Księża w wielu wypadkach są nieprzygotowani do samodzielnego życia w społeczeństwie, pełniąc te czy inne funkcje duszpasterskie.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1968. To wypowiedzi o. Krzysztofa Kasznicy, ówczesnego prowincjała dominikanów, ze słynnej dyskusji o księżach w Polsce, jaka odbyła się na łamach „Więzi” w 1968 roku. Słowa o. Kasznicy spotkały się z krytyczną reakcją kard. Stefana Wyszyńskiego, który uznał je za przeszkodę w dalszym sprawowaniu funkcji prowincjała i doprowadził do jego odwołania. Tytuł i śródtytuły od redakcji

W Polsce jest stosun­kowo mało duchowieństwa i przeciętna ilość wiernych czy ludności – co należy rozróżnić, bo nie wszyscy należą do Kościoła – wypadająca na jednego księdza czy to zakonnego, czy diecezjalnego, jest mniej więcej dwukrotnie większa niż przeciętnie w Europie i w świecie. Jesteśmy na jednym z ostatnich miejsc w Europie, chyba Czechosło­wacja jest w gorszej sytuacji, bodaj Portugalia, nie mówiąc oczywi­ście o tych krajach, gdzie katolicyzm jest bardzo słaby ilościowo. Właściwie za nami są jedynie kraje Ameryki Łacińskiej.

To bardzo rzutuje na sytuację duchowieństwa, w pewnym sensie na­wet na jego poziom czy możliwości pracy; występuje ogromne przecią­żenie pracą rozmaitego rodzaju, nie tylko duszpasterską, ale również i administracyjną. Jeżeli ksiądz stara się rzeczywiście dobrze pracować, haruje od rana do wieczora, nie mogąc często poświęcić dość czasu na dokształcanie, lekturę, jakieś inne elementy życia, które by mu pozwo­liły utrzymać się na poziomie czy nawet podnosić swój poziom osobisty.

Też chyba nieobojętnym elementem jest fakt, że powołania rekru­tują się do dziś dnia jeszcze w większości ze środowisk wiejskich. Ma to pewne znaczenie, bo mimo wszystko jest to jakiś handicap w stosunku do tych powołań. Poza tym powołania są często młode, nawet bardzo młode, szczególnie gdy chodzi o zakony. U nas na szczęście już z tym zerwano od paru lat, ale sam dokładnie pamię­tam, jak obłóczano piętnastoletnich chłopców, bo była potrzeba, bo się zgłaszali z małego seminarium itp. Musiało to potem wywoływać – nie zawsze, ale w dużej ilości wypadków – pewne trudności, czy to z formacją takiego bardzo młodego kleryka, czy potem nawet z jego życiem kapłańskim.

Rozwarstwienie

Jest pewne napięcie pomiędzy duchowieństwem diece­zjalnym a zakonnym. Powiedzmy sobie szczerze, że są tu czasem pewne kłopoty. Fakt, że episkopat polski w dziewięćdziesięciu paru procentach jest powoływany spośród duchowieństwa diecezjalnego – też nie sprzyja pewnym procesom, które, być może, byłyby korzystne, gdyby więcej biskupów pochodziło ze stanu zakonnego i lepiej rozu­miało życie zakonne. Jest zupełnie wyraźna tendencja w episkopacie, wśród niektórych zwłaszcza biskupów, do jakiegoś, bardzo głębokiego wciągania kapłanów zakonnych do pracy czysto diecezjalnej, co już się odbija, a może jeszcze bardziej się odbić niekorzystnie na życiu zakonnym. Ma ono swoją specyfikę, którą trzeba uszanować.

Druga moja uwaga dotyczy pewnego rozwarstwienia. Z jednej stro­ny księża, którzy należą do warstwy, Sit venia verbo, dygnitarzy: episkopat, wyżsi urzędnicy kurii, profesorowie seminariów i tego ty­pu grupy duchowieństwa, które są na jakimś piedestale. I z drugiej strony plebs księżowski, wikarzy, proboszczowie w zapadłych miejsco­wościach. Może upraszczam, ale coś takiego chyba jednak jest. Po­garsza sytuację fakt, że niestety Kościół w Polsce mocno jest jeszcze pogrążony w epoce feudalizmu. Zwłaszcza w jego pewnych przejawach zewnętrznych, np. kwestia stosunków między tymi różnymi gru­pami księży, pewne tendencje, pokusy, może nawet powiedzmy wprost, pewien serwilizm księży należących do niższej warstwy – w stosunku do tej wyższej. To nie są rzeczy dobre, ale, mówiąc prawdę, chyba to też trzeba powiedzieć.

