Nie w moim imieniu policja mojego państwa zatrzymała wczoraj i przesłuchiwała Elżbietę Podleśną podejrzaną o sprofanowanie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. I nie w moim imieniu Leszek Jażdżewski ogłaszał trzy dni wcześniej, że w Kościele katolickim w naszym kraju nie da się znaleźć duchowej strawy.

O dzisiejszym odejściu największego żyjącego współczesnego proroka chrześcijaństwa, jakim był dla mnie Jean Vanier, nie mam niestety czasu napisać obszernego tekstu, na jaki on niewątpliwie zasługuje. Napisałem: „był”, ale przecież powinienem pisać: „jest”, bo śmierć nic tu nie zmieni. Niezmienne pozostanie przecież przesłanie Vaniera – że bliskość z Jezusem to bliskość z ubogimi, że miłość nie polega na czynieniu rzeczy niezwykłych, lecz dokonywaniu rzeczy małych z niezwykłą czułością…

Tyle się dzieje, że właściwie każdego dnia należałoby wyrazić oburzenie, coś istotnego sprostować, czemuś głupiemu zaprzeczyć. I można by właściwie całe dnie spędzać na takich połajankach. A że czasu na bieżącą publicystykę ostatnio praktycznie nie mam, to i niektóre rzeczy bardzo istotne uciekają mi bez komentarza.

Nie mogę jednak – choćby w kilku zdaniach – nie napisać o dwóch sprawach. Muszę bowiem powiedzieć publicznie, że nie w moim imieniu policja mojego państwa zatrzymała wczoraj i przesłuchiwała Elżbietę Podleśną podejrzaną o sprofanowanie wizerunku Matki Boskiej Częstochowskiej. I nie w moim imieniu Leszek Jażdżewski ogłaszał trzy dni wcześniej, że w Kościele katolickim w naszym kraju nie da się znaleźć duchowej strawy.

Rezygnować z przywilejów

Rzecz jasna, działania wobec Podleśnej podejmowało państwo, a nie Kościół, sęk jednak w tym, że państwo działało niejako w imieniu oburzonych katolików. Sytuacja ta wymaga więc, moim zdaniem, przywołania bardzo ważnego zalecenia obecnego w dokumentach II Soboru Watykańskiego. Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym formułuje zasadę, że Kościół „nie pokłada swoich nadziei w przywilejach ofiarowanych mu przez władzę państwową; co więcej, wyrzeknie się korzystania z pewnych praw legalnie nabytych, skoro się okaże, że korzystanie z nich podważa szczerość jego świadectwa, albo że nowe warunki życia domagają się innego układu stosunków” (KDK 76).

W sytuacji kulturowej Polski A.D. 2019 oznacza to, że Kościół katolicki powinien jak ognia unikać jakichkolwiek skojarzeń ze środkami przymusu. Polemika i apologetyka są potrzebne, ale roztropnie i z umiarem. Nie można bowiem zapominać o innej soborowej zasadzie: że „prawda nie inaczej się narzuca jak tylko siłą samej prawdy, która wnika w umysły jednocześnie łagodnie i silnie” (DWR 2).

Pasterze Kościoła powinni umieć wyjaśnić, że nie życzymy sobie zatrudniania aparatu przymusu państwowego i przeprowadzania rewizji o szóstej rano w imię obrony symboli wiary

Czy graficzne przedstawienie aureoli w kolorach tęczy na reprodukcji obrazu Maryi jest profanacją? Dla mnie – jasno deklaruję – nie jest. Jest wykorzystaniem znanego wszystkim wizerunku w celach społecznej perswazji, co wielokrotnie jest czynione także przez innych w innych celach. Ale nawet jeśli inne osoby wierzące są dotknięte taką grafiką, to pasterze Kościoła powinni umieć im wyjaśnić, że nie życzymy sobie zatrudniania aparatu przymusu państwowego i przeprowadzania rewizji o szóstej rano w imię obrony symboli wiary. Zgodnie z soborowym zaleceniem, należałoby wyrzec się korzystania z tych przywilejów, rodzi to bowiem podejrzenia o posługiwanie się przez Kościół aparatem państwowej przemocy i tym samym podważa „szczerość świadectwa” naszej wspólnoty wiary.

W „trosce”, z jaką prezes Jarosław Kaczyński i minister Joachim Brudziński zabiegają o ochronę obrazu jasnogórskiego przed niewłaściwym kolorem aureoli, wyraźnie bardziej chodzi o politykę niż o wiarę, raczej o punkty poparcia wyborczego niż o przyrost dobra duchowego. A już tragedią jest fakt, że ofiarą tych działań padła osoba, która niedawno publicznie zadeklarowała (w bardzo kontrowersyjnych okolicznościach) dokonanie apostazji. Wobec takich życiowych wyborów raczej cisza jest potrzebna niż potwierdzanie stereotypów potężnego Kościoła, który jest z władzą za pan brat.

Szukam i znajduję

Do tego zbratania Kościoła z władzą państwową odwoływał się także Leszek Jażdżewski w swoim wystąpieniu na Uniwersytecie Warszawskim, przed mową Donalda Tuska. Tym, co mnie najbardziej zdumiało i osobiście dotknęło w słowach redaktora naczelnego „Liberté!”, była nie krytyka politycznego zaangażowania duchowieństwa, nie butne wartościujące oceny, nawet nie ostry język. Skoro Jażdżewski sam chce się w ten sposób przyczyniać do podsycania kolejnych polskich wojen – zamiast, jak kilka miesięcy temu, po zabójstwie Pawła Adamowicza, wzywać do pojednania i radykalnego przebaczenia – trudno, jego sprawa. Przynajmniej wiem, że nie ma już powodu, by wspólnie z nim w przyszłości tego typu apele podpisywać. 

Jażdżewski sam chce się przyczyniać do podsycania kolejnych polskich wojen – choć kilka miesięcy temu, po zabójstwie Pawła Adamowicza, wzywał do pojednania i radykalnego przebaczenia

Zdumiało mnie jednak, że człowiek o ambicjach intelektualnych gotów jest tak ochoczo w celach politycznych posługiwać się wielkimi kwantyfikatorami. Dla Jażdżewskiego skompromitowali się nie liderzy episkopatu, lecz „Kościół”. Czyli także wszyscy ludzie, którzy do tej wspólnoty należą. Mało tego, jego zdaniem, „ten, kto szuka transcendencji i absolutu w Kościele, będzie zawiedziony. Ten, kto szuka moralności w Kościele, nie znajdzie jej. Ten, kto szuka strawy duchowej w Kościele, wyjdzie głodny”.

Nie wiem, czy Leszek Jażdżewski kiedykolwiek – a zwłaszcza ostatnio – rzetelnie szukał w Kościele transcendencji, absolutu, moralności i strawy duchowej. Wiem, że ja szukałem, szukam i będę szukał. I wiem, że wszystkie te wartości w Kościele znajdywałem, znajduję i będę znajdywał. I wiem, że nie tylko ja. Bo znam ludzi, z którymi się wspólnie modlę, i wiem, że są oni w Kościele nie z tradycji, nie z przypadku, nie z powodów ideologicznych. Szukają Boga i Go znajdują. Szukają sakramentalnych znaków i je znajdują.

Lepiej więc, żeby Jażdżewski – jeśli poważnie myśli o karierze politycznej u boku Donalda Tuska – przeprosił tych współobywateli, których świadomie werbalnie sponiewierał (jego tekst był przecież precyzyjnie napisany, a nie spontanicznie wygłoszony). Lepiej, żeby zdecydowanie szerzej szukał sojuszników, bo inaczej skończy tak, jak inne przedsięwzięcie wspierane kilka lat temu przez jego redakcję – think tank Twojego Ruchu Janusza Palikota: w politycznym niebycie.