Co jest głównym zadaniem religii? Czy obrona samej siebie przed atakami przeciwników?

Piąty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku. Tytuł od redakcji

Niebezpieczeństwo integryzmu nie sprowadza się do funkcjonowania integrystycznych koncepcji. Gdyby integryzm był tylko programem czy po prostu zespołem poglądów przyjętych na podstawie jakiegoś rozumowania lub skłonności zachowawczych, wówczas może dyskusja z nim byłaby bardziej owocna. Jednak główne jego niebezpieczeństwo leży w zjawisku, które można nazwać integrystyczną mentalnością. W niej właśnie tkwi jego siła i trwałość, upór, z jakim bywa zachowywany, wbrew wszelkim faktom i argumentom. Oczywiście, mentalność ta ma swoje źródła, wśród których da się na pewno odnaleźć i skłonności zachowawcze, i takie czy inne typy rozumowania, obok różnorodnych czynników i uwarunkowań. Nie są to jednak bezpośrednie źródła szczegółowych poglądów, ale podbudowa zwartej formacji intelektualnej, z której dopiero owe szczegółowe poglądy i rozstrzygnięcia wypływają jako konsekwentnie oczywiste i niepodlegające dyskusji.

Trzeba także dodać, że jest to formacja dzięki swej wewnętrznej konstrukcji szczególnie nieprzenikliwa na jakąkolwiek kontrargumentację, ponieważ kształtuje ona umysłowości zamknięte, a priori nieufne wobec wszelkiej racji wysuwanej z innych pozycji, wyrażanej przez ludzi inaczej myślących. Dzieje się tak dlatego, że charakterystyczna dla niej ciasna ortodoksyjność – w przeciwieństwie do prawdziwej ortodoksyjności, która chce być tak szeroka, jak duch Ewangelii – utożsamiając własną postawę z prawowiernością, inne traktuje jako z natury rzeczy podejrzane bądź w samej treści, bądź w intencjach, a tym samym wrogie czy przynajmniej niebezpieczne.

Integrystom stawia się często wiele konkretnych zarzutów. Wytyka się im przywiązanie do tradycyjnych form i metod połączone z nieufnością do wszystkiego, co nowe, a więc niewypróbowane i ryzykowne; niechęć do samodzielnych poszukiwań prowadzonych przez ludzi świeckich w zakresie życia religijnego i katolickiego światopoglądu, a to ze względu na ich niekompetencje i brak dostatecznego sensus catholicus. Zarzuca się integrystom przesadną nieufność wobec człowieka i myśli ludzkiej, nieliczenie się z nową formą cywilizacji i jej pluralizmem, usuwanie na drugi plan autonomicznej wartości poszczególnych dziedzin kultury oraz gałęzi wiedzy i chęć bezpośredniego wprzęgnięcia ich w służbę religii i traktowania ich jako narzędzi apologetyki; wreszcie, w ostatecznym efekcie, krótkowzroczny „praktycyzm” zainteresowań i nieskuteczność metod nawet w stosunku do własnych celów.

Zarzuty te są z pewnością słuszne. Nawet wyrażone w tak ostrej i kategorycznej formie są one w każdym razie słuszne w stosunku do bardziej skrajnych i „czystych” form integryzmu. Nie wyjaśniają jednak istoty tego zjawiska. Chcąc bowiem uchwycić przyczyny takiego a nie innego ustosunkowania się integryzmu do poszczególnych problemów, które wydają się nam same przez się często niezrozumiałe, trzeba zrozumieć charakterystyczną dla niego ogólną postawę intelektualną. Przede wszystkim jego generalny stosunek do kultury i myśli ludzkiej poznającej prawdę i tworzącej wartości.

Wykształcony katolik musi umieć bronić słuszności swych przekonań, ale to nie znaczy, żeby zasadniczy cel swej postawy religijnej sprowadzał jedynie do polemiki czy moralizatorstwa

Do szczególnie znamiennych cech owej integrystycznej postawy intelektualnej należą apologetyzm i koncepcja zamkniętej kultury chrześcijańskiej.

Apologetyka ma być w swym założeniu intelektualnym „uzbrojeniem” myśli katolickiej i świadomości katolika wobec ataków na wiarę, które przychodzą bądź od jej przeciwników, bądź rodzą się czy mogłyby się rodzić w umyśle wierzącego.