To są te trudności, które rzutują na obecną naszą sytuację. Wiem, te jest cały szereg aspektów jak najbardziej pozytywnych, ale tego tutaj nie musimy chyba raczej podkreślać, choć może ktoś z dalszych dyskutantów to uczyni. Ja oczywiście zajmuję się tutaj pewnymi trudnościami, stronami negatywnymi sytuacji.

Kierownictwo Kościoła w Polsce nie zawsze i nie w pełni docenia wagę Soboru Watykańskiego II

Dalsze jeszcze tego typu sprawy chciałem poruszyć. Jest wyraźne odcięcie od Zachodu. Powoduje to trudność wymiany myśli, poglądów. Nie chodzi mi oczywiście o to, żeby we wszystkim na­śladować niewolniczo Zachód, niemniej jednak żywszy kontakt byłby rzeczą ogromnie sprzyjającą. Tak samo sprawa prasy, książek, wy­dawnictw zachodnich. Zachód, co wiem konkretnie z doświadczeń własnych i innych, bardzo wiele oczekuje od Kościoła w Polsce. Ci na Zachodzie widzą trudności, to jakieś zmaterializowanie, laicyzację, dechrystianizację chrześcijaństwa zachodniego i wydaje im się, że stąd właśnie, z Polski, mogą przyjść jakieś bar­dzo ważne światła i siły, które by im pomogły w rozwiązywaniu ich problemów. To trzeba też stwierdzić, choć to już jest stwierdzenie dużo bardziej pozytywne.

Tak samo do stwierdzeń pozytywnych, choć mających szereg aspektów, należy fakt, że niewątpliwie jest w Polsce wśród duchowieństwa pewien ferment soborowy. Jest tego może tro­chę za mało; były i są pewne trudności z szerzeniem idei soborowych. Wydaje mi się, że kierownictwo Kościoła w Polsce nie zawsze i nie w pełni docenia wagę właśnie tego elementu odrodzenia w Kościele w Polsce, podniesienia jego poziomu. Niemniej ten ferment jest. Jak on się będzie rozwijał, kwestia przyszłości, w tej chwili nie chcę się na ten temat wypowiadać.

Jeszcze dalsze dopowiedzenia na temat sytuacji. Już tu wspomniana formacja w seminariach czy w zakonach pozostawia bardzo wiele do życzenia. Miałem szereg lat temu w ręku podręcznik alumna semina­riów duchownych, to się chyba tak nazywało, tłumaczony z francu­skiego, wydany przez Księży Misjonarzy. Oryginał ukazał się w 1935 czy 1936 roku, polskie wydanie w 1946. Coś makabrycznego. Rzecz tkwiąca w średniowieczu czy w okresie, powiedzmy, potrydenckim, który był oczywiście jakimś postępem, ale którego nie powinno się petryfikować. Polecane tam były rzeczy, które są absolutnie, dziś zwłaszcza, nie do przyjęcia. Nie wiem, czy i dziś jeszcze ta książka nie jest używana. W każdym bądź razie przypuszczam, że pokolenie czterdziestolatków, księży mających w tej chwili kilkanaście lat kapłaństwa, było w du­żej mierze, przynajmniej w niektórych seminariach, formowane na tle właśnie tej książki, co na pewno nie mogło nie pozostawić śladów negatywnych.

Kompleks wyższości i niższości

Dalej, co też było już poruszone, to aspekt psychologiczny. Z jednej strony kompleks wyższości. W seminariach diecezjalnych i zakonnych przede wszystkim, do niedawna przynajmniej, a i do dziś dnia jeszcze, mówiło się i mówi o godności kapłaństwa. Rzecz jak najbardziej słu­szna, ale nie podkreślało się drugiej strony medalu, że ta godność pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność i ogromną potrzebę służby. Tak jak Chrystus Pan przyszedł, by służyć. Do tego dochodzi zjawi­sko awansu społecznego, co się mniej przejawia niż przed wojną, ale jest jeszcze na pewno często aktualne. Stąd poczucie wyższości, wyra­żająca to nieraz postawa, stosunek do wiernych, no i cały szereg rzeczy, których tu chyba nie muszę przypominać.

