Katolik musi dziś w szczególny sposób rozumieć chrześcijańską zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Nie może on być „wieżycą doskonałości”, która poucza i „pełni dzieła miłosierdzia” z wyżyn swego piedestału. Musi solidarnie przyjmować wspólny los jako jeden z wielu jego uczestników i dzielić go z innymi bez względu na ich wyznanie i barwę poglądów.

Trzeci rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku.

Centralnym zagadnieniem i ostatecznym celem odnowy Kościoła jest wychowanie współczesnego chrześcijanina, ukształtowanie jego osobowości. Warto więc zwrócić uwagę na kilka kwestii związanych już bardziej bezpośrednio z tym problemem.

Nie ma chyba potrzeby wdawać się w rozważania, czym jest chrześcijański ideał osoby w samej swej istocie, z teologicznego i filozoficznego punktu widzenia. Należy jedynie przypomnieć, że pojęcie tego ideału nie ogranicza się do rozwoju samego tylko organizmu łaski w oderwaniu od rozwoju naturalnych władz człowieka. Nie wystarczy również, jeśli dodamy, iż człowiek ożywiony tym ideałem posługuje się katalogiem chrześcijańskich norm moralnych, które w swym zastosowaniu ulegają historycznej ewolucji. Abstrakcyjny ideał chrześcijanina realizuje się przecież w osobowości konkretnego człowieka. Jest ona naturalnym i pozytywnym podłożem dla łaski, która przenikając ją, nadaje jej chrześcijański charakter. Dopiera owa chrześcijańska osobowość wytycza ogólny i zasadniczy stosunek do świata. Z tej zasadniczej postawy wewnętrznej człowieka powinno płynąć w sposób organiczny jego postępowanie moralne, które skądinąd możemy ująć w „katalog norm”.

Ogólny ideał osobowości chrześcijańskiej, podobnie jak istota osobowości ludzkiej w ogóle i jej ogólne prawa rozwoju pozostają zasadniczo rzecz biorąc te same. Jednakże oblicza i treści ludzkich osobowości są różne i ta różnorodność posiada związek z biegiem historii.

Konkretne i niepowtarzalne osobowości ludzkie posiadają niektóre cechy wspólne, pozwalające – pod warunkiem zachowania rozsądnych granic – mówić o pewnych typach osobowości. Przyjęło się też porządkowanie tych typów według takich czy innych kryteriów psychologicznych, w zasadzie pozahistorycznych. Właściwy naszym czasom punkt widzenia wprowadza zupełnie innego rodzaju kryterium typu historycznego, mówi o pewnych cechach osobowości, wspólnych dla dużej części ludzi danej epoki, cechach szczególnie w epoce charakterystycznych.

Każda epoka modeluje osobowość ludzi w niej żyjących. Z jednej strony kształtuje ją, wyposażając we właściwy sobie sposób, z drugiej stawia ją wobec właściwych sobie problemów i zadań. Ludzka osobowość jest przedmiotem wpływu epoki, ale może być zarazem i podmiotem, który sam ją kształtuje, choćby na najwęższym odcinku swego osobistego życia. Od tego, czy człowiek potrafi rozwijać harmonijnie i korzystnie tę nieuniknioną dialektykę, zależy umiejętność  zachowania samej istoty osobowości ludzkiej, jej wewnętrznej i świadomej wolności. Problem tej dialektyki jest zasadniczy dla każdego indywidualnego człowieka. Tak samo w pewien szczególny sposób jest on zasadniczy dla każdego chrześcijanina z punktu widzenia rozwoju jego osobowości, jego indywidualnych i społecznych zadań.

Obdarzając ludzi charakterystycznymi, wspólnymi cechami, sytuacja historyczna kształtuje pewien typ człowieka, nadaje ludziom właściwą sobie formację. Z chwilą jednak kiedy postulujemy wychowanie takiego człowieka, który byłby w szczególny sposób uzdolniony do przeprowadzenia osobistego dialogu z epoką, świadomie oddziałując na kształt oraz zachowując i rozwijając w jej warunkach swą wolność – wówczas szukamy odpowiednich wzorów wychowawczych.

Oczywiście, między formacją kształtowaną przez epokę a owymi wzorcami istnieje ścisła współzależność. Wzorce o charakterze ahistorycznym lub też historycznym pozornie, na przykład skonstruowane w oparciu o cechy będące pozytywnymi przeciwstawieniami moralnych czy wychowawczych niebezpieczeństw epoki, byłyby czymś sztucznym i abstrakcyjnym. Byłyby one możliwe do zastosowania tylko na drodze wewnętrznego wyobcowania człowieka z czasów, w których żyje. Tym samym jako niespołeczne byłyby one z gruntu niechrześcijańskie. Wszelkie tego rodzaju próby (a spotyka się je niejednokrotnie w praktyce) muszą prowadzić do wewnętrznych sprzeczności i formować osobowości zdegenerowane. Podobnie jak gdybyśmy – przeprowadzając analogię z typami psychologicznymi – próbowali ustrzec sangwinika przed niebezpieczeństwami jego temperamentu, narzucając mu ideał oparty o cechy np. choleryka albo gdybyśmy człowiekowi o usposobieniu czynnego działacza sugerowali wzór skrajnie kontemplacyjny.

