyć skuteczniejszemu tylko realizowaniu neointegrystycznego stosunku Kościoła do świata.

Jednak jej związki z historycznym rachunkiem sumienia przeprowadzanym przez Kościół i z tendencjami głębokiej odnowy wskazują na to, że chodzi o coś więcej niż tylko o metodę. Znamienne jest przy tym wiązanie otwartości z tendencją powrotu do źródeł ewangelicznych i do postawy moralnej charakterystycznej dla chrześcijaństwa pierwszych wieków. Epoka ta daje szczególnie wiele przykładów otwartego stosunku do ludzi oraz do wartości intelektualnych i kulturalnych stwarzanych przez świat niechrześcijański.

Dla wierzącego chrześcijanina otwartość jest interpretacją zasad ewangelicznych, bardziej dosłowną i konsekwentną, a zarazem pełniejszą niż inne sposoby ich rozumienia i praktykowania.

Podstawowe znaczenie ma tu zasada miłości bliźniego. W zestawieniu z chrześcijańską religijną koncepcją człowieka nakazuje ona świadczyć innym dobro przy pełnym poszanowaniu ich wolności i odpowiedzialności. Tak rozumiana miłość bliźniego jest w swym społecznym wyrazie fundamentem religijnym charakterystycznego dla postawy otwartej poczucia współodpowiedzialności. Ponieważ zasada ta każe świadczyć ludziom dobro zarówno nadprzyrodzone, jak i doczesne, więc też i owa współodpowiedzialność odnosi się do obydwóch.

W pojęciu chrześcijańskim zachodzi zresztą ścisły związek pomiędzy realizowaniem przez ludzkość jej celu doczesnego i nadprzyrodzonego. Jest to ten sam związek, jaki istnieje pomiędzy realizacją nakazu „czyńcie sobie ziemię poddaną” a ostatecznym powołaniem ludzkości – osiągnięciem zbawienia przez ludzi.

Rośnie dziś świadomość, iż zbawienie, jakkolwiek jest kwestią najbardziej osobistą, jest zarazem sprawą społeczną. Wyrazem tego był zawsze w Kościele dogmat obcowania świętych. Przejawia się on nie tylko w modlitwach za dusze w czyśćcu czy w prośbie o orędownictwo, skierowane do dusz zmarłych, ale i w duchu apostolstwa czy znanym powiedzeniu, że proboszcz może być zbawiony tylko razem ze swymi parafianami. Poczucie współodpowiedzialności i związanej z nim pewnej wręcz „solidarności ludzi w obliczu Bogu” jest dziś w świadomości społecznej odpowiednikiem tej prawdy.

Chociaż owo poczucie współodpowiedzialności obejmuje wszystkich ludzi, świadomy udział w jego religijnym rozumieniu mogą mieć naturalnie tylko wierzący. Oczywiście nie tylko chrześcijanie, ale i wyznawcy innych religii, o ile tylko mogą one stanowić grunt do takiej postawy. Jednakże według pojęć chrześcijańskich również ludzie niewierzący, jeśli w zgodzie ze swoim sumieniem dążą do prawdy i dobra, są – choć nieświadomie – członkami Kościoła powszechnego i uczestniczą czynnie i pozytywnie we wspólnej drodze ludzkości ku jej celowi nadprzyrodzonemu.

Na gruncie wartości doczesnych religijna motywacja otwartości implikuje współodpowiedzialność za ludzkie dobro, za rozwój stosunków społecznych w duchu sprawiedliwości i za prawdziwy postęp, służący ludziom. Mówimy bowiem o postawie, która wyraża otwartość na świat dzisiejszy, na jego cywilizacyjny rozwój oraz na jego niepokoje i bolesne problemy. Znaczna część ludzkości głoduje, możliwość kryzysu atomowego jest faktem realnym. Istnieją wielkie problemy współżycia różnych systemów społecznych, istnieją też wielkie problemy w skali naszego kraju, związane z jego socjalistycznym rozwojem, trudnościami i zagadnieniami tego rozwoju.

Ludzie niewierzący, jeśli w zgodzie ze swoim sumieniem dążą do prawdy i dobra, są – choć nieświadomie – członkami Kościoła powszechnego

Postawa otwarta, której aspekty rozważamy w tej pracy przede wszystkim w płaszczyźnie światopoglądowej, nie utożsamia się z określoną postawą polityczną, ale prowadzi do poczucia odpowiedzialności społecznej i rozumienia rytmu współczesnego rozwoju cywilizacji w skali globu i w skali kraju. Ułatwia ona zatem czy wręcz warunkuje rzetelne współuczestniczenie w tworzeniu postępu społecznego.