Z drugiej strony niewątpliwie też kompleks niższości, poczucie tego, że zwłaszcza w sto­sunku do dzisiejszej inteligencji technicznej czy humanistycznej ksiądz jest w trudnej sytuacji, czuje się niedowartościowany, nie uważa stu­diów seminaryjnych za wystarczające. Stąd nieraz pęd księży jeszcze do studiów świeckich, do zdobywania stopni na świeckich uniwersy­tetach.

Tak samo sprawa stroju – dziś to już chyba nie jest aktualne, ale do niedawna jeszcze było – sprawa tonsury czy tych innych oznak zewnętrznych, które w jakiś sposób odcinały kapłana od społeczeństwa świeckiego. To mogło powodować u wielu to, co nazywamy kompleksem niższości.

Infantylizm duchownych

Ujmując rzecz w skrócie wydaje się, że duchowieństwo w dużej swojej części, no chyba nawet, ośmielę się powiedzieć, bardzo dużej – wykazywało niestety cechy pewnego infantylizmu. Formacja zakonna czy seminaryjna nie prowadziła do ludzkiej dojrzałości duchowej, nad­przyrodzonej czy, jak byśmy to nazwali, do jakiegoś pełnego człowie­czeństwa w sensie przyrodzonym i nadprzyrodzonym, tylko właśnie do infantylizmu. Jeżeli potem, czego jesteśmy świadkami już od sze­regu lat w sposób wyraźny, spotyka się taki ksiądz z naporem tak zwanego świata, jego rozmaitych uroków, rozmaitych elementów, które są w świecie, a które są jakoś dla księdza niedostępne – wówczas jasna rzecz, może się rodzić postawa frustracji, alienacji i stąd trud­ności, załamania się i nieraz nawet tragedie wielu księży. Bo nie mają mocnej podbudowy duchowej, tej właśnie formacji do dojrzałości.

Do tego się dołączają trudności z celibatem, czy z problemem ubóstwa. Może to trochę nazywam terminologią zakonną, ale do tego się spro­wadza; zresztą Sobór w swoich aktach też tę rzecz tak jakoś ujmuje. Ci księża w wielu wypadkach są nieprzygotowani do samodzielnego życia w społeczeństwie, pełniąc te czy inne funkcje duszpasterskie.

Nieraz spotyka się karykaturę Chrystusa Pana, jakiś zupełnie jednostronny obraz słodkiego Mistrza z Nazaretu, cukierko­wy, ckliwy, niemożliwy zupełnie do przyjęcia, tym bardziej dla dzisiej­szego człowieka

Opowiadano mi kilkanaście lat temu, że pewien młody ksiądz w pół roku po wyświęceniu poszukiwał zegarka, mianowicie złotego Schaffhausena, na co przeznaczył 5 tys. złotych. Bo właśnie pół roku po święceniach, w okresie kolędy bożonarodzeniowej do jego dyspozycji znalazło się 18 tys. zł. Wobec tego za 12 tys. kupił sobie futro, 5 tys. przeznaczył na złotego Schaffhausena, a tysiąc na jakieś drobne wy­datki, książki czy coś takiego. Opowiadał mi to ksiądz wstrząśnięty tym epizodem. Młody ksiądz w pół roku czy trzy kwartały po wy­święceniu – i tego rodzaju ideały. Niestety wina, może nawet nieko­niecznie jego samego, tylko tej formacji, atmosfery.

Jest też kwestia zespołowości, gdzie również występują braki ogrom­ne. Dzisiaj te rzeczy się przełamuje, ale jeśli chodzi o model pracy, na pewno dominuje jeszcze praca indywidualna. Nawet najbardziej podstawowy zespół, jakim jest proboszcz i, powiedzmy, dwóch wikarych, jakiś klasztor, gdzie jest przeor i kilku zakonników, pozostawia pod tym względem wiele do życzenia.