Muszą to być takie wzorce, które pozwolą ludziom przyjąć sposób myślenia swojej epoki i jej wartości, które nie każą tylko unikać jej niebezpieczeństw, a stworzą warunki do osobistego, wewnętrznego ich przezwyciężenia; które nauczą widzieć jej wartości, uczynić z nich „siłę napędową” i rozwijać pozytywnie w duchu chrześcijańskim.

Światopogląd religijny poniósł straty tam wszędzie, gdzie jego funkcjonowanie było związane z istnieniem tradycyjnych struktur kulturalno-obyczajowych rozbitych przez przemiany społeczno-ekonomiczne

Chodzi o pełne autentyczne związanie człowieka z epoką, tak aby będąc jej częścią rozumiał należycie ją i ludzi, których formuje, i aby odkrywając właściwy epoce „kształt miłości” mógł uzyskać swój udział w misji Kościoła. Takie wychowanie nazwiemy „współczesnym” czy, jak kto woli, „nowoczesnym” i w takim chyba sensie możemy mówić o współczesnym wzorcu chrześcijańskiej osobowości, jeżeli wyrasta on z tego zrozumienia sytuacji historycznej.

Naturalnie zawsze może zachodzić obawa, czy takie postulaty wychowawcze nie zagubią tego, co istotne na korzyść tego, co nieistotne i zmienne. Niebezpieczeństwo takie istnieje, ale nie jest ono nie do uniknięcia. Na pewno są niebezpieczeństwa większe. Gorzej jest, gdy osobowość człowieka kształtuje się jako niekontrolowana wypadkowa różnych działających na nią sił, co na ogół ma miejsce, gdy kierunek wychowawczy jest anachroniczny i niezharmonizowany z otaczającym człowieka życiem.

Prawdy religii i jej najbardziej nawet podstawowe zasady moralne nigdy zresztą nie występują w ludzkiej świadomości i postawie w kształcie doskonale czystym i ponadczasowym. Zawsze są one związane z jakąś formacją historyczną. Nawet to, co dla chrześcijańskiej osobowości najistotniejsze – stosunek do Boga i świata oraz problem harmonii natury i nadnatury – zawsze przybiera jakąś historyczną formę.

Także w zakresie myśli teologicznej i filozoficznej każda epoka ma swój własny punkt widzenia, właściwe sobie akcenty i zainteresowania, nie zatracając przez to ortodoksyjnego charakteru. W sprawach kultury i praktyki każdy okres historyczny zachowuje to, co konieczne, i wybierając spośród tego, co dowolne, tworzy rzeczy nowe. W życiu chrześcijańskim szuka właściwych sobie dróg i form, i tak każda historyczna formacja łączy w szczególny sposób to, co istotne i to, co zmienne.

Z drugiej strony to, co przejmuje z poprzednich epok, z właściwych im treści i sposobów patrzenia, łączy z tym, co nowe i wyłącznie jej specyficzne. Tworzy jakąś nową całość. Istotne jest, aby ta całość była świadoma siebie i uformowana na zasadzie kontrolowanego wyboru; aby nie była wewnętrznie sprzeczna, ale jednolita. Jeśli będzie ona mocno związana z tym, co ponadczasowe, a zarazem z tym, co jest aktualnym obliczem zmiennego czasu, wówczas będzie ona mogła stać się nowym wyrazem kultury chrześcijańskiej i krokiem naprzód w jej rozwoju.

Z faktu, iż chrześcijański wzorzec osobowy jest zawsze w praktyce realizowany i rozpowszechniany w specyficznym kształcie jakiejś określonej formacji, wynika nowe zagadnienie. Jest nim kwestia stosunku aktualnie słusznych i skutecznych wzorców wychowawczych do tych, które królowały w poprzednich dziesięcioleciach i były – przynajmniej częściowo – realizowane w wychowaniu katolickim.

W świadomości ogromnej części społeczeństwa katolickiego ta poprzednia formacja i związane z nią wzory wychowawcze bywają absolutyzowane jako coś stałego i niezmiennego, i niestety niejednokrotnie w takiej właśnie atmosferze są rozpowszechniane. Jeśli nawet założymy – co nie zawsze jest słuszne – iż ta poprzednia formacja rozwiązywała prawidłowo harmonię „ponadczasowego z czasowym” w pokoleniach bezpośrednio poprzednich, nie wynika z tego bynajmniej, iż będzie ona odpowiednia i dzisiaj.

