Mimo pięknego życiorysu i niebagatelnego dorobku, nie zabiegał o laury i zaszczyty. Nigdy nie był na świeczniku historii, choć to ona pochłonęła go bez reszty.

W ostatnich latach furorę robi słowo „niezłomny”. Przez prawicowych polityków i publicystów odmieniane jest ono przez wszystkie przypadki. Nawet Prezydent RP uważa się za niezłomnego, choć nikt nie wie, co to właściwie znaczy. Warto więc przypomnieć dorobek człowieka, którego wierność ideałom uczyniła naprawdę niezłomnym, i to socjalistą. Dziś 6. rocznica śmierci prof. Krzysztofa Dunin-Wąsowicza.

Przyszedł na świat 22 stycznia 1923 roku w Warszawie w rodzinie inteligenckiej o tradycjach piłsudczykowskich. Jego ojciec był dziennikarzem oraz żołnierzem Legionów Polskich, matka – pedagogiem i publicystką. Ukończył gimnazjum i liceum im. ks. Józefa Poniatowskiego na warszawskim Żoliborzu. Maturę uzyskał już jako uczestnik tajnego nauczania: studiował na tajnych kompletach Uniwersytetu Warszawskiego, który ukończył w 1946 roku. W trakcie II wojny światowej walczył w szeregach Armii Krajowej jako podchorąży pułku „Baszta” kompanii K4.

Podczas wojny był członkiem redakcji pisma „Płomienie” a także organizacji młodzieży socjalistycznej pod tą samą nazwą. Pomagał ludności żydowskiej – został współpracownikiem Rady Pomocy Żydom „Żegota”.

13 kwietnia 1944 roku zatrzymany przez Niemców za działalność konspiracyjną. Po areszcie w Alei Szucha i na Pawiaku, przewieziono go do obozu koncentracyjnego Stutthof. Pracował w biurze raportowym, zmuszony do uczestniczenia przy selekcji osób, przybyłych w transportach z innych obozów. Z obozu uciekł podczas ewakuacji, w lutym 1945 roku.

Po wojnie działał w Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej i PPS. Uczestniczył również w spotkaniach wolnomyślicielskiego Klubu Krzywego Koła.

Za ratowanie Żydów w czasie niemieckiej okupacji w 1982 roku izraelski Instytut Yad Vashem przyznał Duninowi-Wąsowiczowi oraz jego matce Janinie tytuł „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”. 25 lat później, w 2007 r., za pomoc ludności żydowskiej podczas II wojny światowej prezydent Lech Kaczyński uhonorował go Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W latach 1988-90 Dunin-Wąsowicz był członkiem Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.

Nie zapomnę nigdy spotkań z profesorem, zwłaszcza gdy opowiadał o pomocy Żydom, niesionej wraz ze swoim przyjacielem Władysławem Bartoszewskim. Były to dla mnie spotkania z żywą historią, bohaterem. Nazywam go tak, choć zazwyczaj unikam patosu. Jak jednak nie nazwać tak człowieka, który z narażeniem życia własnego i rodziny ratuje innych?

Nazywam go bohaterem, choć zazwyczaj unikam patosu. Jak jednak inaczej nazwać człowieka, który z narażeniem życia własnego i rodziny ratuje innych?

Profesor ubolewał, że idea socjalistyczna jest tak bardzo pomijana, również w kontekście pomocy Żydom. Przypominał postać pierwszego przewodniczącego Żegoty Juliana Grobelnego z PPS, powstańca śląskiego. W Krakowie przewodniczącym Żegoty był inny socjalista Stanisław Wincenty Dobrowolski. Trudno też zapomnieć o Irenie Sendlerowej, która również należała do PPS czy Wandzie Krahelskiej i Henryku Sławiku.

Mimo pięknego życiorysu i niebagatelnego dorobku, nie zabiegał o laury i zaszczyty. Nigdy nie był na świeczniku historii, choć to ona pochłonęła go bez reszty. Dziś, w czasach zanikających autorytetów i wszechobecnego indywidualizmu, postać Krzysztofa Dunin-Wąsowicza budzi podziw. Jego życiem można by obdzielić kilka życiorysów.

Wierność ideałom PPS wyróżniała jego postawę, której odzwierciedleniem była jego działalność w czasach okupacji. Etosowi temu pozostał wierny do końca życia. Odebrał w partii niezwykle pozytywną rolę, występując w roli mediatora, który scalał odradzającą się PPS.

Profesor zmarł 9 maja 2013 roku w Warszawie. Został pochowany na cmentarzu wojskowym na Powązkach.