Formacja do dojrzałości

(…) Uważałbym za sprawę podstawowej wagi położenia nacisku – na rozmaity sposób, w formie artykułów, wypowiedzi, propagandy ro­bionej wokół tego zagadnienia – na problem formacji do dojrzałości chrześcijańskiej. Tak bym to jakoś nazwał, oczywiście bardzo niepre­cyzyjnie. Rzecz ciekawa, że pojęcie dojrzałości chyba stosunkowo niedawno weszło do języka kościelnego. Zapoznając się z dokumentami soborowymi, w kilku znalazłem to słowo powtarzane z pewnym na­ciskiem jako pewien postulat, jako cel wychowania, to, do czego się powinno dążyć – dojrzałość, dojrzałość na wzór Chrystusa Pana.

Tu nawiązałbym do tego, co ks. Bozowski wspominał o potrzebie nawet pewnym sensie mistycznego podchodzenia do tych rzeczy. Jest to bardzo istotne. Mnie się zdaje, że Jezus Chrystus jako Bóg i Czło­wiek jest bardzo mało znany i to również przez duchowieństwo. I tu trzeba bardzo dużego wysiłku, żeby poznać, kim rzeczywiście był Chrystus Pan – o ile to jest dla nas możliwe w świetle wiary, w świetle Pisma świętego, w świetle właściwych komentarzy czy teologii biblijnej. Nieraz spotyka się karykaturę Chrystusa Pana, jakiś zupełnie jednostronny obraz słodkiego Mistrza z Nazaretu, cukierko­wy, ckliwy, niemożliwy zupełnie do przyjęcia, tym bardziej dla dzisiej­szego człowieka.

Więc właśnie Chrystus jako wzór tej dojrzałości, model możliwie pełny, do którego się powinno dążyć w tym sensie, żeby się do niego upodabniać. Chyba to byłby jakiś postulat pierwszo­rzędnej wagi, dotyczący każdego człowieka, każdego chrześcijanina, katolika. Natomiast jeżeli chodzi konkretnie o duchowieństwo, to po­winno się w ramach formacji do dojrzałości położyć nacisk na powo­łanie kapłańskie czy zakonne, na jego właściwe rozumienie, na najgłębsze zaangażowanie człowieka w tę właśnie drogę. Na urobienie właściwej hierarchii wartości, takiej, która potem temu człowiekowi pozwoli być w samym środku życia, ze wszystkimi jego niebezpie­czeństwami, ryzykiem, urokami, dobrem i złem, bez obawy, przynaj­mniej zasadniczej, jakiegoś wypaczenia, załamania się czy jakiejś zdrady. Bo będzie miał on mocną a zdecydowaną postawę człowieka dojrzałego, przekonanego o swym powołaniu, zaangażowanego na tej drodze. Z tym się wiąże kwestia właściwej selekcji kandydatów do stanu duchownego czy stanu zakonnego, położenie nacisku na problem służby, odpowiedzialności.

Odnowa episkopatu, kurii i parafii

Dalsze propozycje, może nawet w tej chwili nierealne, to na przy­kład potrzeba odnowienia episkopatu. Bo episkopaty są i będą czyn­nikiem w ostatecznej instancji decydującym. Już od szeregu lat wy­daje mi się, zresztą dawałem temu wyraz w rozmowach prywatnych – może w sposób nieco szokujący – że w Polsce powinno być sto diecezji i trzystu biskupów, bo wtedy dopiero diecezje będą lepiej spełniały swoje funkcje. Potrzeba też nowego podziału diecezji pod względem terytorialnym, jak również pod względem struktury ludności w sensie społecznym i gospodarczym, aby diecezja stanowiła pewną całość społeczno-gospodarczą, pozwalającą rozwinąć skutecz­niejszą działalność apostolską.

Kwestia wyłączenia dużych miast jako osobnych diecezji – Warszawa mogłaby być osobną diecezją, posia­dającą swego arcypasterza i swoich, powiedzmy — dziesięciu sufraganów. Także Poznań, Wrocław, Kraków, Trójmiasto, Zagłębie. Rzecz aż śmieszna, że Śląsk jest podzielony między cztery diecezje: katowic­ką, krakowską, opolską i częstochowską. To są rzeczy anachroniczne i bardzo utrudniające pracę.

