Jean Vanier przypominał Jana Chrzciciela. We wszystkim, co robił i głosił, wskazywał na „większego od siebie”. Podobnie jak swój imiennik, był wołającym na puszczy.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007.

Do Trosly, małego miasteczka położonego około osiemdziesięciu kilometrów od Paryża, przybywa Jean Vanier, syn gubernatora Kanady, kupuje tu skromny dom i zamieszkuje w nim z dwójką upośledzonych przyjaciół: Philippem Seux i Rafaelem Simi. Jest rok 1964. Dziś wspólnoty „Arki” – miejsca, gdzie osoby zdrowe dzielą codzienne życie z osobami z upośledzeniem umysłowym – którym tamto zdarzenie dało początek, istnieją w 30 krajach, a liczba ich dobiega 130.

„Jak ma się piękną duszę, wszystko się uda” – dopiero te słowa upośledzonego mężczyzny, mieszkającego w jednej z polskich wspólnot „Arki”, pozwoliły mi znaleźć odpowiedź na pytanie: jak to możliwe, aby czegoś takiego dokonał jeden człowiek. Tym bardziej, że „Arka” to nie jedyne tak zaskakujące i niezwykłe dzieło w życiu Jeana Vaniera – Jeana, jak w naturalny sposób zwykli zwracać się do niego nie tylko przyjaciele, ale większość osób, które spotyka. Być może dlatego, że jest w nim coś dziecięcego.

Mistrzowie człowieczeństwa

„Od pewnego czasu – pisze Jean – czuję się przynaglany przez Jezusa, który nic nie mówi i z oczami pełnymi łez, klęczy przed całą ludzkością, obmywa jej rany, myje jej nogi. […] Dzisiaj ludzkość jest zmęczona. Zbyt wiele jest do poznania, zbyt wiele do zrobienia. Rywalizacja, w której niektórzy wygrywają i wielu przegrywa, panuje wszędzie. Trzeba bez przerwy agresywnie walczyć, by żyć i przetrwać. Trzeba nosić maski, by ukrywać pod nimi kruchość serca i zniechęcenie, a niekiedy rozpacz z powodu utraty pracy i ludzkiej godności. […] Kiedy jesteśmy zmęczeni i rozproszeni, nie mamy już energii, chęci ani czasu, by świętować, by tańczyć, by dziękować. Nie mamy już czasu, by otworzyć nasze serca na innych…”.

To słowa pochodzą z książki „Kochać aż do końca. Skandal umywania nóg”. W geście z Wieczernika Jean odczytuje samą istotę przesłania Chrystusa: „Myjąc nogi swoim uczniom, Jezus pokazuje – pisze – jak Bóg kocha i wzywa każdego z nich, tak samo wczoraj, jak i dziś, by kochać nawet nadmiernie, aż do końca”.

Zdumiewa, że Jezusowe przynaglenie odczuwa tak silnie człowiek, który od ponad czterdziestu lat urzeczywistnia i praktykuje gest „obmywania ran i nóg” najsłabszym i wykluczonym. Bo czy nie tym właśnie są wspólnoty „Arki”, wielkie dzieło, do którego pociągnął tysiące kobiet i mężczyzn na całym świecie? Wspólnie z Jeanem Vanierem nie tylko upominają się o prawo do godności dla takich osób, ale pomagają nam odkrywać ich niezaprzeczalną wartość. Osoby te, ograniczone w rozwoju intelektualnym, mają zazwyczaj szczególnie silnie rozwiniętą sferę duchową i emocjonalną – sferę miłości. Cechuje je nieograniczone zaufanie, bezinteresowność, wierność w przyjaźni oraz głębokie wyczucie sacrum. Tym właśnie mogą służyć nam wszystkim, którzy zapatrzyliśmy się w sukces i tyle wysiłku wkładamy w to, co zewnętrzne. Jedną z misji wspólnot „Arki” oraz „Wiary i Światła” – kolejnego wielkiego dzieła Jeana, które powołał do życia wespół z Marie-Hélène Mathieu – jest uświadamianie wszystkim, także wspólnocie Kościoła, jak wiele mają nam do podarowania ludzie ubodzy i upośledzeni.