Dla chrześcijanina również szacunek dla wszelkiej prawdy i każdego przejawu dobra ma swe religijne podstawy. Istnieje jedna Prawda i jedno Dobro, które są odbiciem boskiej mądrości i dobroci. Naturalna zdolność do poznawania prawdy i czynienia dobra sprawia, że człowiek „jest stworzony na obraz i podobieństwo”. Każdy człowiek istnieje też po to, aby, zdobywając prawdę i czyniąc dobro, zbliżał się do swego ostatecznego celu, jakim jest jego zjednoczenie z Bogiem i aby dopomagał w tym innym. Wszelka prawda i dobro mają swój aspekt społeczny, którym jest ich udział we wspólnym realizowaniu przez ludzkość jej doczesnego i nadprzyrodzonego celu. Zasługują więc one na szacunek niezależnie od tego, kto, jak i kiedy je poznaje i głosi lub czyni.

Jednakże ludzie mogą się mylić lub kłamać, mogą też czynić zło w sposób zamierzony lub nieświadomy. Dlatego postawa otwarta dokonuje rozróżnienia pomiędzy stosunkiem do człowieka a stosunkiem do tego, co głosi on lub czyni.

Otwartość na człowieka czy otwartość na doktryny? Pytanie to nieraz można słyszeć. A może jedno i drugie – tylko każde w innym zakresie. Niewątpliwie jednak rozróżnienie to jest szczególnie ważne na gruncie katolickim, gdzie obiektywne kryteria prawdy i dobra odgrywają tak wielką rolę.

Na gruncie tym człowiek pozostaje zawsze wartością najwyższą w porządku naturalnym, bez względu na błędy i zło, jakie popełnia. Podstawą okazywanej mu otwartości jest jego człowieczeństwo, a nie walory osobiste. Jego postępowanie może tylko wpływać na sposób, w jaki jest ona okazywana, może ją też bardzo utrudniać lub podnosić do rangi heroizmu. Natomiast jego poglądy i postępowanie podlegają weryfikacji w świetle kryteriów własnej postawy oceniającego, które zgodnie z sumieniem uważa on za słuszne – i mogą zostać odrzucone.

Ważne jest jednak, aby weryfikacja ta nie była pochopna, aby była wolna od uprzedzeń i nie kierowała się pozorami; aby nie odrzucała całości ze względu na błąd dotyczący części, ani też dobra cząstkowego ze względu na błędną całość. Jednym słowem, aby osąd negatywny był traktowany jako swego rodzaju ostateczność, a wydobywanie dobra i rzeczywistych wartości istniejących w obcych systemach i postawach – troską naczelną i pierwszorzędną.

Otwartość jest niewątpliwie bardzo trudna do konsekwentnej realizacji. Uważa się ją często za postawę wyłącznie elitarną, której rozpowszechnianie jest niemożliwe czy po prostu szkodliwe. Stoi to w wyraźnej sprzeczności z koniecznością oparcia na niej wzajemnych stosunków ludzi w warunkach pluralizmu.

Źródłem tego niebagatelnego nieporozumienia jest traktowanie otwartości jako postawy wyłącznie intelektualnej i odnoszenie jej tylko do intelektualnego dialogu. Na pewno posiada ona i ten aspekt, który ma dziś nie najmniejsze znaczenie i szczególnie silnie rzuca się w oczy. Nie należy jednak ulegać pozorom. Postawa otwarta wytycza przede wszystkim generalne zasady w stosunku do drugiego człowieka. Ma charakter głównie moralny i taka też jest natura trudności, wynikających ze zgodnego z nią postępowania. Wymaga ona przezwyciężenia zadawnionych schematów myślowych, czarno-białych podziałów, wymaga rozumienia i uszanowania odmienności w postępowaniu i myśleniu.