Problem ten jest nie do wyminięcia i tym bardziej staje się on ostry w czasach takich jak nasze. Formacja ta, dziś już w dużym stopniu anachroniczna, ciągle jeszcze funkcjonuje i wywiera duży wpływ na aktualne oblicze kultury katolickiej. Według niej została uformowana część żyjących i działających pokoleń katolików, wielu duszpasterzy, a także intelektualistów i działaczy. Często też próbuje się ją narzucić – z miernym na ogół skutkiem – i tym młodym pokoleniom, które są już w znacznym stopniu „dziećmi swojej epoki”, tłumacząc im w dodatku, że jest to jedyna właściwa forma katolicyzmu.

W rzeczywistości wyrosła ona z atmosfery odrodzenia katolickiego drugiej połowy XIX w., rozwijanego i modyfikowanego w latach międzywojennych, i zmierzała do rozwiązywania problemów, na których – jak uważano – spoczywał punkt ciężkości tamtych czasów. Nie wchodząc w to, czy diagnoza była słuszna, a kierunek proponowanych rozwiązań prawidłowy, pozostaje faktem, iż lata powojenne przyniosły przeobrażenia świata i nową ludzką mentalność.

Funkcja koncepcji światopoglądach, systemów filozoficznych i ideologii, które w warunkach przedwojennych zdawały się skutecznie porządkować rzeczywistość, uległa znacznemu ograniczeniu. Pokolenie dzisiejsze uznaje je często za nieprzydatne, ponieważ bądź w ogóle, bądź tylko w swojej dotychczasowej formie nie potrafiły udzielić zadowalającej odpowiedzi na pytania dotyczące ludzkiego losu i obrazu świata, zmienionego i skomplikowanego przez nowe sytuacje i ogromne rozszerzenie horyzontów naukowych. W każdym razie wywołują one znacznie większy niż dawniej sceptycyzm, powiększony jeszcze przez rosnącą w skali społecznej przewagę sposobu myślenia typu technicznego, z jego skłonnością do pragmatyzmu i empirii, przeważającą nad intelektualną dyscypliną humanistyczną.

Światopogląd religijny poniósł straty tam wszędzie, gdzie jego funkcjonowanie było związane z istnieniem tradycyjnych struktur kulturalno-obyczajowych rozbitych przez przemiany społeczno-ekonomiczne. Poczyniła natomiast postępy praktyczna laicyzacja wyrażająca się w ogólnym stosunku do życia i zmianie motywów postępowania. Szereg przyczyn powoduje też, że dążenia ludzi w dużym stopniu koncentrują się na ideałach zwanych „konsumpcyjnymi”, kosztem szerszych zainteresowań społecznych i poczucia współodpowiedzialności za sprawy ogólne.

Człowiek współczesny nie przestał pytać o sens swego życia i nie utracił moralnej wrażliwości. Pozostaje natomiast faktem, że jest on w znacznej mierze pozbawiony owych generalnych drogowskazów

Nie oznacza to jednak, aby współczesnemu człowiekowi nieuchronnie groziło praktyczne zmaterializowanie, jak to niekiedy wieszczą ludzie, których Jan XXIII nazwał prorokami nieszczęścia, sugerującymi, że czasy i ludzie stają się coraz gorsi. Wydaje się, że istnieje stosunkowo duża wrażliwość na wartości znacznie przekraczające bezpośrednią korzyść osobistą, jednakże tylko wówczas, gdy wartości te są żywe, gdy dają się wyrazić w konkretach i w nich sprawdzić. Natomiast wszelka frazeologia, mająca do tych wartości przekonywać, a także niezmiernie rozbudowane formy, mające wyrażać dla nich szacunek, utrudniają raczej, a nie ułatwiają życie.

Nie ma sensu zastanawianie się, czy kapitał wartości moralnych współczesnego społeczeństwa jest większy czy mniejszy niż, powiedzmy, przedwojennego. Człowiek współczesny nie przestał pytać o sens swego życia i nie utracił moralnej wrażliwości. Pozostaje natomiast faktem, że jest on w znacznej mierze pozbawiony owych generalnych drogowskazów, mających mu wyjaśniać sens świata i jego miejsce w nim oraz kierować jego postępowaniem. Obiektywna sytuacja świata, w którym ten człowiek żyje, jest dziś skomplikowana bardziej niż kiedykolwiek dotąd. Stawia ona też wyjątkowo duże i trudne wymagania moralne.

Skomplikowany obraz dzisiejszego świata i wynikające stąd nowe wielkie problemy moralne dotyczą nie tylko sprawy najbardziej podstawowej, jaką jest umiejętność zaprowadzenia trwałego pokoju w epoce atomowej. Nie ogranicza się on także do wielkich problemów politycznych Wschodu i Zachodu, dekolonizacji i rozwiązywania problemów społecznych w krajach głodujących i w krajach uprzemysłowionych. Dziś wszystkie społeczności od największych do najmniejszych, jak rodzina, przeżywają okres, jakiego dotąd nie było. Wszystkie ulegają przemianom i aby spełniać swe zadania, które też zresztą się modyfikują, muszą szukać nowych rozwiązań. Od prawidłowego znajdowania tych rozwiązań zależy, czy życie człowieka będzie rzeczywiście lepsze i czy znajdzie on bardziej korzystne warunki swego rozwoju, czy też przeciwnie, wielkie zdobycze dzisiejszej cywilizacji uczynią go swym niewolnikiem i pogłębią bardziej procesy alienacyjne.

W tych przemianach liczy się udział każdego człowieka, ponieważ każdy dziś siłą rzeczy rozwiązuje zmienione sytuacje praktyczne i moralne na użytek własny i społeczności, do których należy. Wszelka pedagogika powinna więc w pełni uwzględniać zmienioną sytuację człowieka, zarówno zewnętrzną, jak i wewnętrzną, psychologiczną.

Powinna ją też uwzględniać w wychowaniu młodzieży i duszpasterstwie dorosłych pedagogika chrześcijańska. Dotychczasowa katolicka formacja wychowawcza na ogół rozmijała się z tymi potrzebami. W szczególności w krajach uważanych za katolickie wychowywała ona człowieka na członka ustabilizowanej społeczności chrześcijańskiej i takie warunki środowiskowe brała przede wszystkim pod uwagę.

Z punktu widzenia obecnej sytuacji można tej formacji postawić wiele zarzutów, przede wszystkim jednak ten, że nie kształtuje ona samodzielności, cechy, która wydaje się dziś niezbędna po to, aby móc odpowiedzieć w praktyce swemu chrześcijańskiemu powołaniu. Wielki nacisk kładziony na poszanowanie autorytetu i bardzo szeroko pojęte posłuszeństwo prowadziły raczej do bierności i rodziły lęk przed samodzielnymi decyzjami. Poza tym dotychczasowa formacja nie kształtuje umiejętności, na których człowiek mógłby się, postępując samodzielnie, oprzeć. Nowe warunki obyczajowe i zmienne sytuacje etyczne wymagają opartej o sensus catholicus umiejętności trafnego stosowania bardziej ogólnych norm moralnych, podczas gdy wychowanie dotychczasowe uczyło przede wszystkim konkretnych odpowiedzi na sytuacje ściśle określone.

Życie w nowoczesnym społeczeństwie pluralistycznym wymaga umiejętności współżycia i współpracy z ludźmi innych przekonań, do czego bardzo słabo przygotowywał model wychowania ukształtowanego w warunkach społeczeństwa w zasadzie jednolicie katolickiego. Wszystko to nie są w wychowaniu problemy marginalne, które można uwzględnić dzięki niewielkim przesunięciom, ale sprawy zasadnicze i bardzo trudne. Skuteczne realizowanie takich postulatów możliwe jest tylko wówczas, gdy cały system wychowawczy zostanie zorientowany w kierunku ich podjęcia i rozwiązywania.

Jednakże nowe wychowanie katolickie musi się dziś liczyć nie tylko z postulatami wysuwanymi przez współczesne życie, ale w pewnym stopniu również z ciągle jeszcze działającym i żywym kształtem katolicyzmu należącym do epoki poprzedniej i związanym z nim wychowaniem. Problemu tego nie można rozwiązać poprzez negację. Współczesne wychowanie musi dbać o zachowanie ciągłości o tyle, o ile to tylko jest możliwe bez szkody dla współczesności. Musi to czynić z tego samego powodu, z jakiego w ogóle kształtowanie młodych pokoleń nie może abstrahować od oblicza lat poprzednich. A więc nie tylko przez zwykły realizm, ale też ze względu na ciągłość kultury i z uwagi na niebezpieczeństwo wystąpienia poważnych zakłóceń w rozwoju życia społecznego.

Nowe wychowanie katolickie musi dokonać szczegółowego rozrachunku z formacją poprzednią; rozrachunku pozbawionego zarówno uprzedzeń, jak i przesadnego pietyzmu. Musi przy tym starać się zachować z niej to wszystko, co dziś jeszcze aktualne i w miarę możności do niej nawiązywać. W ten sposób będzie ono z jednej strony szukać nowego, właściwego epoce wyrazu dla harmonii „ponadczasowego z czasowym”, z drugiej zaś dla ciągłości pomiędzy tym, co jest dziś, a tym, co było przedtem.

Problemem, który sięga historycznie znacznie głębiej wstecz, niż sprawa relacji pomiędzy wychowaniem nowym a obowiązującym w poprzednich dziesięcioleciach, jest stosunek tego nowego wychowania do znanych dotychczas katolickich szkół życia wewnętrznego czy kierunków ascetycznych. Tym, co stanowi główną specyficzną cechę wychowania chrześcijańskiego, nie jest oczywiście ani jego intelektualna warstwa światopoglądowa, ani te czy inne normy moralne, ale generalna zasada, według której całe życie człowieka ma być praktyczną drogą do jego zjednoczenia z Bogiem. Stąd wynika ścisły związek pomiędzy wychowaniem kształtującym osobowość człowieka, przy uwzględnieniu jego określonych zadań i warunków życia, a chrześcijańskimi „drogami” dojścia, czyli szkołami życia wewnętrznego. Rzecz w tym, iż wszystkie te szkoły bywają traktowane jako coś w zasadzie ponadczasowego. Uważa się, że są one zawsze aktualne i stanowią bogaty wachlarz dróg i metod, z których każdy człowiek może wybrać taką, jaka jego typowi psychicznemu odpowiada najbardziej.

Takie postawienie sprawy jest w dużym stopniu słuszne, ale wymaga też zasadniczej poprawki. Nie jest zapewne przypadkiem, iż poszczególne szkoły powstawały (czy też rozwijały się) w określonych epokach historycznych i w ścisłym z nimi związku. Ich aktualny wybór przez człowieka nie jest więc sprawą całkowicie subiektywną, ale ma również swoją obiektywną stronę.

Każda z tych dróg realizuje pewien określony ideał duchowy. Wszystkie te ideały są niewątpliwie równowartościowe z punktu widzenia miary doskonałości pojętej abstrakcyjnie, z czego jednak nie wynika, że każdy z nich jednakowo pasuje do warunków, w jakich człowiek musi realizować swe życiowe zadania. Ich wartość realna jest więc względna.

Ważniejsza jednak od typu ideału, który w zasadzie i tak nigdy nie bywa osiągany ostatecznie za życia człowieka, jest metoda właściwa każdej z dróg wewnętrznych, która do tego ideału prowadzi. Metoda ta musi być zharmonizowana nie tylko z typem psychicznym, co nie bywa kwestionowane, ale również z warunkami i stylem życia zewnętrznego. W przeciwnym wypadku będzie ona prowadzić do wewnętrznych konfliktów i pomniejszać wartość życiową człowieka. Stanie się więc tyleż szkodliwa, co nieskuteczna w świetle własnych założeń.

Trzeba też wziąć pod uwagę, że każda metoda życia wewnętrznego, niezależnie od tego, wywiera również określony i istotny wpływ na całą osobowość człowieka, jego psychikę, wrażliwość, charakter. I te jej skutki również należy zasygnalizować.

Nowe wychowanie katolickie musi dokonać szczegółowego rozrachunku z formacją poprzednią; rozrachunku pozbawionego zarówno uprzedzeń, jak i przesadnego pietyzmu

Dlatego też nowe postulaty wychowawcze wpływają na typ życia wewnętrznego i jego metodę, ponieważ muszą one tworzyć razem integralną i organiczną całość. Trudno w tej chwili odpowiedzieć, czy nowe wychowanie oprze się w przeważającej mierze na jednej ze szkół „znanych i uznanych” ewentualnie w jakiś sposób ją modyfikując, czy też równouprawni kilka z nich, dostosowując je odpowiednio do swych potrzeb. Raczej można sądzić, że stworzy coś nowego, wykorzystując ze szkół dawnych tylko to, co mu będzie najbardziej odpowiadało. Narodzin tej nowej szkoły należy zapewne szukać w duchowości Małych Braci oraz nowoczesnych ekip i wspólnot świeckich, w indywidualnej pracy duszpasterzy, w niektórych wyraźnych tendencjach społeczności katolickich, w nowoczesnych pracach teologicznych, dotyczących chrześcijańskiego powołania świeckich. Można z pewnością powiedzieć, że będzie się ona odznaczać dużą prostotą, kładąc nacisk na rzeczy najistotniejsze, a ograniczając formy i praktyki. Oprze się na liturgii, życiu eucharystycznym i kontemplacji, jako koniecznej przeciwwadze ruchliwości współczesnego życia. Jej głównym założeniem będzie potraktowanie zwykłych zadań życiowych człowieka jako zasadniczej drogi doskonałości. Pozostawi też wiele miejsca indywidualnym zróżnicowaniom.

Czy po tych rozważaniach, noszących charakter raczej „metodologiczny”, można przynajmniej wstępnie odpowiedzieć na pytanie, jak powinny brzmieć nowe postulaty wychowania chrześcijańskiego? Niewątpliwie tak.

Świat, w którym żyjemy, jest światem „na zakręcie”, kwestionującym wartości, szukającym swego oblicza. Tacy są ludzie, których kształtuje, i taki w jakimś sensie musi być żyjący w nim katolik. Na pewno nie może być jego udziałem zwodnicze poczucie pewności i stabilizacji, które cechowało jego poprzedników, żyjących w świecie mieszczańskim. Tym mocniej musi on być zakorzeniony w tym, co dla niego pewne i niewątpliwe, a więc w nadprzyrodzoności, a w sensie intelektualnym – w zasadniczych zrębach chrześcijańskiego światopoglądu. W tym wszystkim jednak, co niepewne i niesprawdzone, musi być on człowiekiem szukającym – chcącym i umiejącym szukać. Szukającym, a więc krytycznym, samodzielnym i wolnym, rozumiejącym dobrze problem wolności w chrześcijaństwie, wolności, którą Bóg daje w płaszczyźnie intelektu i działania, i której przyjęcia – wraz z całą złączoną z tym odpowiedzialnością – wymaga. Szukającym, a więc otwartym na wszelką prawdę, skądkolwiek by ona pochodziła, i uważającym wszystkich innych uczciwie szukających ludzi za swych towarzyszy.

Ponieważ świat nasz zmierza ku jedności, katolik musi być w jakimś sensie „obywatelem świata”, a nie anachoretą zamkniętym w swej kapliczce i żyjącym swymi – ograniczonymi perspektywą kapliczki – problemami. Świat nasz zmierza ku równości, ku powszechnej demokratyzacji. Dlatego katolik musi dziś w szczególny sposób rozumieć chrześcijańską zasadę braterstwa wszystkich ludzi. Nie może on być „wieżycą doskonałości”, która poucza i „pełni dzieła miłosierdzia” z wyżyn swego piedestału. Musi natomiast solidarnie przyjmować wspólny los jako jeden z wielu jego uczestników i dzielić go z innymi bez względu na ich wyznanie i barwę poglądów. Mali Bracia czy księża robotnicy są w tej mierze symbolem ducha czasów. Być razem, razem żyć, razem pracować, razem rozwiązywać problemy, razem budować nowy świat.

Dzisiejszy świat nie wierzy słowom. Człowiek współczesny w gruncie rzeczy tak samo nie ma zaufania do pięknie brzmiących idei, jak do teoretycznych dysput. Szuka prawdy sprawdzalnej w konkrecie, prawdy, która wyzwala, a nie takiej, która pięknie brzmi lub daje się precyzyjnie dowieść. Ta sytuacja powinna tym bardziej zwrócić uwagę na formy apostolstwa, o których często zapominają zawodowi działacze, „głosiciele prawdy” i zacietrzewieni polemiści: na apostolstwo modlitwy i ofiary oraz na apostolstwo obecności.

Ponieważ problemy dzisiejszego świata są wyjątkowo trudne i w szczególny sposób stawiają one przed człowiekiem wybory z gatunku „być albo nie być” – katolik, który chce autentycznie i serio w tym świecie uczestniczyć, musi wyciągnąć pełne i bezkompromisowe wnioski z posiadanej prawdy i jej zasad moralnych. Musi umieć rozwinąć i wykorzystać swe siły naturalne i te, które stawia mu do dyspozycji wiara. Tylko wówczas może on temu światu dopomóc i nie sprowadzi swego chrześcijańskiego zaangażowania do fikcji. Tylko wówczas może on również liczyć na swój rzeczywisty udział w głęboko pojętej, a nie zewnętrznej chrystianizacji świata, ludzi i stosunków w nim panujących.

Świat współczesny niesie również niebezpieczeństwa, zagrażające osobowości. Najpoważniejszym z nich jest chyba jej zagubienie. Zagubienie w świecie wielkich mechanizmów społecznych, prowadzące – na pozór paradoksalnie – do zindywidualizowania, prywatności i utraty solidarności międzyludzkiej. Te niebezpieczeństwa katolik będzie musiał przezwyciężyć poprzez postawę świadomego zaangażowania osobistego.

Najważniejszym punktem jest tu osobisty stosunek współczesnego katolika do Boga. Stanowi on podstawę osobowości chrześcijanina i jej stosunku do całego otaczającego go świata. Tylko postawa ufności wobec Boga może być organicznym podłożem zaangażowania w świat szukający, zagubiony i zakwestionowany. To zaangażowanie wymaga również pełnego zrozumienia i przeżycia faktu, iż chrześcijaństwo to nie tylko przedmiot intelektualnej spekulacji i treść światopoglądu, ale przede wszystkim praktyka życia. Tylko pod tym warunkiem chrześcijaństwo będzie kształtowało intelekt człowieka, stanie się źródłem siły jego osobowości i tylko pod tym warunkiem będzie ono mogło być wcielone w życie zwykłe i codzienne, tak też – jako coś zwykłego i codziennego – musi być przeżywane.

Dzisiejszy świat nie wierzy słowom. Ta sytuacja powinna zwrócić uwagę na formy apostolstwa, o których często zapominają zawodowi działacze, „głosiciele prawdy” i zacietrzewieni polemiści: na apostolstwo modlitwy i ofiary oraz na apostolstwo obecności

Gdy spróbujemy przeanalizować tę problematykę wydobywając z niej te same zadania wychowawcze, które wydają się najbardziej podstawowe i zarazem najbardziej dziś charakterystyczne, wówczas zauważymy, że na czoło wysuwają się dwie kwestie już tu zaznaczone: wychowanie do wolności oraz wychowanie do odpowiedzialności społecznej. Ich ranga w hierarchii problemów wychowania chrześcijańskiego obecnej doby wypływa zarówno z realnej oceny sytuacji chrześcijanina w świecie współczesnym, jak z aktualnych przeobrażeń Kościoła, który inaczej niż dotychczas jest skłonny pojmować rolę człowieka świeckiego w życiu katolickiej społeczności.

Wewnętrzna wolność czy – jak kto woli – samodzielność jest warunkiem koniecznym dla człowieka, który we współczesnym życiu społecznym nie chce być katolikiem tylko z tradycji. Środowisko społeczne, w którym człowiek ten żyje, jest już niemal wszędzie światopoglądowo zróżnicowane, kultura niejednolita. To środowisko społeczno kulturalne proponuje mu bogaty wachlarz sprzecznych nieraz wartości, prawd i wzorów postępowania, których jakość jest bardzo różna. Wśród tych różnorodnych propozycji musi on wybierać stosując właściwe kryteria, bądź – tam, gdzie to jest potrzebne – specyficznie katolickie, bądź po prostu ogólnoludzkie kryteria prawdziwości i słuszności. Będzie on musiał szukać prawidłowych rozwiązań problemów i sytuacji posiadających również aspekt moralny. W tych wszystkich wyborach i rozwiązaniach współczesny katolik nie może być już prowadzony za rękę. Żaden autorytet nie potrafi wszystkich tych sytuacji i problemów z góry przewidzieć i rozwiązać.

W dzisiejszym społeczeństwie, niejednorodnym i nieustabilizowanym, zachodzi znacznie więcej sytuacji nietypowych, niedających się już uregulować ograniczoną ilością stereotypów. Nie jest to już społeczeństwo przynajmniej formalnie chrześcijańskie, które mogłoby wytworzyć własny chrześcijański obyczaj. Normy moralne i wskazania autorytetu mogą udzielać wytycznych, duszpasterstwo i środowisko katolickie może, każde z nich na swój sposób, służyć radą i pomocą.

Jednak człowiek musi sam rozpoznawać konkretną sytuację i podjąć ostateczną decyzję. W stopniu większym niż kiedykolwiek wolność nie jest dziś tylko abstrakcyjnym ideałem moralnym. Niewątpliwy w tym zakresie wzrost świadomości społecznej, który wyraża w jakiejś mierze na przykład zainteresowanie tezami egzystencjalizmu czy personalizmu, odpowiada obiektywnym warunkom. Rola gotowych wzorów postępowania i rozstrzygnięć podejmowanych przez wybitne nawet, ale odległe autorytety musi w pewnym stopniu maleć na rzecz tego autorytetu swoistego i niepowtarzalnego, jaki posiada świadek i uczestnik konkretnej sytuacji bezpośrednio w nią zaangażowany. Ciążący na nim a priori zarzut braku obiektywizmu nie może być dziś już powodem ubezwłasnowolnienia go. Należy natomiast starać się wszystkimi siłami o to, aby był on do tej roli możliwie najlepiej przygotowany.

Zdaje się, że Kościół coraz lepiej rozumie tę obiektywną sytuację i płynące z niej wnioski odnosi w coraz większym stopniu nie tylko do reguł kierujących postępowaniem katolików „w świecie”, ale także do własnego życia instytucjonalnego i społecznego.

Pluralizm współczesnego społeczeństwa i jego kultury, ich zróżnicowanie, także światopoglądowe, powoduje, iż tylko otwarty do nich stosunek może być podstawą prawidłowości dokonywanych w tych warunkach ocen, wyborów i decyzji. Dlatego też wychowanie do otwartości jest koniecznym warunkiem naprawdę skutecznego w dzisiejszych warunkach wychowania do wolności. W pierwszym rzędzie oznacza ono umiejętność odnajdywania twierdzeń prawdziwych i wszelkiego rodzaju wartości, bez względu na wyznaniowe i światopoglądowe szyldy, pod którymi występują, bądź na całkowity ich brak. Wymaga przy tym oderwania się od irracjonalnych uprzedzeń, a także skądinąd nawet słusznych zarzutów, jakie można z własnych pozycji tym szyldom i ich wyznawcom postawić. Wymaga też umiejętności uczynienia tych prawd i wartości swoimi w sposób nieeklektyczny, ale zharmonizowany z własnym światopoglądem.

Wewnętrzna wolność czy – jak kto woli – samodzielność jest warunkiem koniecznym dla człowieka, który we współczesnym życiu społecznym nie chce być katolikiem tylko z tradycji

Po wtóre oznacza ono umiejętność współpracy z ludźmi posiadającymi inne przekonania bez rezygnowania z własnych, odkrywania i neutralizowania różnic pozornych, znajdowania wspólnych płaszczyzn, jednym słowem – różnienia się w sposób twórczy.

Aby wolność człowieka nie stała się źródłem anarchii i samowoli, i aby mógł on rzeczywiście realizować swe życiowe zadania, wychowanie do wolności musi być uzupełnione i zespolone z wychowaniem do życia społecznego, do współodpowiedzialności w tym życiu. Warunkują się one zresztą wzajemnie, ponieważ skuteczne realizowanie wolności bez współodpowiedzialności jest dziś praktycznie niemożliwe. Tak jak z jednej strony człowiek, aby nie zagubić się w sytuacjach, wobec których stoi, musi posiadać wolność wyboru i decyzji i umieć z nich korzystać, tak z drugiej strony same te sytuacje domagają się rozwiązania jako obiektywne problemy życia. Mogą zaś być rozwiązane tylko dzięki ludzkiemu zaangażowaniu.

Wychowanie do współodpowiedzialności jest właśnie tym, co decyduje o podjęciu zaangażowania i jego prawidłowości. Sprawa ta ma szczególną wagę, ponieważ wolność jest dziś na ogół chętniej widziana i znacznie bardziej pożądana niż współodpowiedzialność. Wspomniano już poprzednio, że całe życie społeczne ulega dziś przemianom i że od sposobu, w jaki wszyscy jego uczestnicy rozwiązują na własnych odcinkach nowe sytuacje z niego wypływające, zależy jego przyszły kształt, dodatni lub ujemny wyznacznik, jaki będzie można przy nim postawić.

Jest oczywiste, że nie wystarczy współodpowiedzialność ograniczona do konkretnych szczegółowych problemów, które człowiek jakoś rozstrzygnąć musi, ponieważ dotyczą go one bezpośrednio. Konieczna jest współodpowiedzialność rozumiana jako postawa ogólna, odnosząca się do całokształtu życia społecznego i aktualizująca się w praktyce tam wszędzie, gdzie jest to potrzebne i uzasadnione obiektywną sytuacją. Znajomość mechanizmu życia społecznego, choćby i rola, jaką w nim spełnia opinia publiczna, dowodzi, że jest to konieczne dla jego prawidłowego rozwoju. Realizacja przez świeckich katolików ich chrześcijańskiej misji wobec świata jest dziś rozumiana przede wszystkim właśnie jako ponoszenie współodpowiedzialności zarówno szczegółowej, jak i ogólnej, za rozwój społeczny. Również jednak sam Kościół, podobnie jak i inne społeczności, wymaga takiej współodpowiedzialności swych członków, aby jego rozwój mógł być prawidłowy. Rozumie się to dziś coraz lepiej.

Rozumie się też, że współodpowiedzialność ta w żadnym razie nie może ograniczyć się do chęci wykonywania dyrektyw, gdyż nie na tym w gruncie rzeczy ona polega. Jest dziś jasne, że prawidłowe oceny i rozwiązania różnych konkretnych, a zarazem ważnych dla Kościoła problemów są niemożliwe bez udziału bezpośrednio w nich zaangażowanych zwykłych członków Kościoła. Coraz bardziej zaczyna być doceniane znaczenie ich specyficznego punktu widzenia i ich poglądów w sprawach natury ogólnej. Jesteśmy dziś świadkami odrodzenia w nowoczesnej formie opinii publicznej w Kościele. Jeśli Kościół jej potrzebuje – a tego dowiodła w wielkiej skali dyskusja soborowa – udział w niej jest obowiązkiem, jest wyrazem poczucia odpowiedzialności. Zapewne jest ona jeszcze niekiedy bardzo niedoskonała, czasem przekracza swe uprawnienia lub jeszcze częściej przeciwnie – jest zbyt nieśmiała i za mało aktywna. Nie zawsze też potrafi koncentrować się na tych zagadnieniach, w których jej udział jest z natury rzeczy najbardziej potrzebny. Nic w tym nie ma dziwnego, jeśli się weźmie pod uwagę, że dotychczasowe wychowanie katolickie zupełnie nie przygotowywało do pełnienia tej funkcji. Jego obecnym zadaniem, jednym z najpilniejszych, jest sytuację tę zmienić.

Trzeci rozdział książki „Kościół otwarty” – programowej dla środowiska „Więzi” – wydanej po raz pierwszy przez nasze wydawnictwo w 1963 roku.