Istotą tych wspólnot nie jest działalność charytatywna czy gesty miłosierdzia. Nie chodzi tylko o to, aby osoby upośledzone otoczyć wrażliwą troską, ale o to, aby dzielić się z nimi tym, co mamy najlepszego – nawiązywać więzi głębokiej przyjaźni i braterskiej miłości. Tu chodzi o wzajemność. „W Arce – opowiada Jean – mogłem przyjąć piękno Rafaela i Philippe’a, czystość ich serc głębię ich cierpień, ich czułość i zaufanie. Dziecko w nich ukryte obudziło dziecko ukryte we mnie”.

Opowieść Jeana o życiu z upośledzonymi nie pomija tego, co w nim trudne i bolesne

Dziś podziwiamy Jeana Vaniera i jego wybór życia z upośledzonymi, czy jednak rozumiemy, co on w istocie zrobił? „Nawet w Kościele – mówił Jean w 1997 r. w obecności Jana Pawła II – pomimo słów Jezusa i św. Pawła, a także pomimo twych własnych nauk, Ojcze Święty, osoby z upośledzeniem nie są poważane ani dostrzegane jako ważna część Ciała Chrystusowego. Zbyt często uważa się je za niewarte uwagi, traktowane jedynie jako obiekty miłosiernej dobroczynności. Wiele osób zajmujących się nimi nie dostrzega, jakim błogosławieństwem i zaszczytem jest dzielenie z upośledzonymi swego życia”.

„Zaszczyt” – to jedno ze słów-kluczy w sformułowanej przez Jeana teologii człowieka z upośledzeniem. Jeszcze dziś mówienie o zaszczycie, jakim jest kontakt z upośledzonymi, wielu zdumiewa, a nawet szokuje, chociaż sam Jean, wspólnoty „Arki” oraz „Wiary i Światła” oswoiły już lęk wielu przed „innością”, jaki rodzi spotkanie z upośledzonymi. Wcześniej jednak wielu upośledzonych i ich bliskich doświadczyło niemało bólu i upokorzenia, dzieje się to również i dzisiaj.

Było to także udziałem inspiratorów „Wiary i Światła” – Loica i Tadeusza, dwóch bardzo głęboko upośledzonych chłopców z Francji. Kiedy ich rodzice zapragnęli wziąć wspólnie z synkami udział w diecezjalnej pielgrzymce do Lourdes, usłyszeli, że ich synowie „Są zbyt upośledzeni. Nic nie zrozumieją. Będą przeszkadzać…”. Rodzina udała się więc do Lourdes oddzielnie. „Posiłki będą państwo spożywać w swoim pokoju” – usłyszeli rodzice chłopców w hotelu, zaś przed cudowną grotą: „Kiedy ma się takie dzieci, zostawia się je w domu”. To bolesne doświadczenie dało impuls do zorganizowania pielgrzymki do Lourdes osób z upośledzeniem umysłowym. Jej przygotowanie powierzono Jeanowi Vanierowi, który już od czterech lat pielgrzymował tam z mieszkańcami „Arki”. Razem z osobami z upośledzeniem umysłowym zaproszeni zostali również ich rodzice i przyjaciele.

I tak na Wielkanoc 1971 r. do Lourdes przybyli pielgrzymi z piętnastu krajów. Dzieciom, młodzieży i dorosłym, ograniczonym w swojej inteligencji, towarzyszyli ich rodzice i przyjaciele. Początkowo Lourdes przyjmuje pielgrzymów chłodno, z obawy przed tymi niemile widzianymi gośćmi pozamykano sklepy, kawiarnie itp. Powoli jednak miasto zaczyna dzielić żywiołową radość pielgrzymów. Na zakończenie pielgrzymki rodzi się myśl, aby to, czego doświadczono w Lourdes, przenieść w codzienne życie. Tworzą się małe wspólnoty dzielenia, przyjaźni, modlitwy i świętowania – rodzi się „Wiara i Światło”, ruch, który dla wielu, upośledzonych i ich bliskich, oznaczał będzie powrót do życia, koniec bolesnej izolacji i samotności.