Nie ma potrzeby kwestionowania znaczenia apologetyki jako dyscypliny. Trudno jednak nie ocenić negatywnie takiej sytuacji, gdy apologetyka z dyscypliny staje się kierunkiem myślenia, gdy „apologetyczne” staje się całe nastawienie intelektualne człowieka, a co za tym idzie – jego stosunek do kultury i świata wartości. A także, gdy apologetyczny staje się kierunek wychowawczy i w konsekwencji wychowawcza formacja. Jako uzasadnienie takiej tendencji „apologetycznej” wysuwa się tezę następującą: wykształcenie katolickie przeciętnego człowieka świeckiego nie jest najczęściej na tyle głębokie i wszechstronne, aby mógł on w sposób pewny obracać się wśród problemów katolickiego światopoglądu. W konsekwencji nie potrafi sam przeciwstawiać się zarzutom i polemikom, a w szczególności swobodnie poruszać się na wątpliwym gruncie spraw, w których prawda i fałsz są ze sobą niebezpiecznie pomieszane. Dlatego dając mu minimalne podstawy zasad wiary i życia chrześcijańskiego, ewentualnie pogłębione przez dalszą pracę duszpasterską, należy potem przede wszystkim z jednej strony ostrzec go, aby – o ile to możliwe – odcinał się w zakresie światopoglądu od wszystkiego, co niepewne, a z drugiej strony „uzbroić” w arsenał argumentów, którymi mógłby odeprzeć w dyskusji czy też we własnym umyśle konkretne zarzuty, z jakimi może się spotkać. Twierdzi się, że taka metoda jest bliższa „konkretu społecznego”, ponieważ liczy się z rzeczywistością i pozwala łatwo uchwycić aktualne niebezpieczeństwa, zagrażające katolickiej świadomości doktrynalnej i moralnej wiernych, i im zapobiegać.

Jakkolwiek takie stanowisko nie jest pozbawione pewnych elementów słusznych, można zarzucić mu co najmniej krótkowzroczność. Należy tu wytoczyć – jak się wydaje – dwa zasadnicze zarzuty: pierwszy dotyczy typu umysłowości, jaki ostatecznie kształtuje tendencja „apologetyczna”.

Odnosi się wrażenie, że u źródeł tej tendencji leży nie tylko określona „ocena sytuacji”, ale również pewna ogólna nieufność wobec ludzkiego umysłu, nawet oświeconego wiarą, dysponującego pewną erudycją w zakresie chrześcijańskiego światopoglądu i wdrożonego do „porządnego myślenia”. Nieufność wobec zdolności umysłu do samodzielnej oceny i samodzielnego zdobywania prawdy. Nieufność ta, nawet nie formułowana bezpośrednio, przenika „apologetyczną” formację wychowawczą. Dlatego umysłowość uformowana pod jej wpływem będzie statyczna, jednostronnie tradycyjna i bojaźliwa. Jednocześnie będzie ona w zasadniczy sposób nastawiona polemicznie i wrogo do wszelkich koncepcji obcych, nie tylko wobec tego, co jest w nich z katolicyzmem sprzeczne, ale i wobec tego, co jest w nich twórcze i prawdziwe.

Umysłowość taka nie szuka samodzielnie nowych rozwiązań i nowych dróg, bo to jest niebezpieczne. W wyniku tego nie jest ona twórcza w żadnej dziedzinie, gdzie w grę wchodzą sprawy światopoglądowe, nie sprzyja rozwojowi myśli chrześcijańskiej. Zwłaszcza że trzeba tu nieraz angażować się w problemy jeszcze definitywnie nierozstrzygnięte. Umysłowość taka nie sprzyja rozwojowi kultury w ogóle, gdyż współczesna kultura jest pluralistyczna i nad rozwiązaniem jej problemów trzeba nie tylko polemizować z niekatolikami, ale także współpracować. Kultura świata niekatolickiego wnosi zbyt wiele ważkich i palących problemów, aby można było je pominąć czy traktować tylko jako przedmiot polemiki. Zresztą dla typowego „apologety” rozwój kultury nigdy nie jest problemem zasadniczym, gdyż nie ma on w zasadzie zrozumienia dla pozareligijnych wartości kulturalnych. Prawdziwe wartości pozareligijne jako wartości – właściwie dla niego nie istnieją. Dla typowego „apologety” rzeczą zasadniczą będzie odpowiedź na pytanie: czy Einstein był wierzący i czy jego teoria może wzmocnić światopogląd teistyczny. Natomiast nowe horyzonty, jakie Einstein otwiera swą teorią dla myśli ludzkiej, dla światopoglądu człowieka, będą dla niego sprawą drugorzędną.

