W Kościele można działać zdecydowanie i szybko, ale nie należy liczyć na błyskawiczne efekty. Potrzebujemy zmiany mentalności, a ta nie dokona się od razu – mówił wczoraj ks. Adam Boniecki w Warszawie.

Spotkanie z ks. Adamem Bonieckim, redaktorem seniorem „Tygodnika Powszechnego”, odbyło się wczoraj w sali Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie. Jego organizatorem był warszawski Klub „Tygodnika Powszechnego”.

Tematem do rozmowy stało się pytanie: w jaki Kościół wierzę? Na początek ks. Boniecki zaproponował pewne rozróżnienie. Kościół jest „przedmiotem wiary”, wspólnotą trudną do sprecyzowania, miejscem charyzmatycznym, które rodzi świętych. To jednak także „personel naziemny”, ludzki element (najczęściej rozumiany jako hierarchia kościelna), stale wymagający naprawy i reformy. – Zawsze nieco lękam się o tych, którzy z zapałem wchodzą w życie Kościoła i potem muszą zmierzyć się z brutalną rzeczywistością – wyznał.

Jego zdaniem najbardziej niebezpieczny obraz Kościoła to oblężona twierdza, zamknięta, osądzająca, zalękniona, wyszukująca sobie wrogów. – To spadek po epoce PRL-u. Był silny kościelny przywódca i zwarte szeregi, nikt niczego poważnego nie kwestionował – tłumaczył. – W Ewangelii czytamy, że uczniowie pozostawali zamknięci w wieczerniku „z obawy przed Żydami”. Czasem odnosi się wrażenie, że współcześni katolicy także pozostają zamknięci z obawy przed światem. Kościół ma skłonność, by zamykać się w gronie ludzi podobnie myślących – przyznał.

Zdaniem zakonnika, dramatycznym elementem dzisiejszego kryzysu stało się pytanie o to, czy można wierzyć pomimo Kościoła. Ten bowiem utracił wiarygodność, a duchowni skompromitowali się. – Może to jednak opatrznościowe, że wrzód kryzysu został przecięty i wycieka z niego ropa? Pytanie tylko, czy wycieknie do końca – zastanawiał się.

Ks. Boniecki przywołał tezę Franciszka, że źródłem problemów Kościoła jest klerykalizm. – Kościół jawi się jako przedsiębiorstwo księży. To wygodne, także i dla świeckich. Tak wychowywaliśmy ludzi przez dziesięciolecia. Tylko że ksiądz nie jest wcale mocniej zakorzeniony w Kościele niż świecki – tłumaczył. Zauważył, że dla wielu hierarchów Kościół wciąż funkcjonuje jak „wielki dom dziecka”, w którym oni – jak rodzice – będą za wiernych, swoje dzieci, myśleć i decydować. Takie myślenie wymaga gruntownej zmiany, począwszy od formacji w seminariach duchownych.

Jak zauważył duchowny, obecnie „ludzie odchodzą od Kościoła, ale niekoniecznie od Boga”, zaś w kościelnych ławkach widzimy „uniwersytet trzeciego wieku”. – Oczywiście kościelną reakcją jest najczęściej przerzucanie winy na liberalizm, ateistów, Unię Europejską. Prawdą jest jednak to, że ten stan to wina przede wszystkim Kościoła – podkreślił. – Wewnątrzkościelne zakłamanie niszczy Kościół bardziej niż ci, którzy faktycznie chcieliby mu zaszkodzić – dodał.

Co byłoby lekarstwem na kryzys? – W Kościele wciąż odżywają pokusy dyktatorskie. Myślimy, że wystarczy, by biskup suspendował tego czy innego księdza, który wygaduje z ambony głupoty i wówczas wszystko będzie idealnie. Nie będzie. W Kościele można działać zdecydowanie i szybko, ale nie należy liczyć na błyskawiczne efekty. Potrzeba zmiany mentalności, a tego nie dokona się od razu – podkreślił.

Marianin mówił o nadziei dla Kościoła. – Odrodzenie nie spadnie z nieba, zaczynem są osoby świeckie, które biorą sprawy w swoje ręce. Inicjatywa „Zranieni w Kościele” jest wspaniałym przykładem troski świeckich o Kościół – powiedział.

DJ