„Upośledzenie – mówi Jean – jest źródłem cierpienia, które może przesłonić całą resztę osoby”. Dzieje się tak dlatego, że spotykając taką osobę, widzimy przede wszystkim jej niepełnosprawność i na niej się zatrzymujemy. Ona nas niepokoi, nierzadko napawa lękiem, litością, a może i odrazą? Słowa „debil”, określające człowieka z niedorozwojem umysłowym, używamy w potocznym znaczeniu jako epitet. „A tymczasem – pokazuje Jean – są to przede wszystkim osoby istniejące w całej pełni, które podobnie jak każdy z nas, potrzebują odczuwać, że są źródłem radości, potrzebują, by inni cieszyli się i świętowali z ich powodu”.

Dziś podziwiamy Jeana Vaniera i jego wybór życia z upośledzonymi, czy jednak rozumiemy, co on w istocie zrobił?

Trudno jednak wyobrazić sobie świętowanie z powodu narodzin upośledzonego dziecka. Dla rodziców oznacza to nierzadko tragedię i, jak zauważa Jean: „obsesyjne pytanie: czyja to wina? Może to kara Boża? «Złe drzewo rodzi zły owoc». […] Narodziny dziecka z upośledzeniem są często dramatem, wstydem, ogromnym cierpieniem, źródłem konfliktów, podziałów, zmęczenia i poczucia winy. […] Jest też cierpienie osób z upośledzeniem, które czują, że są rozczarowaniem i źródłem lęku dla swoich rodziców. Niekiedy przeżywają one wstyd z powodu własnego istnienia, pewną formę poczucia winy”. Dlatego tak ważne były słowa Paweł VI, które usłyszeli przedstawiciele „Wiary i Światła” zgromadzeni w bazylice św. Piotra. Papież mówił: „Bóg kocha cię takim, jakim jesteś. Macie szczególne, wybrane miejsce w Kościele”. Był rok 1975. Dziś wspólnoty „Wiary i Światła” istnieją w ok. 70 krajach na wszystkich kontynentach. Jest ich ok. 1200, z czego w Polsce ok. 140.

„Nauczyłem się – opowiada Jean swoje doświadczenia sprzed czasów „Arki” – pomagać innym jako szef, ktoś stojący wyżej, kto posiada władzę i kto wie, co robić, by uczynić innych szczęśliwymi i poprowadzić ich dobrą drogą. […] Jezus poprowadził mnie do osób z upośledzeniem umysłowym. One wezwały mnie do przyjęcia innej drogi – drogi czułości, miłości i komunii. Nauczyły mnie, jak uczestniczyć w świętowaniu. […]Przedtem miałem skłonność uciekania przed więzią, byłem bardziej surowy i cierpki, skoncentrowany na swoich studiach i na modlitwie. Bałem się podatności na zranienie. Chroniłem się. […] Można się dziwić, że słabi i wykluczeni mogą być dla nas mistrzami człowieczeństwa. Tę prawdę odkryłem żyjąc z nimi”.

Każdy, kto spotkał Jeana Vaniera, dobrze wie, że nie są to czcze mrzonki czy bajanie naiwnego fantasty. Ten człowiek jest realistą nie tylko dlatego, że to, o co apeluje, od kilkudziesięciu lat sam realizuje. W naszym lukrowanym świecie, gdzie wszystko powinno być kolorowe, uśmiechnięte i przyjemne, już sam widok osoby upośledzonej bywa przykry. Ktoś, kto jest otyły – to częsta cecha na przykład osób z zespołem Downa – spastyczny, ma wady wymowy i nie w pełni panuje nad wszystkimi fizjologicznymi odruchami, czego efektem jest na przykład ślinotok, nie spełnia obowiązujących w tym świecie wymogów estetycznych. Jego obecność przywraca jednak poczucie realności. Bo życie, nawet jeśli odpowiednio obudujemy je gadżetami sukcesu i sympatyczności, zasadniczo nie jest ani łatwe, ani lekkie i przyjemne. Nawet jeśli upieramy się, aby w ten sposób je przeżywać, i tak nie unikniemy doświadczenia trudu i cierpienia.