Niewątpliwie człowiekowi wierzącemu nie wolno wystawiać wiary w sposób lekkomyślny na niebezpieczeństwo. Można się jednak zastanawiać, czy „apologetyczne” interpretowanie tej zasady nie jest przesadne, czy pewien stopień „niebezpieczeństwa” (jeśli to w ogóle jest już rzeczywiste nie bezpieczeństwo) nie jest w tym świecie naturalnym klimatem dla wiary? Czy takie przesadne odcinanie się od wszelkich możliwych i urojonych niebezpieczeństw nie mści się w końcu najbardziej na niej samej? A wreszcie, czy nastawienie „apologetyczne” nie prowadzi w konsekwencji do pewnego niezamierzonego odwrócenia wartości w samym katolickim światopoglądzie?

Dla typowego „apologety” rzeczą zasadniczą będzie odpowiedź na pytanie: czy Einstein był wierzący i czy jego teoria może wzmocnić światopogląd teistyczny

Co jest głównym zadaniem religii? Czy obrona samej siebie przed atakami przeciwników, czy też formowanie życie jednostek, a potem społeczeństw w sposób zgodny z wolą Bożą? I czy wobec tego zasadniczy wysiłek katolików ma być skierowany na walkę, czy też na budowanie chrześcijańskiego życia osobistego i chrześcijański wkład w życie społeczne, na udział, o ile możności twórczy, w rozwoju myśli chrześcijańskiej i rozwiązywaniu w duchu chrześcijańskim problemów życia społecznego i kulturalnego? Problemy te dziś są trudniejsze niż kiedykolwiek i w konfrontacji z nimi nie wystarczy obracać posiadanym już kapitałem, ale trzeba szukać w oparciu o zasady niezmienne zupełnie nowych rozwiązań. Oczywiście, wykształcony katolik musi umieć bronić słuszności swych przekonań, nie wstydząc się słowa „Bóg” czy „religia”, ale to nie znaczy, żeby zasadniczy cel swej postawy religijnej sprowadzał jedynie do polemiki czy taniego moralizatorstwa.

Drugi zarzut, jaki tej mentalności trzeba postawić, odnosi się do skuteczności samej apologetyki w świetle celu, jaki sobie stawia. Gdy chodzi o przekonanie przeciwnika, nieskuteczność wszelkich polemik światopoglądowych i wyrwanych fragmentarycznych argumentacji jest rzeczą znaną. Odnosi się zresztą wrażenie, że człowiek współczesny uwrażliwiony jest głównie na przykłady wartości żywych.

Jeśli chodzi o samych katolików, formacja apologetyczna wydaje się szczególnie nieprzydatna tam wszędzie, gdzie ogólny rozwój intelektualny, jego religijnego przygotowania. Gdy staje się on w pewnym momencie samodzielnie myślącym, wówczas jego z natury rzeczy niesamodzielna, „apologetyczna” świadomość religijna często nie dorasta do żądań sytuacji. Niejednokrotnie zresztą nie wytrzymuje ona nawet próby nowej antyreligijnej argumentacji, na którą nie była przygotowana. Zagadnienie można oczywiście odwrócić i powiedzieć, że gdy człowiek staje się „oświecony”, wówczas również otwiera się możliwość podniesienia na wyższy poziom jego świadomości katolickiej. Nie uczyni tego na pewno formacja „apologetyczna”, bo nie potrafiła ona przygotować go do tego procesu. Należy się więc raczej zastanawiać, czy w gruncie rzeczy nie tkwi w niej ukryta rezygnacja z podnoszenia poziomu katolickiego przygotowania przeciętnego człowieka wierzącego i czy wobec tego nie ona właśnie ponosi dużą odpowiedzialność za kryzys religijności.

