Skandal wykorzystywania seksualnego dzieci przez niektórych księży i krycia tego ohydnego procederu przez przełożonych wymaga dokładnego wyjaśnienia, rozliczenia winnych i zastosowania skutecznych środków zaradczych na przyszłość. Ale już widać, że tego nie da się przeprowadzić bezboleśnie, „od góry”.

„I co teraz z nami będzie?” – przerwała milczenie Kinga, moja żona, kiedy w sobotę skończyliśmy wspólnie oglądać film Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”. „Czarna pedofilska mafia!” – napisał na Facebooku jeden z moich chrześniaków, obecnie już czterdziestolatków. Mam ich kilkoro – niestety, wszyscy oddalili się od praktyk religijnych. „Zasmuca poczucie rozpadu Kościoła” – napisał do mnie z kolei w SMS-ie głęboko wierzący kolega. Co będzie z nami, z Kościołem w Polsce? Co będzie z Polską?

Przyznam, że w oglądaniu filmu braci Sekielskich towarzyszyły mi dwie silne emocje: współczucie dla ofiar oraz gniew na księży. Nie tyle nawet na samych sprawców – zwłaszcza tych starców stojących już nad grobem, którzy budzą raczej litość zmieszaną z odrazą – ile na wszystkich, którzy bagatelizują i kryją zbrodnicze czyny kolegów w sutannach, a do ofiar i do dziennikarzy dociekających prawdy odnoszą się arogancko i z nieskrywaną niechęcią.

Wstrząsająca była dla mnie opowieść jednego z bohaterów filmu, Andrzeja. Gdy jako chłopiec poskarżył się mamie, że ksiądz go wykorzystuje i dlatego nie chce już dłużej być ministrantem, rodzona matka nie dała mu wiary i nakazała dalej służyć przy ołtarzu. W rezultacie chłopak, nie widząc ratunku, popadł w anoreksję, aż w końcu bliski śmierci trafił do szpitala. Ten epizod wart jest moim zdaniem głębszego przemyślenia. Wielu komentatorów, z o. Jackiem Prusakiem na czele, alarmuje, że prawdziwą strukturą zła w polskim katolicyzmie jest klerykalizm, obecny nie tylko w mentalności samego kleru, ale także nas wszystkich, szeregowych katolików.

Skandal wykorzystywania seksualnego dzieci i nieletnich przez niektórych księży i krycia tego ohydnego procederu przez przełożonych wymaga oczywiście dokładnego wyjaśnienia, rozliczenia winnych i zastosowania skutecznych środków zaradczych na przyszłość. Ale już widać, że tego nie da się przeprowadzić bezboleśnie, „od góry”. To będzie wstrząsem dla całego Kościoła w Polsce. Zapewne radykalnie zmniejszy się liczba kandydatów do stanu duchownego, o czym przekonamy się we wrześniu. I niestety też wielu Polaków, z różnych powodów już i tak oddalonych od praktyk religijnych i od wiary, zareaguje tak, jak mój chrześniak – jeszcze bardziej utwierdzając się w swojej postawie.

Chrystus przychodzi do nas w cierpieniu niewinnych dzieci krzywdzonych przez ludzi Kościoła – tych w koloratkach i tych świeckich. Wzywa nas do prawdziwego nawrócenia – z obłudy i umywania rąk, z pychy i samozadowolenia

Czy to wszystko oznacza jakieś zwycięstwo „złego świata” nad Kościołem? I czy remedium na kryzys religijności w laicyzującym się społeczeństwie ma być prowadzona z ambon walka z ateizmem i „lewactwem”, z ideologią gender, jak proponują niektórzy nasi arcybiskupi? A może rządy autorytarne, mające nas jakoby uchronić przed zepsuciem moralnym idącym z Zachodu, jak głosi czołowy obrońca moralności chrześcijańskiej Władimir Putin?

Są też, przede wszystkim w samym Kościele, inne głosy, do których się przyłączam: że obecny kryzys był nam potrzebny. Co więcej, że – wobec „oporu kościelnej materii”– ten kryzys jest nam niezbędny. Zapłacimy za to być może wysoką cenę. Nie po raz pierwszy jednak Kościół przechodzi przez bolesne oczyszczenie. Nie lękajmy się otworzyć szeroko drzwi Chrystusowi, który przychodzi do nas w cierpieniu niewinnych dzieci krzywdzonych przez ludzi Kościoła – tych w koloratkach i tych świeckich. On wzywa nas wszystkich do prawdziwego nawrócenia – z obłudy i umywania rąk, z pychy i samozadowolenia, z zaślepienia nienawiścią do przeciwników politycznych i ludzi inaczej myślących, z obojętności wobec zła, z bierności i zniechęcenia.

Akurat dzisiaj mija pierwsza rocznica śmierci brata Morisa ze zgromadzenia Małych Braci Jezusa, syna Francji, który wybrał Polskę jako swoją drugą ojczyznę, pochowanego w Izabelinie pod Warszawą. W jego książce „Wierzę w Kościół” (Wydawnictwo Esprit, Kraków 2006) znalazłem takie zdanie: „Nasze wspólnoty kościelne zdają się ciągle jeszcze podzielone jakby barierą psychologiczną, gdzie z jednej strony jest kler, a z drugiej laikat. I choć czasem jedna ze stron narzeka na drugą, skarżąc się na klerykalizm jednej lub na inercję drugiej, zbyt rzadko widzimy na razie osobiste inicjatywy, które dążyłyby do uczynienia choć z pewnej cząstki Ludu Bożego wspólnoty bardziej braterskiej, wspólnoty kapłańskiej, która wszystko razem celebruje – każdy według swojego charyzmatu i posługi, do których został wezwany”.

Niech to marzenie brata Morisa o Kościele jako braterskiej wspólnocie będzie dla nas pociechą i umocnieniem nadziei, że z obecnego kryzysu wyjdziemy odrodzeni.