Osoby z upośledzeniem każą nam mierzyć się nie tylko z tą prawdą o rzeczywistości. Uczą nas również, co to znaczy być uważnym wobec drugiego człowieka, naprawdę go spotkać – znakomicie oddaje to scena z „Nienormalnych”, dokumentu Jacka Bławuta, w którym reżyser sfilmował zawody sportowe osób upośledzonych umysłowo. I zarejestrował takie oto zdarzenie: odbywa się bieg na kilkaset metrów, mężczyzna obejmujący prowadzenie w pewnym momencie zauważa, że ktoś ze współzawodników upadł na bieżni, niewiele się zastanawiając zawraca, aby pomóc mu wstać. Widzimy jego rozpromienioną uśmiechem twarz, kiedy pochyla się nad leżącym i przekonuje się, że nic mu nie jest. Następnie kontynuuje swój bieg; na metę dobiega któryś z kolei. Ta scena jest chyba najlepszym komentarzem do sformułowania „mistrzowie człowieczeństwa”.

Nasłuchiwanie

Opowieść Jeana o życiu z upośledzonymi nie pomija tego, co w nim trudne i bolesne. Jak w przypadku każdej prawdziwej więzi, również we wspólnotach „Arki” czy „Wiary i Światła” zdarzają się trudności, podobne do tych, jakich doświadcza każdy z nas w rodzinie, pracy, pośród przyjaciół. Ale są również i inne, wynikające z tego, że „Arka” oraz „Wiara i Światło” skupiają osoby, które często zostały zranione w sposób trudny nawet do wyobrażenia. Jak bardzo zranione, uzmysławia historia dziewczynki, którą przytacza Jean w jednej ze swoich książek: „W 1975 roku – pisze – do naszej wspólnoty w Suyapa, na przedmieściach Tegucigalpa w Hondurasie, przyjęliśmy Claudię. Kiedy przyszła do nas, miała siedem lat. Prawie całe swoje życie spędziła w pełnym przygnębienia, przeludnionym przytułku. Claudia była niewidoma, bała się ludzi, cała była otchłanią pełną lęku. […] Kiedy przyszła do naszej wspólnoty, jej lęk wzrósł w straszliwy sposób, prawdopodobnie dlatego, że opuszczając przytułek straciła swoje punkty odniesienia i bezpieczeństwo, które dawała jej dotychczasowa ustrukturalizowana egzystencja. […] Wszystko i wszyscy przerażali ją, krzyczała w dzień i w nocy. Rozsmarowywała swoje ekskrementy na ścianach. Doświadczyła prawdziwego zejścia do piekieł, w przerażający świat szaleństwa, w świat całkowitej destrukcji. […] Łatwo jest dostrzegać piękno małego dziecka, ale jak dostrzec piękno Claudii ukryte za pozorną «demencją»? Jest to pytanie podstawowe: jak wierzyć w to, że ma ona serce zdolne, że może przyjąć miłość? […] Aby wyjść ze swojego chaosu, trzeba było, by Claudia doświadczyła miłości bezwarunkowej. Ale żaden człowiek nie może być kochany w ten sposób”. Tak kocha tylko Bóg.

Jean nigdy nie ukrywał, że jego mistrzem jest Chrystus, zwłaszcza ten umywający nogi apostołom (nie przeszkadza to wcale, aby we wspólnotach „Arki” mieszkali również niechrześcijanie). To właśnie On sam kocha człowieka w sposób bezwarunkowy i bezgraniczny, dając mu siłę, aby sam kochał mocniej i czulej. Nie tylko więc czuła troska, profesjonalna pomoc lekarzy różnych specjalności, psychiatrów i psychologów, nie tylko towarzyszenie cierpiącemu, ale właśnie wspólna z nim modlitwa – to droga praktykowana we wspólnotach „Arki” oraz, w nieco innej formie, we wspólnotach „Wiary i Światła”. Taki sposób życia pomógł Claudii i wielu innym upośledzonym, którzy zamieszkali w „Arce”, wydobyć się z chaosu. I pomógł tym, którzy otaczają tkliwą troską zanurzonych w chaosie – w „Arce” określa się ich mianem asystentów – aby i oni sami w nim się nie zanurzyli .

„Podczas jednej z wizyt we wspólnocie, dwadzieścia lat po przybyciu Claudii – wspomina Jean – ujrzałem ją na nowo. Miała dwadzieścia siedem lat. Nadal była niewidoma i autystyczna, ale była pełna pokoju i potrafiła robić wiele różnych rzeczy. […] Często nuciła coś, a na jej twarzy obecny był uśmiech. Pewnego dnia, kiedy siedziałem naprzeciw niej podczas obiadu, poprosiłem: «Claudio, czy mogę zadać ci pytanie?». «Tak Juan» – odpowiedziała. «Claudio, dlaczego jesteś szczęśliwa?». Jej odpowiedź była prosta i bezpośrednia: «Dios» – Bóg”.

Jean nigdy nie ukrywał, że jego mistrzem jest Chrystus, zwłaszcza ten umywający nogi apostołom (nie przeszkadza to wcale, aby we wspólnotach „Arki” mieszkali również niechrześcijanie)

„Samotność ma smak śmierci”, jak mówi Jean, nie tylko wówczas, kiedy jest się osobą upośledzoną umysłowo, choć wiele świadczy o tym, że właśnie te osoby są szczególnie bezbronne i podatne na zranienie. Forma życia, jaka praktykowana jest we wspólnotach „Arki”, czy sposób bycia z drugim człowiekiem podczas spotkań „Wiary i Światła” są tym, czego pragnęlibyśmy doświadczać w naszym codziennym życiu, w rodzinie i w relacjach przyjacielskich. Ale mamy przecież tak wiele obowiązków i tak mało czasu, aby się z nich wywiązać i załatwić całe mnóstwo spraw nie cierpiących zwłoki. Dlatego właśnie, jak mówi Jean: „Potrzeba nam przestrzeni, by na nowo odczytać nasz dzień. Potrzeba nam czasu tego wewnętrznego nasłuchiwania, który sprowadza nas do tego, co najważniejsze w miłości, do istoty, o której być może zapomnieliśmy, ponieważ jesteśmy zbyt zajęci lub zamknięci w nas samych”. Ów czas nasłuchiwania to dla Jeana modlitwa.

Ale nasłuchiwać mogą przecież również i ci, którzy nie poznali jeszcze Boga czy wzbraniają się, aby nawiązać z Nim więź. Mogą nasłuchiwać drugiego człowieka, bardziej otwierać się na innych, próbować zrozumieć ich inność, towarzyszyć w cierpieniu, zaoferować pomoc. To nasłuchiwanie oznacza przejście od zasklepienia się w samym sobie – w swoich lękach, ograniczeniach i niespełnieniach – do współczującej obecności w życiu kogoś potrzebującego pomocy. To przechodzenie od egoizmu do miłości bliźniego wyznacza sens bycia człowiekiem. O tym sensie zaświadczają współcześni nam prorocy: Matka Teresa, Brat Roger, Jan Paweł II czy właśnie Jean Vanier. Odrębne drogi życia każdego z nich były w wielu miejscach równoległe. Wszyscy swoim życiem i sposobem bycia wskazywali konkretny model życia, który za Jeanem można nazwać: odkrywaniem istoty naszego człowieczeństwa.

Jan i Jean…

Jeana Vaniera odróżnia od swoich wielkich współczesnych to, że chrześcijański radykalizm realizuje w swoim życiu pozostając osobą świecką. To znak, który ma niemałe znaczenie, często swoje życiowe kompromisy tłumaczymy bowiem przekonaniem, że życie w świecie bardziej niż w zakonie czy stanie duchownym domaga się przestrzegania reguł tego świata i ulegania im. Z Jeanem było inaczej.

Chciał, wzorem ojca, podążać drogą wojskowej kariery – kiedy miał dwanaście lat, zdecydował, że wstąpi do szkoły morskiej w Anglii, a rodzice tę decyzję zaakceptowali. W 1950 r. porzucił jednak ten zamiar i rozpoczął drogę poszukiwań duchowych, które rozbudzone zostały już wcześniej za sprawą wstąpienia jego brata do zakonu trapistów. Najpierw dołączył do studenckiej wspólnoty „Żywa woda”, założonej na przedmieściach Paryża przez dominikanina ojca Thomasa Philippe’a, który stał się duchowym mistrzem Jeana oraz powołanych przez niego wspólnot. Niebawem ojciec Thomas przekazał kierowanie wspólnotą Jeanowi. Wspólnota, prowadzona przez osobę świecką, napotykała na rozliczne trudności, nadal jednak działała, zaś sam Jean rozpoczął studia jako kandydat do kapłaństwa. W obliczu głębokiego kryzysu, jaki dotknął wspólnotę, biskup zażądał ustąpienia Jeana z funkcji jej kierownika oraz deklaracji podporządkowania się władzy kościelnej. Wspólnota rozpadła się, a sam Jean zrezygnował z przygotowań do wstąpienia w stan kapłański.

Następne lata spędził samotnie. Przez rok był w klasztorze trapistów w Belle-Fontaine, rok na samotnej farmie, dwa lata w Fatimie. Taki rodzaj zawieszenia nie jest dzisiaj oczywisty, droga życia podporządkowana karierze bywa coraz częściej skrupulatnie planowana – trzeba żyć dokładnie według tego planu, inaczej można wypaść z gry. Jean Vanier należy do tych, którym reguły tej gry są obce, uważa je wręcz za przynoszące szkodę i pojedynczemu człowiekowi, i całym społecznościom.

W 1962 roku obronił rozprawę doktorską w Instytucie Katolickim w Paryżu. Następnie podjął pracę wykładowcy na uniwersytecie w Toronto. Tymczasem ojciec Thomas Philippe porzucił karierę profesorską w seminarium paryskim i osiadł jako kapelan w domu opieki społecznej dla umysłowo upośledzonych w Trosly. To właśnie z jego inicjatywy Jean tam przybył, kupił skromny dom i zamieszkał…

Jeana Vaniera odróżnia od swoich wielkich współczesnych to, że chrześcijański radykalizm realizuje w swoim życiu pozostając osobą świecką. To znak, który ma niemałe znaczenie

Dzisiaj Jean Vanier ma siedemdziesiąt dziewięć lat, kilka miesięcy temu odwiedził Polskę. Podczas swego spotkania na Uniwersytecie Warszawskim nie omieszkał odnieść się do swego wieku, traktując go z humorem, może nawet z odrobiną ironii. Jego sposób mówienia, pełen prostoty, ciepła i ogromnej wrażliwości na doświadczenie pojedynczego człowieka, budzi zachwyt, ale może też zwieść. Jean jest człowiekiem wyjątkowej wrażliwości, nie przeszkadza mu to jednak w wyznawaniu jasnych zasad, które traktuje bez taryfy ulgowej. Pośród nich szczególne miejsce zajmują miłość i prawda. „Żyć w tym co rzeczywiste – mówi – jest pierwszą zasadą prawdy. […] Prawda jest wyzwalająca, nawet jeśli zmusza nas do przeżywania momentów samotności i lęku”. To właśnie prawda ma być inspiracją naszego życia, naszych postaw i sposobu bycia. „Religia i moralność dają świadectwo prawdzie wtedy – uważa Jean – kiedy stają się źródłem wyzwolenia i inspirują nas do przyjęcia postawy szacunku i współczucia wobec bliźnich. […] To poszukiwanie prawdy wymaga otwartości ducha: wymaga ewolucji myślenia zarówno u osób, jaki i u grup społecznych, ponieważ nasz świat znajduje się w permanentnym procesie zmian i odkrywa przed nami coraz to nowe obszary rzeczywistości”.

Jak to jest w zwyczaju Jeana, on te zasady nie tylko głosi, ale sam realizuje. Czyni to z odwagą i pokorą. Choć jego zewnętrzność i sposób bycia diametralnie różnią się od tego, jak zwykliśmy wyobrażać sobie jego wielkiego imiennika – Jana Chrzciciela, to w pewnym sensie Jean bardzo go przypomina. We wszystkim, co robi i głosi, wskazuje na „większego od siebie”. Podobnie jak Jan Chrzciciel, jest wołającym na puszczy. Tamten budził zdumienie, bo odziany był w skóry, żył na pustyni i żywił się szarańczą. Vanier czuje się zaszczycony, że dane mu jest żyć pośród umysłowo upośledzonych, świętuje z nimi i tańczy, umywa im nogi i nas wszystkich wzywa do tego, byśmy nawzajem umywali sobie nogi w naszych rodzinach.

W niebie chciałby bardzo spotkać Samarytankę i Etty Hillesum. Z ogromnym szacunkiem mówi o tych, którzy pracują w hospicjach, o tym, że towarzysząc umierającemu, trzeba mieć w sobie wielką ciszę, ale też pamiętać o drobnych radościach, tak jak czynią to pracownicy jednego z londyńskich hospicjów, w którym „siedemnasta to godzina na kieliszek koniaku”. I mówi, że „życie wieczne odsyła nas do doświadczenia seksualności”…

 Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007.