Pytanie o skuteczność metody apologetycznej w szczególny sposób rysuje się na tle niektórych specyficznych cech charakteryzujących postawy dzisiejszych ludzi. I tak na przykład w młodym i średnim pokoleniu często można się spotkać z postawą, którą przyjęło się określać jako „poszukującą”. Charakteryzuje się ona autentycznymi nieraz zainteresowaniami intelektualnymi i poważnym stosunkiem do życia przy pewnym sceptycyzmie i nieufności wobec wszelkiej idei ogólnej, wobec społecznej, ideologicznej czy nawet filozoficznej teorii. Ma ona natomiast zdecydowany szacunek dla moralnych wartości. Wymaga od nich jednak, aby wyrażały się one nie w słowach, a w życiowym konkrecie, dawały się na tej drodze sprawdzić.

Co może powiedzieć tym ludziom „katolicyzm apologetyczny”? Jakie wartości religii i chrześcijańskiego światopoglądu może ukazać ludziom uwrażliwionym przede wszystkim na żywy konkret? Nie ma do nich innej drogi niż stałe pokazywanie wartości religii wcielanej w codzienne życie, inspirującej życiową i społeczną postawę człowieka. Nie ma też do nich innej drogi niż pokazywanie, najbardziej praktyczne i realne, że chrześcijaństwo nie stanowi zapory przed uznawaniem rzeczywistych osiągnięć i wartości ogólnoludzkich, że uznaje za dobro to, co jest rzeczywiście dobre, bez względu na źródło jego pochodzenia. Tylko kierunek nastawiony nie na werbalną argumentację, ale na dawanie świadectwa żywej wierze, świadectwa, w którym często słowa „Bóg” i „religia” w ogóle nie padają, a tylko działają od wewnątrz, może mieć tu szanse powodzenia. W stosunku do „poszukujących” odgrywa swoją rolę również dyskusja.

Właśnie dyskusja, a nie polemika. Dyskusja, która zakłada pragnienie zrozumienia dyskutanta i znalezienia z nim płaszczyzn wspólnych. Ale taką dyskusję trudno jest prowadzić z pozycji „apologetycznych”. Reguła zakonu Małych Braci od Jezusa, zrodzona z idei o. de Foucauld, która nakazuje im pracować razem z szarymi ludźmi i żyć ich życiem, a jednocześnie zabrania „głosić” i „nauczać”, jest już niewątpliwie znakiem czasu. Oczywiście, nie nakazuje im ona uchylać się od dyskusji i rozmów na temat religii, ale nie w nich widzi podstawy apostolstwa.

Postawa intelektualna, w której dominuje apologetyzm, jest najbardziej skrajnym wyrazem tendencji integrystycznych w jej stosunku do świata prawdy i wartości. Jest to integryzm umysłowy sprowadzony do ekstremum. Na jego gruncie przejawiają się też najłatwiej zjawiska określane jako „obskuranckie”. Tendencji integrystycznej nie można jednakże sprowadzić do obskurantyzmu. Byłoby to uroszczeniem. Przejawia się ona również inaczej. Charakteryzuje się mianowicie programem budowania chrześcijańskiej kultury, pojętej jako zjawisko w istocie samoistne i zamknięte. Pozornie wydaje się to zaprzeczeniem apologetyzmu. W rzeczywistości obie te postawy posiadają wspólne korzenie, które prowadzą też w konsekwencji do podobnych rezultatów.

W programie tym dominuje nieufność wobec myśli wyemancypowanych spod bezpośredniego wpływu wiary czy po prostu urzędu nauczycielskiego, a także założenie, że życie katolickie powinno upływać, o ile to możliwe, w jednorodnym klimacie myśli ortodoksyjnej, a więc w konsekwencji kontrolowanej.

Tylko kierunek nastawiony nie na werbalną argumentację, ale na dawanie świadectwa żywej wierze, świadectwa, w którym często słowa „Bóg” i „religia” w ogóle nie padają, może mieć szanse powodzenia

W takim ujęciu kultura jest zjawiskiem „wyznaniowym”. Jej poszczególne gałęzie, poszczególne dziedziny nauki – o tyle, o ile posiadają wyraźne znaczenie światopoglądowe – twórczość artystyczna, jak i przejawy życia społecznego są stale porównywane z żądaniami ciasno pojętego katolickiego światopoglądu. Troska o ich stałą zgodność z tak pojętym światopoglądem dominuje nad postulatem ich swobodnego rozwoju, zgodnego z ich wewnętrznymi prawami, choć formalnie postulat ten nie bywa raczej kwestionowany.