Choć posługiwanie się nią jest trudne, nie jest ona dziś z pewnością moralnym luksusem. Znaczy to, że nie należy do kategorii tych postaw moralnych, które – uchodząc za doskonalsze od innych – mogą być praktykowane lub nie, zależnie od swobodnego wyboru człowieka. Jest ona najlepszą znaną odpowiedzią na określoną sytuację społeczną, przy tym jedyną, która tę sytuację zadowalająco rozwiązuje zarówno z punktu widzenia społeczeństwa, jak i żyjącego w nim człowieka.

Jest zresztą godne uwagi, jak wielką aktualność zyskały w naszej trudnej epoce postawy, które do niedawna uchodziły za nierealne czy wręcz dziwaczne. Wymieńmy tu przykładowo ruch non violence, głoszący zasadę niestosowania przemocy, czy tendencje w Kościele katolickim zmierzające do uznania wszelkich wojen za niedopuszczalne z punktu widzenia etyki chrześcijańskiej.

Postawa otwarta dokonuje rozróżnienia pomiędzy stosunkiem do człowieka a stosunkiem do tego, co głosi on lub czyni

Postawa otwarta rozumiana jako szeroki postulat społeczny stoi dopiero na progu swego rozwoju. Dlatego też brak jest pełnej odpowiedzi na szereg pytań dotyczących zarówno tego, co można by nazwać jej teorią, jak i nasuwających się w związku z jej praktycznym stosowaniem.

Jednak „otwartość” nie jest wyteoretyzowaną doktryną, ale postawą zrodzoną z potrzeb życia i rozwijającą się poprzez eksperyment, a nie spekulację. Rzecz jasna, że pytania, które nasuwa praktyka jej stosowania i potrzeba obrony własnego stanowiska, domagają się odpowiedzi.

Odpowiedzi rodzą się w miarę gromadzenia doświadczeń, czy to dotyczących współpracy z ludźmi innych przekonań we wspólnym rozwiązywaniu trudnych problemów rozwoju życia społecznego, czy w miarę pogłębiania studiów nad tradycjami postawy otwartej w myśli i praktyce katolickiej oraz nad jej motywacją teologiczną. Gromadzenie tych odpowiedzi staje się jednym z podstawowych zadań współczesnego katolicyzmu.

Nie można jednak żądać usunięcia wszelkich wieloznaczności, jakie się z terminem „otwartość” wiążą. Wieloznaczności te bynajmniej nie dyskwalifikują tej postawy, choć świadczą o tym, że jest ona trudna i nie wolna od niebezpieczeństw.

To jednak, co się rodzi pod naporem życia, co nie łatwo toruje sobie drogę do umysłów, a wczoraj jeszcze walczyło o prawo obywatelstwa w Kościele, nie może być uformowane na wzór twierdzeń matematycznych. Co więcej, nawet i wtedy, kiedy nasze doświadczenia będą bardziej rozbudowane, a rozwój myśli intelektualnej posunie się dalej, nikt nigdy nie będzie mógł całkowicie wykluczyć wieloznaczności w odczytywaniu tej postawy. Odgraniczaliśmy ją już od tego, co jest z nią sprzeczne albo co tylko pozornie ją wyraża. Świadomość tych rozgraniczeń musi być żywa i wciąż pogłębiana w świetle gromadzonych doświadczeń i przemyśleń. Ale postawa ta może się weryfikować tylko w rozwoju żywym i wszechstronnym, a nie w wykuwaniu zabezpieczających formuł. Praca intelektualna musi raczej iść w kierunku ożywiania i inspirowania życia katolickiego tym wszystkim, co z praktykowania postawy otwartej płynie oraz co wynika dla niej z ogólnego rozwoju kulturalnego i społecznego.

Bo też i z drugiej strony już dziś, choć postawa otwarta zaledwie zaczęła zaznaczać się jako prąd myśli i postawy katolickiej – zwłaszcza u nas – słychać już głosy przestrzegające przed zbanalizowaniem tego terminu. Można by się nimi nie przejmować, gdyby pochodziły one jedynie od tych, którzy w ten sposób ukrywają swoją niechęć do dokonania koniecznych rewizji, jakie kierunek otwarty we współczesnym katolicyzmie postuluje. Nie można ich natomiast lekceważyć, gdy wyrażają one rzeczywistą troskę o to, aby „otwartość” – słowo ponętnie brzmiące dla człowieka naszych czasów – nie oznaczała schlebiania modzie, ale coś dużo głębszego, czym się nie reklamuje samego siebie, ale czym się przede wszystkim żyje.

Ósmy rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku.