Moc ukryta w kruchości – to jedno z podstawowych doświadczeń spotkania z osobami niepełnosprawnymi. Pozwolił mi to odkryć Jean Vanier.

Zawdzięczam temu człowiekowi najgłębszą i najpiękniejszą – poza małżeństwem i ojcostwem – przygodę swojego życia. Rzadko mówię o tym publicznie, bo to doświadczenie głęboko osobiste, trudno wypowiadalne i delikatne.

W 1983 r. znaleźliśmy się – wraz z moją narzeczoną, a już wkrótce żoną – na spotkaniu jednej ze wspólnot ruchu „Wiara i Światło” w Warszawie. Są to wspólnoty gromadzące osoby z niepełnosprawnością intelektualną (wtedy mówiło się: upośledzone umysłowo), ich rodziny i przyjaciół. Poszedłem tam w przekonaniu, że idę pomagać – jako człowiek silny, który chciałby coś z siebie dać innym. I już po pierwszym spotkaniu wyszedłem odmieniony – z przekonaniem, że dużo więcej otrzymałem, niż dałem. Miałem zamiar siedzieć w kącie, ale spotkałem się z olbrzymią serdecznością, otwartością, przyjęto mnie jak starego przyjaciela. Nie miałem wyjścia – musiałem stać się starym przyjacielem. I tak to trwa, już ponad 30 lat. A osoby, których intelekt jest czasem głęboko upośledzony, stały się dla mnie nauczycielami człowieczeństwa.

Inicjatorem ruchu „Wiara i Światło” jest Jean Vanier. Ten urodzony w 1928 r. syn gubernatora Kanady najpierw został oficerem marynarki wojennej. Odszedł z niej jednak, bo postanowił zrozumieć, co wywołuje konflikty. Następnie zrobił doktorat z filozofii. Ale karierę akademicką też porzucił. W 1964 r. zamieszkał w Trosly pod Paryżem wraz z dwoma niepełnosprawnymi mężczyznami. W ten sposób powstał pierwszy dom „Arki” („L’Arche”). W 1971 r. Jean Vanier wraz z Marie-Hélène Mathieu założył we Francji ruch „Wiara i Światło”.

Osoby, których intelekt jest czasem głęboko upośledzony, stały się dla mnie nauczycielami człowieczeństwa

„Arka” to domy o charakterze rodzinnym, w których osoby dotknięte niepełnosprawnością intelektualną mieszkają na stałe wspólnie z pełnosprawnymi asystentami. „Wiara i Światło” natomiast to spotykające się regularnie wspólnoty dla osób z upośledzeniem umysłowym, ich rodzin i przyjaciół. Na świecie jest obecnie 145 domów „Arki” w 40 krajach oraz ponad 1600 wspólnot ruchu „Wiara i Światło” w 81 krajach. Oba ruchy z biegiem czasu nabrały charakteru ekumenicznego, a nawet międzyreligijnego, zachowując katolicką inspirację.

Jean Vanier jest też wybitnym rekolekcjonistą i autorem wielu książek, wydawanych również po polsku. Dla mnie jest jednym z najważniejszych proroków współczesnego chrześcijaństwa i nauczycieli duchowości. Mówi o tym, co najważniejsze, i potrafi trafiać najgłębiej – wprost do serca i sumienia. Swoim życiem, doświadczeniem i twórczością daje świadectwo żywej wiary i stawia czytelne życiowe drogowskazy.

Osoby nie da się tu oddzielić od jej dzieła. Pisząc o Vanierze, można skupiać się na poruszających cytatach z jego mądrych publikacji, ale można też czytać tę najpiękniejszą jego książkę, jaką są wspólnoty, które powołał do życia. Wybieram tu tę drugą drogę.

Iloraz serca

„Arka” oraz „Wiara i Światło” idą wyraźnie pod prąd mentalności współzawodnictwa i sukcesu, która zadomowiła się już na dobre nie tylko we współczesnym społeczeństwie, ale także w Kościele. Najkrócej można by powiedzieć, że misją Vanierowskich wspólnot jest uczłowieczanie społeczeństwa i uewangelicznianie Kościoła.