W odpowiedzi na charakterystyczny dla XIX i XX wieku rozwój nauki i kultury poza orbitą wpływów Kościoła próbuje się tworzyć coś na kształt konkurencyjnej katolickiej strefy społeczno-kulturalnej, obejmującej nawet katolickie kluby, kina, stowarzyszenia i związki sportowe. Oczywiście poszczególne te formy muszą być różnie oceniane i same w sobie, i w zależności od sposobu, w jaki pełnią swe funkcje. Nie chodzi tu zresztą o to, ażeby je indywidualnie oceniać, ale o ogólną tendencję zmierzającą do objęcia w możliwie najszerszym zakresie życia katolika owym właśnie klimatem „wyznaniowym” stwarzanym w tych wypadkach przez katolickie środowisko, nad którym czuwają ludzie „odpowiedzialni i zaufani”, często duchowni.

Owa „katolicka strefa społeczno-kulturowa” wytwarza swój własny specyficzny klimat intelektualny. Prądy i ruchy społeczne i kulturalne oceniane są przede wszystkim pod kątem ich ustosunkowania się do Kościoła i religii. W ocenach literatury, teatru, kina wprowadza się swoiste kryteria, w których dominuje ocena ortodoksyjności światopoglądowej i atmosfery moralnej, przeważnie sprowadzonej do VI przykazania. Sztuka i literatura nie są tu oceniane jako dobre lub złe, prawdziwe lub nieprawdziwe jako wyraz życia, humanistyczne lub niehumanistyczne. Na plan pierwszy natomiast wysuwa się podział na literaturę i sztukę „zdrową” i „niebezpieczną”, a także „moralnie obojętną” – na oznaczenie tych utworów, które nie posiadają z punktu widzenia tak pojętego katolicyzmu szczególnych walorów wychowawczych, ale nie dają zarazem podstaw do potraktowania ich jako szkodliwych. Niezmiernie charakterystyczne jest to, że do kategorii tej bywają zaliczane zarówno utwory bardzo cenne, jak i bardzo szkodliwe z punktu widzenia po prostu humanistycznego. Dąży się też do tworzenia i popierania twórczości określanej potocznie jako „katolicka”, pod którym to pojęciem rozumie się w tym wypadku przede wszystkim utwory poruszające problematykę światopoglądową – również w jej aspekcie moralnym – i rozwiązujące ją w sposób zgodny z obowiązującymi wymaganiami. Literatura „katolicka” uzyskuje priorytet przed wszelką inną literaturą, choćby najbardziej wartościową, ale pozbawioną w swej treści stempla wyznaniowości.

Analogicznie przedstawia się stosunek do nauki. Nie chodzi tu już tylko o rozwój chrześcijańskiej filozofii i stosowanie tzw. teologicznego kryterium negatywnego w stosunku do nauk szczegółowych. Oczywiście, teoretycznie nie neguje się zasady, że mają się one swobodnie rozwijać. W praktyce jednak troska o ich zgodność ze światopoglądem katolickim, o to, aby ich tezy i tendencje nie naruszały zwartej budowli tego światopoglądu zajmuje tak nieproporcjonalnie wiele miejsca i angażuje tak nieproporcjonalne wysiłki, że staje się w efekcie troską niemal naczelną. Troska ta przejawia się różnie, zależnie od światopoglądowej wagi przedmiotu.