Kwestia przebudowy kurii. Kuria gdańska podobno ma w Polsce drugie miejsce pod względem ilości wysyłanych dokumentów: wiele tysięcy rocznie. Ustępuje chyba tylko niewiele diecezji poznańskiej, która jest trzykrotnie większa pod względem ilości wiernych. Oczy­wiście, że ludzie zatrudnieni w tego rodzaju pracy nie mogą nie ule­gać niebezpieczeństwu jakiegoś głębokiego wypaczenia swego powo­łania kapłańskiego. Kuria jest konieczna jako organ pomocniczy, administracyjny, korespondencja urzędowa jest też konieczna, ale musi to być w jakiś sposób zreformowane.

Współpraca księży z laikatem w dziedzinie doktrynalnej, w tworzeniu i pogłębianiu wiedzy religijnej, filozoficznej, teologicznej i wszelkiej innej, jest ważna dla Kościoła

Dalej kwestia parafii. Ogromne zagadnienie nowego modelu parafii i konkretnych pociągnięć już administracyjno-kościelnych, także praw­nych. Wiadomo, że sytuacja w Polsce jest trudna, niemniej jednak wysiłek w tym kierunku powinien być zrobiony, przynajmniej jakieś plany, tak by móc od razu przystąpić do tych zmian, gdy sytuacja na to pozwoli.

Postulat kontaktów z zagranicą: są bardzo potrzebne, ale wyma­gają pewnej roztropności, widzenia spraw polskich, przepuszczania doświadczeń czy zdobyczy Zachodu, czy w ogóle zagranicy katolickiej przez pryzmat naszych potrzeb i naszej sytuacji.

Współpraca ze świeckimi

Sprawa kontaktów duchowieństwa ze światem. Tu odwołuję się do bardzo ciekawego artykułu, właściwie reportażu ks. Zuberbiera o semi­narium Jana XXIII. W ogóle kwestia seminariów to osobne zagadnie­nie, które powinno być wzięte na warsztat. Komisja studiów już chyba powoli zaczyna pracować. Jest to rzecz niesłychanie ważna, wiążąca się z pierwszym punktem, który poruszyłem, z formacją dojrzałości. Relacja ks. Zuberbiera w „Tygodniku” dużo może dać do myślenia: seminarium nie tylko jako instytucja nauczająca, ale również i przede wszystkim wychowawcza.

Kwestia pracy, jaką się zajmuje duchowieństwo. Myślę tu nie tylko o pracy duszpasterskiej, pierwszorzędnej, wypływającej z powołania kapłańskiego, ale także w pewnych sytuacjach o innej pracy. Myślę o księżach-robotnikach czy innych inicjatywach analogicznych. Żeby duchowieństwo też mogło w jakiś sposób z tego skorzystać i to jeszcze w okresie formacji. Są już przecież takie pomysły i Sobór o tym mówi w dekrecie o formacji kapłanów, są robione pewne próby. Myślę, że księża już pracujący duszpastersko mogliby w jakichś sytuacjach pracować wśród ludzi, nawet zarabiając przez to dodatkowo na swoje utrzymanie. Tu potrzeba daleko idących inicjatyw i zaufania do duchowieństwa.

Problem ubóstwa, też bardzo palący i trudny. Przykładów takich, jak ten z mojej pierwszej wypowiedzi, można by dać więcej. Spotka­łem się też parokrotnie z powiedzeniem, że ludzie są bardziej skłonni wybaczyć księdzu naruszającemu szóste przykazanie niż takiemu, który jest zdziercą. Takich mogą aż nienawidzić i zgorszenie jest ogromne.