Wspólnoty zgromadzone wokół osób niepełnosprawnych intelektualnie bezpośrednio nie stawiają sobie za cel transformacji społeczeństwa. Chcą jedynie tworzyć więzi przyjaźni i bliskości. Samym swoim istnieniem zmuszają jednak wszystkich dokoła do stawiania sobie pytań o to, kim jest człowiek i jakie społeczeństwo zasługuje na miano ludzkiego.

W spotkaniu z ludzką słabością bardzo szybko orientujemy się, że człowieka trzeba „mierzyć miarą serca”. Tego określenia użył Jan Paweł II na spotkaniu z młodzieżą w Warszawie podczas swej pierwszej pielgrzymki do Polski 3 czerwca 1979 r. (dla mnie osobiście był to początek drogi do świadomego przeżywania wiary chrześcijańskiej). Te papieskie słowa są tożsame z podejściem Vaniera, który wskazuje, jak wiele się nauczył od osób z upośledzeniem umysłowym.

Maksymalnie krótko – i niezwykle trafnie – ujął to publicysta Jan Turnau, którego córka zaangażowała się w działalność ruchu „Wiara i Światło”, a później wyjechała na stałe do Francji, aby zamieszkać i pracować z ludźmi niepełnosprawnymi we wspólnocie „Arki”. Turnau ukuł określenie „iloraz serca”, które genialnie oddaje myśl Vaniera: można mieć wysoki „iloraz serca”, choć niski iloraz inteligencji – i odwrotnie. Deficyty w rozwoju intelektualnym nie oznaczają upośledzenia człowieczeństwa. Sformułowanie „iloraz serca” jest do tego stopnia trafne, że – znając i Vaniera, i Turnaua – przez ponad ćwierć wieku byłem przekonany, że pojęcie to musi pochodzić bezpośrednio od założyciela ruchu, a tymczasem po raz pierwszy użył go w 1985 r. ówczesny redaktor „Więzi”, dziś „Gazety Wyborczej”.

Misją Vanierowskich wspólnot jest uczłowieczanie społeczeństwa i uewangelicznianie Kościoła

Odkrywając piękno ukryte w osobach z upośledzeniem umysłowym, Jean Vanier i jego wspólnoty przypominają nam o człowieczeństwie tych, którym się go dzisiaj odmawia przez prawo do aborcji ze względu na „trwałe i nieodwracalne uszkodzenie płodu” czy koncepcję „niższej jakości życia”.

Znam osobiście wiele osób z – trwałym i nieodwracalnym – zespołem Downa. Z niektórymi łączą mnie więzi przyjaźni. Dobrze wiem, ile się od nich nauczyłem, ile ciepła i miłości od nich otrzymałem. Tymczasem obecnie w wielu krajach europejskich rodzi się coraz mniej takich dzieci. Nie dlatego, że rozwój medycyny zmniejszył prawdopodobieństwo ich poczęcia. Dokładnie odwrotnie – rozwój medycyny umożliwił wczesne diagnozowanie zespołu Downa, co najczęściej staje się podstawą do dokonania legalnej aborcji.

Jeśli „jakość życia” rozumie się czysto utylitarnie, to życie wielu takich ludzi można uznać za „niepełnowartościowe”. Stają się oni de facto podludźmi, a o tym, co się z nimi będzie działo, mają prawo decydować ludzie „pełnowartościowi”. Takie rozumienie człowieczeństwa jest jednak głęboko nieludzkie. Bo jeśli mierzyć człowieka miarą serca, to ci z ilorazem inteligencji poniżej 50 punktów mogą być ludźmi pełniej i bardziej niż sędziowie przyznający im odszkodowania za „złe urodzenie” czy parlamentarzyści zezwalający na likwidowanie problemu przez eliminowanie ludzi nim dotkniętych.

Vanierowskie wspólnoty usiłują zatem przekonać dzisiejszy świat, że swój najbardziej wymagający egzamin z życia zdajemy w szkole ubogich, że miarą człowieczeństwa osoby i humanitaryzmu społeczeństwa jest stosunek do najsłabszych. Chodzi tu zwłaszcza o nasze podejście do tych, którzy nie są w stanie żyć sami, bez pomocy innych – zwłaszcza do osób w początkowym i końcowym okresie życia, całkowicie skazanych na innych, oraz osób z upośledzeniem umysłowym, które nie są zdolne do rozumnego kierowania swym życiem, czy chorych psychicznie, którzy mają tę zdolność zaburzoną.

Silny potrzebuje słabego

Dzięki świadectwu wspólnot założonych przez Vaniera można też zrozumieć, że uznanie własnej słabości jest drogą do pełni człowieczeństwa. Spotkanie z człowiekiem słabszym prowadzi bowiem zazwyczaj do odkrywania własnych słabości i ograniczeń.

We wspólnocie można zrzucić z siebie różne pozy i role społeczne, np. zabieganie o uznanie. Nie muszę tam udawać kogoś, kim nie jestem. Zazwyczaj bowiem nie chcę się przyznawać do swoich słabości. Wobec jednych ludzi, wszechstronnie wykształconych, wstydzę się przyznać do swojej ignorancji, więc udaję, że czytałem tę książkę, oglądałem ten film czy wystawę, że widziałem i znam… Wobec innych osób wolę nie ujawniać pewnych swoich postaw czy przekonań, bo trzeba by zapłacić jakąś cenę za nonkonformizm. Czasem chcę dobrze wypaść w oczach innych, więc bardzo staram się spełnić ich oczekiwania – bo od nich zależę, bo oni decydują o moim losie, bo oni kształtują opinie innych na mój temat.

Miarą człowieczeństwa osoby i humanitaryzmu społeczeństwa jest stosunek do najsłabszych

Inaczej jest we wspólnocie. Moi przyjaciele z „Ziarenka” (każda wspólnota ma swoje imię!) – i osoby niepełnosprawne, i ich rodzice – znają mnie inaczej. Często wielu rzeczy o mnie nie wiedzą. Nie czytają „Więzi”, czasem mnie zobaczą w telewizji, ale w gruncie rzeczy nie wiedzą, czym jestem (co robię zawodowo, jakie funkcje pełnię, w jakich dziedzinach działam społecznie poza wspólnotą). Mimo to znają mnie dużo lepiej niż ci, którzy widzieli, co o mnie napisano w Wikipedii, lub nawet przeczytali moje książki czy artykuły. Wiedzą bowiem, kim jestem. Wiedzą nie tylko to, co chciałem napisać, ale i to, czego bym się o sobie wstydził. Znają mnie jako człowieka – z moimi wadami i słabościami.

Wspólnota to miejsce odkrywania, że nie tylko słaby potrzebuje kogoś silniejszego, ale też odwrotnie: silny (czy też „silny”) naprawdę potrzebuje słabego. Potrzebuje go, by dostrzec własne ograniczenia i słabości; by nauczyć się słuchać i rozumieć drugiego bez osądzania; by nauczyć się być dla drugiego. W indywidualistycznej kulturze nastawionej na samorealizację spotkanie ze słabością przypomina też, że samorealizacja (z akcentem na „samo”) łatwo może stać się samodestrukcją; że najpełniej jest się sobą, gdy się jest dla innych.

Wystarczy być

Wspólnoty wokół osób z upośledzeniem są też apelem o odwrócenie hierarchii wartości współczesnych społeczeństw. Mówią one, że dobroć, delikatność, akceptacja, czułość i współczucie powinny stać przed sukcesem, konkurencją, perfekcjonizmem, dominacją i władzą. Pomagają odkryć, że społeczeństwo rywalizacji – zachęcając człowieka do wspinania się na szczyt po drabinie sukcesu – w gruncie rzeczy głęboko zniekształca prawdę o naszym wspólnym człowieczeństwie i równej godności każdej osoby ludzkiej. Przypominają, że nie sukces i skuteczność są w życiu najważniejsze, lecz to, aby być z drugim człowiekiem. Nie trzeba robić nic wielkiego. Wystarczy być.

Jean Vanier powiedział kiedyś, że miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy wielkich, lecz na spełnianiu rzeczy małych z czułością. Jest taki piękny film Mike’a Leigh „Sekrety i kłamstwa”. Wspaniale zagrana główna bohaterka, zwykła sprzątaczka, musiała kiedyś jako nastolatka oddać do adopcji swoją córkę, nieślubne dziecko. Gdy owa córka po latach odnajduje matkę, w bólu rodzą się wzajemne relacje. Koniec końców o sprawie dowiaduje się także druga córka, dorosła już, ale wciąż mieszkająca z matką i wiodąca podobnie jak ona smutny, szary żywot. W końcowej scenie trzy kobiety – już pogodzone ze sobą – siedzą w obskurnym przydomowym ogródku i piją kawę. Padają słowa zachwyconej matki: „To jest życie”. A nic się nie dzieje! Siedzą i piją kawę, a wokoło jest bardzo ponuro…

Wspólnota to miejsce odkrywania, że nie tylko słaby potrzebuje kogoś silniejszego, ale też odwrotnie: silny (czy też „silny”) naprawdę potrzebuje słabego

Podobnie jest na letnich obozach naszej wspólnoty – z tą różnicą, że staramy się, aby nie było ponuro. Nic się nie dzieje. Siedzimy, pijemy kawę, kąpiemy się w jeziorze, gramy w piłkę, śpiewamy, modlimy się… I mamy świadomość, że… to jest życie!

Dlatego właśnie wakacyjne obozy „Ziarenka” to dla mnie czas przywracania właściwej hierarchii spraw. W ciągu roku żyję bowiem – jako publicysta i działacz – głównie wielkimi problemami Kościoła, Polski, Europy. Brakuje czasu dla konkretnego człowieka, choć teoretycznie głoszę, jak ważne jest pielęgnowanie relacji międzyludzkich. Na letnim wyjeździe ze wspólnotą jest inaczej: przez dwa tygodnie tempo życia radykalnie zwalnia, mamy dużo czasu, który można pięknie marnować – tzn. po prostu być razem. Pojawia się inne spojrzenie na czas i aktywność. Akcent położony jest na bycie, relacje, uważność. Radość może być z byle powodu. Nie trzeba wstydzić się wzruszeń. Najważniejsza zaś staje się miłość powszednia – prosta i dotykalna – a nie wielkie słowa. Ten czas to dla mnie najlepsze rekolekcje.

Kościół wobec pokus

Ruchy zainicjowane przez Jeana Vaniera mają też istotną rolę do odegrania w Kościele. Wydaje mi się, że są one szczególnie ważne w obliczu pięciu poważnych pokus, jakie zagrażają współczesnemu Kościołowi. Gdy im ulegamy – Kościół przestaje być tym, czym być powinien: skutecznym sakramentem zbawienia.

Kościół staje obecnie często przed pokusą światowości i sukcesu. Nawet w duszpasterstwie sukces ma być najważniejszy. W liturgii zewnętrzny sztafaż i elegancja stają się niekiedy istotniejsze od treści. Spotkanie z ludzką słabością przypomina zaś, że sukces nie jest imieniem Boga, bo Bóg myśli inaczej – wybrał to, co głupie i bezwartościowe w oczach światowego mainstreamu.

Z tym wiąże się kolejne wyzwanie: pokusa wielkich liczb. Żeby koniecznie było nas dużo, jak najwięcej. Żeby można się było pochwalić tłumami w kościele. To pułapka takiego nastawienia na ilość, w którym gubi się jakość. Przed taką pokusą przestrzega wspólnota, bo w niej najważniejszy jest konkretny człowiek, a akcent położony jest na jakość relacji.

Miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy wielkich, lecz na spełnianiu rzeczy małych z czułością

W stosunku do osób chorych i niepełnosprawnych istnieje też w Kościele pokusa profesjonalizacji. Najlepiej zajmą się nimi wykształceni specjaliści w wyodrębnionych ośrodkach. Cała działalność charytatywna Kościoła może polegać na tym, że wszyscy dają pieniądze, a wydają je wyspecjalizowane instytucje. Jest to potrzebne i może nawet być skuteczne, ale czy tylko o to chodzi w Kościele, żeby sprawę wydelegować w ręce profesjonalistów? Wspólnoty wychodzą z innego założenia: tu kluczowa jest niezastępowalna bezpośrednia relacja przyjaźni, bliskości, międzyosobowa więź. Do tego nie trzeba fakultetów ani instytucji. To jest coś, na co stać każdego.

Odczuwalna jest też w Kościele pokusa panowania albo niekiedy wywyższania się. Dotyczy to zarówno relacji wewnątrzkościelnych, jak i stosunku do instytucji zewnętrznych. Wywyższanie się może też być obecne w działalności charytatywnej, gdy ktoś łaskawie z litości pochyla się ze swej wysokości nad biednym i potrzebującym, nie dostrzegając w nim człowieka. We wspólnotach Vanierowskich – i w teorii, i w praktyce – konsekwentnie podkreśla się, że wszelkie kierownictwo to służba. Pięknym symbolicznym tego wyrazem jest specyficzne dla ruchu „Wiara i Światło” nabożeństwo umywania nóg, często ukazywane jako istota duchowości tego ruchu. Nawiązuje ono oczywiście do gestu i nauczania Jezusa z Wielkiego Czwartku. Aby w nim szczerze uczestniczyć, niezbędna jest wielka pokora, a przede wszystkim trzeba przezwyciężyć lęk przed tym, że będę musiał komuś innemu pozwolić obmyć swoje stopy.

Bardzo niebezpieczna dla Kościoła jest także pokusa zejścia z krzyża. To pułapka takiego przeżywania wiary, które bagatelizuje cierpienie, ukrywa je wstydliwie, udaje, że życie z Chrystusem jest lekkie, łatwe i przyjemne. Tymczasem nie ma chrześcijaństwa bez krzyża, nie ma życia bez cierpienia, nie ma zwycięstwa bez niespełnienia. Życie z osobami niepełnosprawnymi szybko uczy, że porażki są nieuniknione, bo obiektywne ograniczenia sprawiają, że nie da się osiągnąć wszystkiego, co by się chciało (np. ktoś mimo anielskiej cierpliwości innych nie jest w stanie nauczyć się prostego zdania w przygotowywanym przedstawieniu teatralnym).

Pokora jako DNA Boga

Jean Vanier i jego wspólnoty przypominają zatem współczesnemu Kościołowi o kilku bardzo ważnych sprawach. Przede wszystkim o tym, że Kościół – jak stwierdził św. Wawrzyniec, męczennik z III wieku – ma dwa skarby: Eucharystię i ubogich, nie wolno więc zapominać o tych drugich. Niestety, wciąż nie jest to oczywiste – o czym najlepiej świadczą kłopoty ze znalezieniem miejsca dla naszych niepełnosprawnych przyjaciół w życiu wielu parafii albo wyniosły, odrzucający dystans, z jakim spotykają się w kościołach ludzie bezdomni.

Wspólnoty mówią też Kościołowi, że miłość chrześcijańska nie może polegać na tym, że bogaty daje biednemu, lepszy − gorszemu, silniejszy − słabszemu. Że w miłości nie chodzi nawet o to, aby coś robić dla innych, lecz żeby przede wszystkim być z drugim człowiekiem. Że niepełnosprawni – tak jak i wszyscy chorzy, ubodzy, cierpiący, bezdomni – powinni być nie tylko naszymi podopiecznymi. Oni mogą być pod pewnymi względami naszymi nauczycielami.

Doświadczenie Vanierowskich wspólnot jest też niezwykłym przykładem, że możliwa jest realizacja – pozornie utopijnego – fascynującego zadania Kościoła, wskazanego na samym początku Konstytucji dogmatycznej o Kościele II Soboru Watykańskiego: być „znakiem jedności całego rodzaju ludzkiego”. Okazało się bowiem, że osoby z niepełnosprawnością intelektualną mają szczególną zdolność do łączenia ludzi w czynieniu dobra i obalaniu barier. Inni jednoczą się wokół nich ponad podziałami wyznaniowymi i światopoglądowymi. Wspólnoty „Arki” przyciągają wielu młodych, którzy deklarują się jako niewierzący czy poszukujący. Mało tego, pomimo tak oczywistej chrześcijańskiej inspiracji ruchu powstają wspólnoty zrzeszające wyznawców innych religii.

Jean Vanier pisał: „moja wiara w Boga nie jest wiarą w Boga potęgi, ale wiarą w Boga wszechmocnego, który staje się bezsilnym”

Można tu także wiele nauczyć się o Bogu. To Bóg, który zazwyczaj przychodzi w ciszy, „w lekkim powiewie”. Zdarza się niekiedy, że przyjdzie też w wielkiej wichurze – ale to forma nadzwyczajna. Jak napisał Vanier, „moja wiara w Boga nie jest wiarą w Boga potęgi, ale wiarą w Boga wszechmocnego, który staje się bezsilnym”. Wspólnoty dają żywe doświadczenie jednej z podstawowych lekcji Ewangelii – że Boga można odnaleźć w ludziach słabych, ubogich, odrzuconych, niechcianych, cierpiących i prześladowanych.

Wspólnoty założone przez Jeana Vaniera mają trwałe, ponadczasowe przesłanie – i dla społeczeństwa, i dla Kościoła. Zawsze będą potrzebne, bo nigdy ani społeczeństwo nie będzie w pełni ludzkie, ani Kościół w pełni ewangeliczny. Ich znaczenie jest olbrzymie, a w czasach papieża Franciszka powinno nawet być coraz bardziej doceniane w Kościele.

Bez trudu można bowiem znaleźć liczne analogie między Franciszkiem a Vanierem. Papież równie często apeluje, aby odrzucić pokusę Kościoła „ogarniętego szałem skuteczności” i tworzyć „kulturę spotkania”. Wzywa do naśladowania „sposobu bycia i działania” Boga i podkreśla zwłaszcza cechę pokory, która jest „jakby DNA Boga”.

W podobny sposób wiąże też wizję Boga z rozumieniem misji Kościoła. Skoro potężny Bóg uniża się, stając się człowiekiem, to i Jego Kościół nie ma być silny. Albo inaczej: ma być silny nie po ludzku, lecz po Bożemu. Silny nie światowością, sukcesami i wielkimi liczbami, lecz silny tajemnicą krzyża. Przecież „nie ma nic wznioślejszego od uniżenia krzyża” – podkreślił papież w przesłaniu do biskupów brazylijskich w lipcu 2013 r. i pytał retorycznie: „Czy nadal jesteśmy w stanie pokazać tę prawdę ludziom, którzy myślą, że prawdziwa wzniosłość życia mogłaby być gdzie indziej? Czy jest coś mocniejszego od mocy ukrytej w kruchości miłości, dobra, prawdy, piękna?”.

Moc ukryta w kruchości – to jedno z podstawowych doświadczeń spotkania z osobami niepełnosprawnymi. Za to odkrycie jestem głęboko wdzięczny Jeanowi.

Tekst pochodzi z książki Zbigniewa Nosowskiego „Krytyczna wierność. Jakiego katolicyzmu Polacy potrzebują”. Książka do nabycia tutaj