Poglądy naukowe uznane za sprzeczne z „doktryną”, zamiast rzetelnych, obustronnych konfrontacji rodzą przeważnie zażarte polemiki – i kompromitacje, gdy trzeba się wycofywać, zwłaszcza wtedy, kiedy to, co brało się za „doktrynę”, przy bliższym poznaniu doktryną nie było. Przykładem może być tu nie tak dawny spór o stworzenie i rozwój świata oraz interpretacja pierwszego rozdziału Księgi Genesis, czy jeszcze po II wojnie światowej mająca miejsce polemika z ewolucyjną teorią pochodzenia człowieka. Spośród kilku równocześnie występujących i dotyczących tej samej kwestii teorii wybiera się i popiera tezy, które wydają się nie grozić zamętem w „doktrynie”, zamiast tych, które są naukowo bardziej płodne. W stosunku do dyscyplin, które uważa się za szczególnie ważne światopoglądowo, przede wszystkim w stosunku do nauk społecznych i w ogóle humanistycznych, dąży się do tworzenia konkurencyjnych „katolickich” teorii i nawet całościowych ujęć poszczególnych dyscyplin. W ten sposób powstawały „katolickie” naświetlenia epok, zjawisk i prądów historycznych, „katolickie” teorie literatury, „katolickie” socjologie, psychologie i pedagogiki. I tu znów trzeba jeszcze raz powiedzieć, że problem jest złożony. Zdarza się, że i na takim gruncie powstają autentyczne zdobycze nauki. Oczywiście, ocena twierdzeń nauki z punktu widzenia objawienia nie jest dla wierzącego sprawą obojętną. Nie można też zapominać, że nauka bywa nadużywana czasem i dla celów antyreligijnych i że zjawiska takie wymagają obrony. Jednakże proporcje są tu wyraźne zachwiane, a przede wszystkim fałszywy jest sam punkt wyjścia.

Próby realizowania wizji, która może mieć zastosowanie w sytuacji „jednej owczarni”, w formie katolickiej enklawy społeczno-kulturowej mogą prowadzić do wyników groźnych lub żałosnych, ale nigdy pozytywnych. Prowadzą one do takiego skarykaturyzowania samej wiary, w którym pojęcie „katolicki” przestaje znaczyć „powszechny”, znaczy natomiast „wyznaniowy”. Z punktu widzenia społecznego natomiast prowadzą do tendencji tworzenia jakiejś kultury w kulturze i społeczeństwa w społeczeństwie. Podobnie jednak jak tendencje apologetyczne, również i ta katolicka cieplarnia jest nieskuteczna i utopijna, ponieważ nie liczy się ani z jednością kultury, ani z jednością społeczeństwa i rządzącymi nim prawami. Jeśli zaś osiąga wyniki, prowadzi wówczas do tworzenia katolickiego getta, które nastawione czujnie i polemicznie wobec „świata zewnętrznego” pozbawione jest ducha powszechności, staje się jego zaprzeczeniem.

Zadaniem chrześcijan jest walczyć o wolności ogólne, a nie zamykać się – choćby psychicznie – w getcie

Stwierdzając to wszystko nie ma potrzeby tracić z oczu faktu, że na umacnianie tendencji wyznaniowych wobec kultury i życia społecznego mają istotny wpływ również warunki zewnętrzne, w jakich rozwija się katolicyzm. Dotyczy to nie tylko stanu ostrych prześladowań, ale również atmosfery, w jakiej katolicy odczuwają, że wszystko co katolickie traktowane jest, mniej lub bardziej wyraźnie, jako przejaw obskurantyzmu. Atmosfera taka przyczynia się do powstawania w środowiskach katolickich poczucia odrębności społecznej. Wyraża się ono w tworzeniu własnego świata wartości, nastawionego negatywnie do życia społecznego i kulturalnego, które je otacza. Tendencja taka jest wówczas psychologicznie zrozumiała. Nie neutralizuje to jednak w niczym jej negatywnych skutków. Stykając się z taką atmosferą, katolicyzm musi ją przezwyciężać, a nie ulegać jej. Zadaniem chrześcijan jest walczyć o wolności ogólne, a nie zamykać się – choćby psychicznie – w getcie.

W życiu jednostek spotkanie ze światem zewnętrznym jest nieuniknione i pomijając wyjątki dokonuje się stale. „Polemiczne i zamknięte” wychowanie, jakie daje formacja „apologetyczna”, nie jest zdolne do konfrontacji przygotować. Granice getta muszą się więc nieuchronnie kurczyć. Ci natomiast, którzy w nim pozostają, nie są przystosowani do tego, aby być współtwórcami wspólnej kultury.

Ani wulgarnie apologetyczny, ani pozornie kulturotwórczy integryzm nie są zdolne do osiągnięcia żadnego ze swych ostatecznych celów. Nie potrafią ukazać współczesnemu światu Objawienia. W praktyce rezygnują zresztą z tego w znacznym stopniu za cenę ocalenia stanu posiadania Kościoła i wiary wyznawców. Jednak i tu okazują się one nieskuteczne. Nie można bowiem ratować ani wiary za cenę utraty ducha Ewangelii, ani Kościoła – za cenę zagubienia jego powszechności.

Piąty rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku.