Ten sam wizerunek może być obrazem albo dziełem sztuki. Jeden zobaczy w nim nienaruszalną świętość. Drugi – dzieło sztuki, które może podlegać reinterpretacji, transformacji, transgresji.

Obrazek Matki Bożej Częstochowskiej z tęczową aureolą na nowo sprowokował narodową debatę o obrazie uczuć religijnych. Obraza jest skutkiem znieważenia. Nie ma znieważenia, nie ma obrazy. Pytanie, które – po raz kolejny! – należy sobie postawić, brzmi: dlaczego w odbiorze wielu ludzi wierzących – bo nie wszystkich – obraz Matki Bożej (z Jezusem, o którym się najczęściej w tej debacie zapomina) jest nienaruszalny, a każda interwencja artystyczna w jego integralność jest profanacją? Właściwie odpowiedź na to pytanie jest proste. Dla artysty to dzieło sztuki, które można dowolnie przetwarzać. Dla obrażonego katolika to obraz święty, który żadnym przetworzeniom poddany być nie może. Oczywiście, między tymi dwoma poglądami istnieją także liczne stany pośrednie.

Era obrazu i era sztuki

Zacznijmy od klasyka, czyli Hansa Beltinga, do którego trzeba znów zajrzeć i znów go zacytować. Otóż Hans Belting w swoim sztandarowym dziele „Obraz i kult” dzieli historię wizerunków na dwie epoki: „erę obrazu” i „erę sztuki”. „Jesteśmy tak mocno uformowani przez »erę sztuki«, że z trudem tylko potrafimy wyrobić sobie pogląd o »erze obrazu«” – pisze ten teoretyk obrazu. Spróbujmy sobie jednak ten pogląd wyrobić. Czym jest „obraz” w rozumieniu Betlinga? Otóż „obraz” to nie „obraz” w jego współczesnym rozumieniu słownikowym, czyli „dzieło plastyczne przedstawiające kogoś lub coś, wykonane za pomocą farb, kredek, ołówka itp. na płótnie, papierze lub desce”.  „Obraz” to – według niego –„przede wszystkim wizerunek osobowy, imago. Imago przedstawiało zazwyczaj osobę i dlatego traktowano je również jak osobę. Tak pojmowane, stało się ulubionym przedmiotem praktyk religijnych. Na tym obszarze czczono je jako obraz kultowy, ten zaś odróżniano od opowieści w obrazach czy od historii, która czytającemu widzowi niejako unaoczniała dzieje zbawienia”.

Z takim rozumieniem obrazu mamy do czynienia w sztuce starożytnej i średniowiecznej. Renesans jest momentem, gdy „era obrazu” ustępuje miejsca „erze sztuki”. To właśnie wtedy „obraz”, który był dotychczas obiektem kultu, „ulubionym przedmiotem praktyk religijnych”, zsekularyzował się i stał się wyłącznie „dziełem sztuki”, coraz częściej przenosząc się z kościołów do mieszkań, a następnie do muzeów i galerii sztuki. Renesans przekształcił święty obraz w artefakt, dając pierwszeństwo autonomii twórcy i kryteriom estetycznym. „Historia sztuki bez wahania ogłosiła sztuką wszystko, aby do wszystkiego zgłosić tytuł własności” – trafnie diagnozuje Belting, ale to, co dzisiaj nazywamy sztuką sakralną wcale nie było sztuką w znaczeniu Beltingowskim. „Sztuka […] zakłada kryzys dawnego obrazu oraz nadanie mu w renesansie nowej wartości jako dziełu tejże sztuki. Związane jest to z wyobrażeniem autonomicznego twórcy i z dyskusją nad artystycznym charakterem wytworów jego fantazji” – dopowiada Belting.

Ludzie obrazu, ludzie sztuki

Belting twierdzi, że te dwie epoki następowały po sobie i że „era obrazu” odeszła bezpowrotnie w przeszłość. Żyjemy wyłącznie w „erze sztuki”. Czy tak jest rzeczywiście? Wydarzenia ostatnich lat pokazują, że obie ery, a może lepiej obie retoryki wizerunku – teologiczna i estetyczna – funkcjonują równolegle obok siebie. I zasadniczo funkcjonują bezkonfliktowo. Artyści, czyli „ludzie sztuki”, mają swoje muzea i galerie, gdzie podziwiają swoje opera artis. Wierzący, czyli „ludzie obrazu”, mają swoje kościoły i sanktuaria, gdzie oddają cześć swoim świętym imagines.

Ale przecież nie są to światy zupełnie rozłączne. Są wierzący ludzie sztuki i artyści zajmujący się wiarą. Są wierzący, którzy wychowali się wyłącznie w erze sztuki, a w konsekwencji z trudnością aprobują jakikolwiek kult obrazów. I są tacy wierzący, którzy są wierni erze obrazu, a w konsekwencji nie widzą możliwości innej relacji do wizerunku jak tylko kultyczna. I są też stany pośrednie: tacy, dla których obraz jest święty, ale to świętość dalece względna, zupełnie inna niż ta, która właściwa jest dla osób. I tak oto ten sam wizerunek może być obrazem albo dziełem sztuki.

Dla artysty obraz Matki Boskiej to dzieło sztuki, które można dowolnie przetwarzać. Dla obrażonego katolika to obraz święty, który żadnym przetworzeniom poddany być nie może

Nie jest to problem nowy. Gabriele Paleotti, abp Bolonii, który jeszcze w wieku XVI w dziele „Rozprawa o obrazach świeckich i świętych” pisał: „Dzielimy naszą materię […] na obrazy święte i świeckie. […] Rozgraniczenie między obu tymi rodzajami dokonuje się i w samych dziełach i w osobie obserwatora. Możliwe jest, że obraz […] należy do obrazów świętych, a przecież w umyśle widza przesuwa się do innego porządku […] a przez paru głupców zaliczony zostanie wręcz do sztuki świeckiej służącej jedynie rozrywce […]. W ten sposób jeden i ten sam obraz przedstawia się całkiem inaczej w zależności od wyobrażeń, które stwarzają sobie o nim widzowie”. No i właśnie. Jeden zobaczy w nim nienaruszalny obraz Święty. Drugi – dzieło sztuki, które – co jest artystycznie uznaną metodą – może podlegać reinterpretacji, transformacji, transgresji.

Kult i antykult

Czasami te retoryki – teologiczna i estetyczna – się krzyżują. Na przykład wtedy, gdy ktoś dokonuje artystycznej interwencji w imago, czyli w obraz rozumiany Beltingowsko. W przypadku Matki Bożej z tęczową aureolą tak właśnie się stało. Ci z „ery sztuki” – wierzący czy niewierzący – nie widzą w tym nic złego. To ich nie obraża, wszak to tylko gra semantyczna. Ci z „ery obrazu” czują się obrażeni, bo obraz jest dla nich – myśląc Beltingowsko – quasi-osobą. Jeśli obraz domaga się kultu, to obraz, który został artystycznie naruszony, staje się przedmiotem antykultu. To nie jest domalowanie nowej aureoli obrazowi Matki Bożej, ale Matce Bożej samej.

Sobór Nicejski II w roku 787 – idąc za św. Bazylim – stwierdził: „Cześć oddana wizerunkowi przechodzi na prototyp; a kto składa hołd obrazowi, ten składa go Istocie, którą obraz przedstawia”. Ta norma fidei wciąż w Kościele obowiązuje. Obrazę jako reakcję tych z ery obrazu należy widzieć w konsekwentnym traktowaniu tejże normy. Skoro cześć oddana wizerunkowi przechodzi na prototyp, na prototyp przechodzi też każde inne działanie, każda anty-cześć.

Tak, to prawda. Jest to myślenie z gruntu przednowoczesne, przedoświeceniowe, a nawet przedrenesansowe. Ale czy to znaczy, że nie ma prawa do istnienia? Przeczytałem w jakimś komentarzu, że taki stosunek do obrazu można zrozumieć co najwyżej w kategoriach etnologii, bo jest właściwy dla prostego ludu, ale żeby tak wierzył biskup albo teolog z doktoratem? A kto powiedział, że ta inteligencka wiara – wychowana już wyłącznie w erze sztuki – jest lepsza? Są wciąż jeszcze ludzie, którzy imago biorą na serio.

Oryginał i kopia

Afera z tęczą ujawniła jeszcze jeden problem domagający się rozwiązania. To kwestia teologicznego statusu kopii i wytworów masowej reprodukcji. Kiedy Sobór Nicejski II formułował naukę o obrazach, każdy wizerunek funkcjonował jedynie w oryginale. Nikt jeszcze wtedy nie myślał o kopiach powielanych w tysiącach za pomocą środków technicznych. Czy „reprodukcja” to to samo co „produkcja”?

Do dzisiejszego dnia ikona – w sensie ścisłym – nie może mieć kopii. Każda jedna jest odrębnym bytem duchowym pod warunkiem wszak, że zostanie namalowana zgodnie z kanonami teologiczno-estetycznymi. Sergiusz Bułgakow – w odniesieniu do kopiowania ikony „Trójca Święta” Rublowa – zauważa: „Oczywiście może być ona [ikona] artystycznie powielana, ale będzie to, mówiąc ściśle, nie kopia, a znajdowanie współczesnymi środkami i we współczesnej świadomości tego, co mistrz raz już znalazł”. Kopiowanie jest bowiem „artystyczno-twórczym aktem, w którym kopiujący wyobraża w sobie, ożywia i zarazem wczuwa się w twórczość mistrza”.

Bułgakow odrzuca kolorową fotografię ikony. „Ma ona, oczywiście, bardzo ważne znaczenie dla historii sztuki i jej popularyzacji, ale nie może ona zamienić sobą ikonografii”, co więcej, byłaby idolatrią w stosunku do oryginałów. W konsekwencji, nie wydaje mi się również, by możliwa była, spełniająca teologiczno-liturgiczne wymogi, ikona drukowana czy reprodukowana za pomocą innej technologii. Ikonę trzeba namalować, jest ona owocem aktu o charakterze religijnym, a nie tylko artystycznym.

Utrwalanie świętości

Piszę o tym, ponieważ w jednym z komentarzy przeczytałem, że przecież sam obraz Matki Bożej Częstochowskiej ma się dobrze i wisi na Jasnej Górze. I coś jest na rzeczy. Zachodnioeuropejskie przejście od Beltingowskiego „obrazu” do „malarstwa religijnego” dokonało istotnej zmiany w genezie obrazu jako przedmiotu kultu. Został on zdefiniowany przez treść, a nie przez autora, proces twórczy, natchnienie czy zachowanie kanonu teologiczno-estetycznego. Siłą rzeczy umożliwiło to kopiowanie, najpierw ręczne, dzięki czemu uzyskiwano mniej lub bardziej wierne kopie, które żyły własnym życiem, stając się de facto nowymi oryginałami. Dzisiaj kopiowanie – dzięki technologii – umożliwia wierność oryginałowi i powielanie bez ograniczeń. Tak oto otrzymujemy obrazki, kopie drukowane, reprodukcje, albumy i kalendarze z ikonami. Czy i kiedy są one jeszcze święte? Są święte, bo są kopią tego, co święte?

Myślę, że nie ma jeszcze na to ostatecznych teologicznych odpowiedzi. Są pewne tropy, jak choćby ten wynikający z analizy obrazu elektronicznego. We wskazaniach KEP dotyczących fotografowania i filmowania podczas celebracji liturgicznej z roku 1994 czytamy: „Jednakże zarówno na kliszy, jak i na taśmie aparatu audiowizualnego zostają «utrwalone» jedynie drugorzędne elementy spełnionej niegdyś czynności sakramentalnej. Słowa, dźwięki, gesty «zapisane» przy pomocy tych środków technicznych pozostają martwe. Nie można bowiem utrwalić ani ludzkich przeżyć, ani nieuchwytnego dla zmysłów działania Trójosobowego Boga, stanowiącego istotę – misterium – świętych czynności. «Pamiątki» produkowane przez fotografów i operatorów sprzętu audiowizualnego nie są w stanie utrwalić w czasie samego misterium zbawienia, jakiego dokonuje Bóg w sercu człowieka i jakie winno owocować w jego czynach”.

Otrzymujemy obrazki, kopie drukowane, reprodukcje, albumy i kalendarze z ikonami. Czy i kiedy są one jeszcze święte? Są święte, bo są kopią tego, co święte? Myślę, że nie ma jeszcze na to ostatecznych teologicznych odpowiedzi

Przyjmijmy za teologią wschodnią, że obraz jest liturgią. Czy reprodukcja obrazu to tylko jego „pamiątka” czy może jednak spełnia teologiczne kryteria imago? Pozostawiam to pytanie bez odpowiedzi. Jednocześnie jednak nie mogę nie zacytować na koniec  W.J.T. Mitchella, który w książce „Czego chcą obrazy” przytacza przykład jednego ze swoich współpracowników: „gdy studenci drwią z magicznego związku między przedstawieniem a tym, co przedstawione, prosi ich, żeby wzięli zdjęcia swoich matek i wycięli im oczy”.

Fotografia to nie osoba, a kopia to nie imago. Ale czy nie ma w naszym życiu takich momentów, kiedy nagle sobie uświadamiamy, że wszyscy tkwimy w „erze obrazów” głębiej niż nam się wydaje?