Zamiast stawiania łatwych diagnoz, Jacek Borcuch i Szczepan Twardoch w „Słodkim końcu dnia” zaglądają w duszę Europy, w jej tęsknoty i choroby. Efektem jest opowieść aktualna, uniwersalna i niepokojąca. Subtelne, wyśmienite kino.

Wieczorna uczta w otoczeniu wspaniałych toskańskich krajobrazów. Inteligenckie rozmowy, skręty dla odprężenia i swobodny taniec w aurze rześkiego powietrza przed świtem. To pierwsze ujęcia „Słodkiego końca dnia”. Gdzieś na horyzoncie majaczy już przeczucie zbliżającego się końca dobrze znanej rzeczywistości.

Zawiodą się ci, którzy – widząc wcześniej streszczenia fabuły – po najnowszym filmie Jacka Borcucha spodziewać się będą uproszczonego, ideologicznego przekazu. Choć kwestia stosunku Europejczyków do uchodźców pozostaje osią całej historii, twórca „Tulipanów” i Szczepan Twardoch (współscenarzysta) to artyści zbyt wytrawni, by serwować widzom publicystyczne odpowiedzi na palące społeczno-polityczne pytania. Zamiast stawiania łatwych ocen i diagnoz, decydują się na wieloznaczne zajrzenie w duszę Europy, w jej tęsknoty i choroby. Efektem jest opowieść aktualna, uniwersalna i niepokojąca. Wyśmienite, subtelne kino.

Wielką wartością „Słodkiego końca dnia” jest także to, że ciężar opowieści nie spłaszcza bohaterów – nie są oni jedynie personifikacją określonych postaw, ale ludźmi, którzy nie podporządkowują się czarno-białym schematom. Niemal nikt w filmie Borcucha nie jest jednoznacznie dobry lub zły, wszyscy mają swoje powody, zranienia i marzenia, wyrażone choćby poprzez ulotne spojrzenie czy proste gesty.

Twórcy bezbłędnie pokazują „zarządzanie strachem” – nieufność, uprzedzenia i lęk towarzyszą większości mieszkańców miasteczka, część z nich bezpośrednio i niesprawiedliwie dotykając. Sami uchodźcy nie muszą wcale pojawiać się na ekranie. Doniesienia o ich ucieczce z obozu czy zamachu terrorystycznym w stolicy skutecznie elektryzują miejscowych, którzy – jak mówi bohaterka filmu za Zygmuntem Baumanem – dla własnego bezpieczeństwa będą zapewne gotowi poświęcić nawet własną wolność. Nieprzypadkowo kluczowa metafora filmu to zamknięcie w klatce. Pytanie kogo ona chroni – nas przed światem czy świat przed nami?

Kim właściwie w tej wizji jest Maria Linde, protagonistka „Słodkiego końca dnia”? Połączeniem odwróconej wersji Oriany Fallaci i Michela Houellebecqa z nowym wcieleniem Pier Paolo Pasoliniego? I tak, i nie. Jako potomkini ocalałych z Holocaustu i emigranta z Polski stanu wojennego, faktycznie zdaje się idealnie nadawać na „głos sumienia zgniłego Zachodu”. Tyle że, wbrew oczekiwaniom publiki, poetka i noblistka nie chce zostać jakimkolwiek autorytetem. Wygłasza co prawda niepoprawną politycznie mowę o europejskiej hipokryzji i wygodzie, która usypia wrażliwość mieszkańców starego kontynentu. Prowokacyjnie porównuje nawet zamach terrorystyczny do dzieła sztuki. Sama stawia się jednak poza tradycyjnie pojmowaną moralnością i – jak boleśnie się o tym przekonuje – płaci za to osobistą cenę.

Przepiękny wizualnie, kameralny i symboliczny „Słodki koniec dnia” to nie tyle elegia na schyłek europejskiej cywilizacji, co pieśń o śmiertelności i kruchości życia

W swym najgłębszym znaczeniu wyborna, oszczędnie skonstruowana kreacja Krystyny Jandy staje się metaforą współczesnej Europy, łączącej w sobie paradoksy, które mogą nie spodobać się jej samo zachwyconym mieszkańcom. Jest jednocześnie zdecydowana i bezsilna, niezależna i zagubiona, spragniona życia i dekadencka, pociągająca i odpychająca. Choć trafnie diagnozuje problemy społeczeństwa, sama pozostaje pogrążona w letargu. Ucieka w przyziemne, ulotne uciechy i używki. Na początku opowieści bohaterka pozornie kokieteryjnie mówi napotkanemu dziennikarzowi, że nie ma już nic do powiedzenia światu. Jak wiemy z arcydzieła Federica Felliniego sprzed niemal sześćdziesięciu lat, „słodkie życie” najczęściej okazuje się bowiem przerażająco puste.

Przedstawiona na ekranie historia ma jeszcze niezwykle interesujący osobisty, niepolityczny wymiar. Przepiękny wizualnie (znakomite zdjęcia Michała Dymka), kameralny i symboliczny „Słodki koniec dnia” to nie tyle elegia na schyłek europejskiej cywilizacji, co pełna niedopowiedzeń pieśń o śmiertelności i kruchości życia (osadzona we włoskiej scenerii przypomina choćby „Ukryte pragnienia” Bernardo Bertolucciego). W starzejącej się, wciąż atrakcyjnej Marii pulsują wyraźnie Iwaszkiewiczowskie eros i tanatos – zmysłowy pęd życia i bezlitosny pęd ku śmierci. Bohaterkę napędzają nie beznadziejne próby przeżycia ponownej młodości, ale melancholia, nie dająca się stłumić tęsknota za powrotem tego, co było. Minione lata jednak nie wrócą, zaniedbane relacje nie mogą być łatwo naprawione. Nie potrzeba wcale apokalipsy w wymiarze społecznym, by uświadomić sobie, że kres ziemskich pragnień i starań nieubłagalnie nadejdzie wraz z indywidualną śmiercią.

Czy ostatecznie nie ma nadziei dla naszego kontynentu? Z pozafilmowej świadomości domyślamy się, że obecne i przyszłe wędrówki ludów mogą zupełnie zmienić układ geo-polityczny Europy i świata. Co więcej, przez zmiany klimatyczne życie na Ziemi już za trzydzieści lat będzie trudne do zniesienia. Mimo wszystko najnowszy film Jacka Borcucha niesie ze sobą skromne pocieszenie, także dla zmęczonej Europy i jej mieszkańców. W przepełnionym ciepłem i czułością „Słodkim końcu dnia” cichym sprzymierzeńcem bohaterów staje się wzajemna bliskość, która potrafi – choć na chwilę – oswoić nawet samotność i starość. Ta ostatnia przecież – jak mówi Maria Linde – jest tylko jedną z sukienek, którą można przebrać.