Bohaterzy dokumentu Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” chcieliby zwyczajnego, ludzkiego „przepraszam”. Uściśnięcia dłoni, rozmowy w cztery oczy, bez sekretów, kłamstw i usprawiedliwień. Pragną wysłuchania, niczego więcej.

„Słowo «kler» w ciągu ostatnich dwóch miesięcy stało się najszybciej zdobywającym popularność hasłem w wyszukiwarce Google w Polsce” – donosił w październiku ubiegłego roku branżowy portal Press.pl. Mówimy oczywiście nie o jakimś nagłym i niespodziewanym wzroście zainteresowania tematyką klerykalną, ale o reakcji na premierę ostatniego filmu Wojciecha Smarzowskiego. Wielka popularność „Kleru” zebrała żniwa nie tylko w postaci dyskusji – czy ściślej: awantury – politycznej. Dziennikarz Tomasz Sekielski, wtedy już od dłuższego pracujący nad dokumentem śledczym o pedofilii w polskim Kościele, przyznawał, że to właśnie po premierze „Kleru” zaczęło się do niego zgłaszać więcej informatorów, także osoby, które jako dzieci zostały skrzywdzone przez księży.

Popkulturowy „dramat satyryczny” – bo, chcemy tego czy nie, wynik boxoffice’owy filmu Smarzowskiego sytuuje go wyraźnie w obrębie kultury popularnej – wyzwolił impuls przełamujący dotychczasowy opór i milczenie niektórych ofiar przemocy. A to właśnie owo milczenie – wywołane strachem, wstydem, wyparciem czy stłamszeniem przez machinę instytucjonalną – jest głównym tematu dokumentu Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu”. Od wymownego tytułu aż po kiczowaty, choć pozostający w pamięci plakat: usta dziecka zasznurowane pierwszokomunijnym krzyżykiem. Od pierwszych świadectw skrzywdzonych aż po długą listę milczących, czyli kościelnych hierarchów, którzy odmówili Sekielskim (współproducentem jest brat dziennikarza, Marek) komentarza. Milczeć nie będzie za to – i polski Kościół musi być tego świadomy – duża część opinii publicznej, która niejako ten film zamówiła i ma wobec niego olbrzymie oczekiwania. Środki na „Tylko nie mów nie nikomu” zbierano w internecie  przez serwis Patronite.pl. Dokument nie trafi więc do tradycyjnego obiegu medialno-instytucjonalnego (telewizji czy kina), lecz od razu na YouTuba, co daje autorom realną wolność od nacisków politycznych, a publiczności i „patronom” projektu – natychmiastową możliwość zweryfikowania pracy dziennikarza-dokumentalisty.

Głos i język wykorzystanych

I to chyba ze względu na te wielkie oczekiwania i rosnącą presję zamknięta premiera dla prasy również odbywała się w atmosferze swoistego milczenia – bez tłumów, błysku fleszy, przemów i laudacji. Po zakończonym seansie w powietrzu unosił się ciężki zapach fizycznego zmęczenia, a kobieta za moimi plecami wyszeptała do swojego partnera: „To było nawet mocniejsze, niż się spodziewałam”. Osobiście nie jestem pewien, czy określenie „mocny” – wyświechtane i używane w odniesieniu do co drugiego dzieła filmowego – dobrze oddaje prawdziwe znaczenie obrazu Sekielskiego. Pod względem użytych środków filmowych jest to jednak typowy przykład dokumentu śledczego, z całym sztafażem na przemian mrocznej i podniosłej muzyki, fotografii dronowych, ciemnego tła i stopniowanego napięcia.

Bez precedensu, o ile się nie mylę, pozostaje natomiast pełne oddanie narracji w ręce pokrzywdzonych, którzy występują pod własnymi nazwiskami, opowiadają własnym głosem, a nade wszystko – po wielu latach konfrontują się twarzą w twarz ze swoimi oprawcami. To właśnie głos i język – opór, jaki stawiają ciału i pamięci; ich niedookreśloność, nieprzystawalność do przeżytych doświadczeń – wyznaczają te filmowe miejsca, w których najpełniej ujawnia się wstrząsająca prawda traumy. Jest to język w jakimś sensie okaleczony, miejscami nieporadny, nieustannie poszukujący pasujących rejestrów: od suchej i neutralnej terminologii medyczno-sądowej przez język potoczny aż po infantylną mowę dziecięcą. Przez tę narrację przebija również wielka wspólnota doświadczeń osób molestowanych w dzieciństwie, bo w bliźniaczy sposób o własnych przeżyciach opowiadają choćby ofiary Michaela Jacksona w dokumencie „Leaving Neverland”, o którym całkiem niedawno pisałem na niniejszych łamach.

Nawet jeśli są księża, którzy otwarcie przyznają się do popełnionych czynów i decydują się wyrazić skruchę, jak w przypadku księdza Jana A., to jednak dominującą postawą jest bezsilność i przypisywanie współodpowiedzialności ofiarom

Dla tych, których udziałem była jakakolwiek forma przemocy w dzieciństwie, wydaje się zupełnie oczywiste, że ciało dziecka rejestruje każdy fizyczny szczegół związany z traumą – i to rejestruje na całe życie, w poczuciu, jakby to, co niezrozumiałe i straszliwe wydarzyło się nie dwadzieścia lat temu, ale zaledwie wczoraj.

To dlatego film Sekielskiego najbardziej dotyka w tych momentach, kiedy słowa pokrzywdzonych niejako „wcielają się” w ich dziecięce, czysto cielesne wspomnienia: zapachy, smaki, dźwięki, kolory. Kiedy kobieta – molestowana jako kilkulatka Anna Misiewicz – opowiada o swoim wstręcie do mleka, bo ksiądz, który ją krzywdził, pił je szklanka za szklanką, mlekiem pachniał i mlekiem smakował. Albo kiedy w anonimowym liście ofiary Eugeniusza M. – dawnego kustosza sanktuarium w Licheniu – pojawia się pełen detali opis pokoju, w którym miało dochodzić do stosunków z nieletnim chłopcem. Czasami to właśnie dosadność tego języka – nie tyle szczegółowe opisy aktów seksualnych, bo te są tutaj wbrew pozorom nieliczne – pozwala wczuć się w materialność tamtego „tu i teraz”. Mężczyzna wiele lat krzywdzony przez Franciszka Cybulę – kapelana prezydenta Lecha Wałęsy – przypomina sobie radość i podniecenie, kiedy ksiądz wołał go, żeby „coś pokazać”, a następnie fizyczny wstręt, kiedy okazywało się, że tym „czymś” jest „obnażony, śmierdzący członek”.

Możemy uznać tego rodzaju język za nazbyt cielesny i intymny, musimy jednak pamiętać, że dziecięce zmysły rejestrują rzeczywistość z olbrzymią czułością i kiedy w jej obręb wedrze się coś, co nigdy nie powinno się tam znaleźć, umysł zapisze każde drgnienie traumatycznej sytuacji. Zapisze jak ranę, która nigdy nie przestaje krwawić.

Ukryta kamera i jej cel

Obok świadectw pokrzywdzonych w filmie Sekielskiego zasadniczą rolę gra ukryta kamera. Wiadomo, że dziennikarza najbardziej nęci możliwość ujawnienia kościelnej machiny instytucjonalnej, która stoi za „tuszowaniem” spraw księży dopuszczających się aktów pedofilskich: od niejasnych i całkowicie nietransparentnych procedur kanonicznych, przesłuchań za zamkniętymi drzwiami, ukrywania podejrzanych księży na terenie odległych parafii albo delegowania ich na zagraniczne misje aż po zwyczajną odmowę odpowiedzi, ataki personalne na osoby zadające zbyt wiele pytań czy wykręcanie się nieobecnością, bólem głowy albo nieznajomością prawa. Pokrzywdzeni poświęcają zresztą bardzo wiele miejsca na przepracowanie własnego upokorzenia w kontaktach z indolentnym systemem Kościoła katolickiego, jego milczeniem, brakiem otwartości, niechęcią do brania odpowiedzialności za czyny własnych przedstawicieli i spychaniem ewidentnych aktów przemocy na karby grzechu pierworodnego czy ingerencji „złego”.

W pamięci na długo pozostanie mi fragment filmu, w którym ksiądz-kapelan więzienny – używając wiązanki przekleństw pod adresem Sekielskiego i jego ekipy – z dumą chwali się przed kamerą, jak to pozwala koledze z prawomocnym zakazem wykonywania posługi odprawiać mszę w swojej „prywatnej kaplicy”. Z tej jego nienawistnej mowy przebija jakiś trudny do pojęcia brak pokory i empatii – nie tyle wrażliwości potrzebnej osobie duchownej, co empatii w jej najbardziej podstawowym, ogólnoludzkim charakterze; takim, który z człowieka czyni zwierzę społeczne i współodczuwające.

Jeśli brak poczucia winy – nawet indywidualny – nie jest świadectwem choroby, która od środka pożera polski Kościół, to doprawdy nie wiem, co mogłoby nim być

Jednak to dopiero właściwy cel, jakiemu służy w filmie wykorzystanie ukrytych kamer – czyli zarejestrowanie wyznań samych księży-oprawców – stawia ów niepojęty brak empatii w zupełnie innym, chyba jeszcze bardziej złowrogim świetle. Możemy się oczywiście zastanawiać nad etycznym wymiarem takiej metody: czy zatajenie obecności kamery przed schorowanymi, leciwymi mężczyznami to na pewno prawidłowa droga dotarcia do prawdy i uzyskania wiążącego materiału dowodowego? Tyle że, patrząc z drugiej strony, nietransparentność Kościoła sama wymusza i niejako uprawomocnia zastosowanie takich radykalnych środków.

Nawet jeśli są księża, którzy otwarcie przyznają się do popełnionych czynów i decydują się wyrazić skruchę (jak w przypadku księdza Jana A.), to jednak dominującą postawą jest – obok bezsilności – przypisywanie, i to po kilkudziesięciu latach od rzeczonych wydarzeń(!), jakiejś formy współodpowiedzialności ofiarom. Największym – i nie bójmy się tego słowa – fizycznym obrzydzeniem napawa bez wątpienia postawa ks. Cybuli, który zmarł w trakcie realizacji zdjęć. Z honorami żegnali go arcybiskup Sławoj Leszek Głódź i Lech Wałęsa – za bycie „takim duchownym, jakim był człowiekiem”. Tymczasem – jak widać na nagranej ukrytą kamerą konfrontacji ze skrzywdzonym mężczyzną – ksiądz nie tylko zupełnie otwarcie i bez pruderii wspomina dawne „pieszczoty” z 12-letnim chłopcem, ale zaczyna przypisywać ofierze współudział w zbrodni na zasadzie „kuszenia” dorosłego faceta przez dziecko. „Nie szło to przecież w złym kierunku, żebyś był jak jakiś niewolnik. To było równorzędne jakby. Byłeś przecież męski, miałeś apetyt” – mówi Cybula, a dowodem braku winy miałby być „brak wytrysku”, czyli – w domyśle – brak prawdziwego stosunku.

Jeśli ten brak poczucia winy – nawet, jeśli indywidualny i wybiórczy – nie jest świadectwem choroby, która od środka pożera polski Kościół, to doprawdy nie wiem, co mogłoby nim być. Zapis konfrontacji z Cybulą miał być zaprezentowany przez ofiarę kościelnym dostojnikom – podobno bez odzewu. Księdza-oprawcę postawiono natomiast społeczeństwu za wzór do naśladowania, a w jego obronie występował autorytet byłego prezydenta Lecha Wałęsy. Jednocześnie biskupi odmówili komentarza do materiałów zebranych przez Sekielskiego i to ze względu na rzekomy „brak bezstronności”. Kościół sam strzela sobie w stopę, bo w obliczu udokumentowanej przemocy i cierpienia „bezstronność” zamienia w niewiele znaczący ideologiczny frazes, a odmowę – w milczące potwierdzenie własnego współudziału w zbrodni.

Inna rzecz, że nie doszukałem się w pracy Sekielskiego znamion jakiejś szczególnej stronniczości: pytania dziennikarza nie wykraczają poza dziennikarską rutynę, trzymają się faktów, dokumentów, procedur, domniemań i wątpliwości, które aż same proszą się o rozwinięcie. Wszystko na próżno, instytucja pozostaje w stałej defensywie, wznosi mury, przypisuje wszystkim złe intencje, a nade wszystko – nie próbuje w adekwatny sposób zaopiekować się pokrzywdzonymi.

A to dla nich właśnie powstał ten film – jako medium otwarte, opiekuńcze i, ze względu na instytucjonalną i polityczną niezależność, nieoceniające i niecenzurujące. Zakończenie – spokojne i ugodowe w swoim wymiarze symbolicznym – pozostaje jednak szczególnie gorzkie. Oto dwaj skrzywdzeni w dzieciństwie mężczyźni spotykają się w jednej z krakowskich kawiarni. Rozmawiają o przeszłości i teraźniejszości, o tym, że nie chcą odwetu, ale że nie interesują ich także przeprosiny z ambony, podniosłe słowa, konferencje i przemówienia dostojników.

Chcieliby zwyczajnego, ludzkiego „przepraszam”, uściśnięcia dłoni, rozmowy w cztery oczy, bez sekretów, kłamstw i usprawiedliwień. Pragną wysłuchania, niczego więcej. Czy przypadkiem nie o taką praktykę „umywania stóp” tym, którzy cierpią, chodzi papieżowi Franciszkowi?

Jako osoba niewierząca, która jednocześnie nie zalicza się do grona agresywnych ateistów, życzę polskiemu Kościołowi pokory i odwagi w prowadzeniu bolesnych, smutnych, ale ostatecznie ze wszech miar terapeutycznych rozmów. Wszystkim Państwu natomiast – seansu pozbawionego uprzedzeń i wypełnionego dobrymi emocjami wobec jego głównych bohaterów. Odwaga tych ludzi powinna stanąć w centrum dyskusji o filmie Sekielskiego. A ja chciałbym nie mieć złudzeń, że tak się właśnie stanie.

Zranieni w Kościele