Myślę, że jest do pomyślenia, może na dalszą metę, nie w tej chwili, święcenie mężczyzn żonatych

Przyniosłem tu jako pewną ciekawostkę: broszurę wydaną w 1947 roku, napisaną przez mego ojca, prof. Stanisława Kasznicę – który tymi rzeczami się zajmował w porozumieniu z kardynałem Hlondem i Sapiehą – pt. „O nowe formy duszpasterstwa”. Zawiera myśli na pewno w jakimś procencie dziś zdezaktualizowane, ale które w wielu sprawach można by podjąć i spróbować realizować. Między innymi właśnie postulat pracy zespołowej duchowieństwa parafialnego czy diecezjalnego i sprawa rozwiązania trudności z ubóstwem. Myśl zasadnicza: wszystkie fundusze idą do biskupa, który w odpowiedni sposób je rozdziela pomiędzy księży oraz finansuje dzieła i prace duszpasterskie w diecezji, nawet w formie pensji. To też są rzeczy, o których się już myślało, ale niestety do dziś dnia jakichś wyraźniejszych rozwiązań nie mamy.

Istotny postulat – współpraca z laikatem. Współpraca zarówno w dziedzinie doktrynalnej, a więc w tworzeniu i pogłębianiu wiedzy religijnej, filozoficznej, teologicznej i wszelkiej innej, która jest ważna dla duchowieństwa i Kościoła, a gdzie właśnie świeccy katolicy mogą bardzo wiele dać. Szkoda, że tak mało się takich rzeczy robi. Bogu dzięki, że redakcja „Więzi” i inne ośrodki podejmują tego rodzaju próby. Także współpraca w dziedzinie różnych problemów rozwiązy­wanych już praktycznie, choćby w parafii, współpraca laikatu w dziedzinie rekrutacji i wychowania powołań kapłańskich czy zakonnych. W ogóle dialog prowadzony na możliwie szerokiej płaszczyźnie.

Postulat zespołowego życia duchowieństwa tylko sygnalizuję.

Przebudowa prawa

Wydaje mi się też rzeczą konieczną poruszyć bardzo trudne zagad­nienie – problem celibatu. Kościół bardzo mocno zaakcentował ko­nieczność tego rodzaju formy i trybu życia. Wydaje mi się, że sprawa jest poza dyskusją co do samej zasady. Niemniej jednak ta dziedzina wymaga zastanowienia się i dyskusji, nawet może i pewnych zmian w dotychczasowej praktyce. Jakich? Myślę, że jest do pomyślenia, może na dalszą metę, nie w tej chwili, święcenie mężczyzn żonatych. Nie wiem, jak to będzie wyglądało, ale te rzeczy są w innych krajach wentylowane, nawet są czynione pewne próby. Rzecz niełatwa, ale na pewno do pomyślenia.

Następnie kwestia rozwiązywania problemu kapłanów, którzy się załamują na tym punkcie i odchodzą. Myślę, że tutaj też – choć to może słowo niewłaściwe – pewne ułatwienia w prawnej praktyce Kościoła, dotychczas bardzo surowej, byłyby do pomyślenia. Być może wywoła to jakiś większy odpływ, ale wydaje mi się, że jest zgodne z myślą Soboru, żeby położyć nacisk na jakość, a nie na ilość.

Z tym się wiąże szerszy problem przebudowy prawa kanonicznego. Te rzeczy już się robi obecnie, ale nie wiem, jaki będzie rezultat tych prac. Ostatni Synod Biskupów dał szczęśliwe wytyczne komisjom powołanym do tych spraw. Musi być bezwzględnie zmieniona dotych­czas obowiązująca w prawie kanonicznym postawa jurydyzmu, który usiłuje wszystkie przejawy życia Ludu Bożego uregulować w formie przepisu, nakazu czy zakazu, opierając się przy tym na cichym do­mniemaniu, że każdy ksiądz i każdy wierny jest potencjalnym przestępcą. Natomiast musi być postawiona zasada przeciwna, trzeba oka­zać zaufanie, z całym ryzykiem, które z tym się wiąże, trzeba przyjąć zasadę, że człowiek jest zasadniczo dobry i pomóc mu w realizacji tego dobra, oczywiście dodając potrzebne, konieczne nawet normy, które będą strzegły dobra wspólnego, porządku społecznego. To też są dobra wielkiego rzędu, a mogą być zagrożone ludzkim egoizmem czy innymi skutkami grzechu pierworodnego.

Czy należy utrzymać dotychczasowe szaty liturgiczne, czy one w niektórych przynajmniej wypadkach nie są już obecnie pewną przeszkodą dla ludzi, a nie czynnikiem zbliżającym do Boga czy Ko­ścioła i jego liturgii?

Wracając do sprawy współpracy z laikatem myślę, że ta współpraca, zwłaszcza na płaszczyźnie praktycznej, duszpasterskiej w parafiach może ogromnie odciążyć księży i skierować ich do studiów czy pracy duszpasterskiej, ściśle kapłańskiej.

Kwestia stroju duchownego. Punkt jest bardzo szczegółowy. Myślę, że potrzeba tu większej elastyczności. Jest to sprawa delikatna, bo przecież ksiądz powinien w jakiś sposób się wyróżniać, dawać także zewnętrzne świadectwo swego powołania. Jest to kwestia dużej ela­styczności nie tylko zresztą w dziedzinie używania codziennego stroju, ale również i w dziedzinie liturgii. Myślę, że i ta rzecz jest do prze­myślenia – czy należy utrzymać dotychczasowe szaty liturgiczne, czy one w niektórych przynajmniej wypadkach nie są już obecnie pewną przeszkodą dla ludzi, a nie czynnikiem zbliżającym do Boga czy Ko­ścioła i jego liturgii.

Potrzeba linii pozytywnej

Wydaje mi się, że konieczne jest zastanowienie się nad opracowa­niem jakiegoś planu generalnego, linii pozytywnej dla Kościoła i jego pracy apostolskiej w Polsce, a w ramach tego dla duchowieństwa. Tą linią nie może być wyłącznie Wielka Nowenna czy Krucjata Miłości. Jest to piękna myśl i wiele dobrego czyni i czynić będzie, ale to nie jest jeszcze to, o co chodzi. Maryjność jest jednym z bardzo ważnych elementów naszej duchowości i powinna nim być. Wydaje mi się wszakże, że położono nań ogromny nacisk chyba ze szkodą dla innych elementów, np. tych, których wyrazicielem i symbolem stał się Sobór Watykański II.

Przy opracowywaniu tego długoterminowego planu szczególną rolę mogą i powinny odegrać ośrodki laikatu świeckiego, takie jak „Więź”, kluby inteligencji katolickiej, „Tygodnik Powszech­ny” czy „Znak”, a to dlatego, że inicjatywy czysto klerykalne mają dwie zasadnicze trudności: raz, że trudno zebrać grono ludzi, którzy by się tym zajęli, nie popadając w taki czy inny konflikt ze swoją władzą nadrzędną, a po drugie, że do takiej pracy konieczny jest współudział na równych prawach kompetentnych katolików świec­kich. Natomiast te pewne ramy instytucjonalne, jak kluby, redakcje itd. mogą stworzyć tego rodzaju możliwości i warunki pracy. Chodzi­łoby o opracowywanie pewnych koncepcji i próby wprowadzenia ich w życie. To wszystko zarówno w świetle wielkich naczelnych idei religijnych, jak i w duchu zdrowego krytycyzmu. Słowu temu przy­pisuje się znaczenie negatywne, ale przecież krytycyzm nie musi być negatywny, krisis po grecku znaczy sąd, osąd, a to jest coś z natury swojej obiektywnego i nawet pozytywnego. A więc ten dobry, zdrowy, nie negatywistyczny krytycyzm.

Właściwie bardzo wiele rzeczy moż­na i trzeba poddać rewizji. I tylko sprawy najbardziej istotne i zasad­nicze, podstawy naszej wiary, prawdy przez Boga objawione, nie pod­legają tej krytyce, choć mogą być rozważane sposoby głębszej i lep­szej ich interpretacji. Ale wiele innych rzeczy może być poddawanych krytyce, aby dojść do owej pozytywnej linii długofalowej, wytycza­jącej możliwie w całej pełni budowę Królestwa Bożego w Polsce, z jednoczesnym rzutowaniem na cały Kościół.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 7-8/1968. To wypowiedzi o. Krzysztofa Kasznicy, ówczesnego prowincjała dominikanów, ze słynnej dyskusji o księżach w Polsce, jaka odbyła się na łamach „Więzi” w 1968 roku. Słowa o. Kasznicy spotkały się z krytyczną reakcją kard. Stefana Wyszyńskiego, który uznał je za przeszkodę w dalszym sprawowaniu funkcji prowincjała i doprowadził do jego odwołania. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji