Jazz wymyka się tradycyjnym, sztywnym kategoriom, nie jest ani „rozrywkowy”, ani „poważny”, nie sytuuje się też pomiędzy tymi dwoma biegunami. Stoi raczej obok; jest wprawdzie otwarty na inspiracje, ale ma własną estetykę i oryginalną filozofię.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2001.

Kiedy w jeden z letnich wieczorów na scenie Sali Kongresowej pojawił się George Benson i popłynęły pierwsze dźwięki jego gitary, czułem dreszcz wzruszenia. Stał bowiem przede mną jeden z tych artystów, którzy wprowadzili mnie w świat jazzu i ukształtowali mój sposób myślenia o gitarze jazzowej. Jednak po kilku utworach radosne podniecenie opuściło mnie, ustępując miejsca spokojnej zadumie. Oto bowiem Benson postanowił zaprezentować się warszawskiej publiczności przede wszystkim w roli rzetelnego wokalisty, który wprawdzie z niebywałą maestrią gra na gitarze, traktuje jednak swoje improwizacje jako ornament zdobiący piosenkarski popis. Nie byłem tym zresztą zbytnio zaskoczony. Od lat wiadomo, że pogranicze jazzu, soulu i popu to ulubiony teren gitarzysty z Pittsburgha. Mam jednak w pamięci jego dawne nagrania, kiedy jeszcze nie kłaniał się szerokiej publiczności, szukającej w muzyce przede wszystkim rozrywki. Właśnie w tamtych czasach, na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych współpracował z takimi muzykami jak Herbie Hancock, Ron Carter, Freddie Hubbard, Jack DeJohnette. Ukazało się wówczas kilka płyt, dzięki którym Benson zdobył serca wielbicieli jazzu i zyskał reputację jednego z najwybitniejszych gitarzystów jazzowych. Płyty, które przyniosły mu sławę i pieniądze, powstały nieco później.

Publiczność w Sali Kongresowej spokojnie słuchała kolejnych piosenek, profesjonalnie zaaranżowanych i sprawnie wykonanych, potwierdzających wysoką pozycję Georga Bensona w hierarchii amerykańskiego przemysłu rozrywkowego. Wzorem gwiazd popu Benson otoczył się muzykami, których rola raczej nie wykracza poza fachowy akompaniament, rozumiany jako budowanie efektownej dekoracji dźwiękowej po to, by na jej tle pełnym blaskiem zajaśniał kunszt mistrza. Forma utworów, które znalazły się w programie, pozostawiała niewiele miejsca na muzyczny dialog, na rozmowę instrumentów, stwarzała natomiast przestrzeń dla głównego aktora – jego głosu i gitary. Benson wypełniał tę przestrzeń kompetentnie, lecz dość przewidywalnie. Zastanawiam się nad pewną osobliwą cechą jazzu, nad jego szczególną pojemnością i elastycznością, która sprawia, że jest w tej muzyce miejsce zarówno dla sztuki, jak i dla rozrywki. W praktyce dość trudno wytyczyć jakąś linię demarkacyjną między tymi dwiema rzeczywistościami. Wydaje się, że wszelkie próby definiowania zarówno kultury wysokiej, jak i popularnej zawsze będą skazane na arbitralność i niepełność. Na szczęście jazz nie zmusza do podejmowania takich wysiłków, ponieważ w nim samym sztuka i rozrywka, refleksja i zabawa stapiają się w integralną całość, która jest chyba czymś więcej niż tylko sumą tworzących ją części. W ten sposób jazz wymyka się tradycyjnym, sztywnym kategoriom, nie jest ani „rozrywkowy”, ani „poważny”, nie sytuuje się też pomiędzy tymi dwoma biegunami. Stoi raczej obok; jest wprawdzie otwarty na inspiracje, ale ma własną estetykę i oryginalną filozofię.

Prawdziwe jazzowe dzieło sztuki powstaje na scenie, w świetle reflektorów, przed publicznością, której reakcje często mają wpływ na ostateczny wynik twórczej pracy muzyków

Nie ulega wątpliwości, że artystycznym fundamentem, na którym jazz buduje swą tożsamość jest improwizacja. Wprawdzie elementy improwizacji pojawiają się również w innych gatunkach muzyki, ale jedynie jazz czyni z niej zasadę swego istnienia. Nie odrzuca przy tym wszystkiego, co skomponowane, przygotowane i ustalone zawczasu. Jazz akceptuje i wykorzystuje kompozycję, ale wyznacza jej miejsce służebne wobec improwizacji. Samo słowo „kompozycja” jest zresztą w jazzie rzadko używane. Muzycy jazzowi zazwyczaj nie sięgają po to pojęcie, mówią natomiast o „tematach”. No właśnie, wystarczy wziąć kartkę papieru, napisać melodię, poniżej funkcje harmoniczne… i temat gotowy. Nie ma on jednak żadnych cech skończonego, pełnego i zamkniętego dzieła. Prawdziwe jazzowe dzieło sztuki powstaje na scenie, w świetle reflektorów, przed publicznością, której reakcje często mają wpływ na ostateczny wynik twórczej pracy muzyków. Skomponowany i zapisany temat to tylko punkt wyjścia do tego, co nowe, spontaniczne, niepowtarzalne i ulotne. Punkt wyjścia do improwizacji.

W mowie potocznej słowo „improwizacja” kojarzy się często z nieuporządkowaniem, chaosem, brakiem jakichkolwiek reguł. Tak bywa czasem w życiu, ale nie w jazzie. W tej muzyce obowiązują bowiem liczne prawidła i zasady, a ich obecność nie tylko nie niszczy improwizacji, ale jest wręcz warunkiem pozwalającym na jej zaistnienie. Czy to paradoks? Tylko pozornie. Najprościej wyjaśnił kiedyś tę zagadkę Wynton Marsalis, który stwierdził, że gdy gra swoje solo, to tak jakby mówił. Wprawdzie nie wie dokładnie, co chce powiedzieć, ale ma pewną ideę. Słowa padają z jego ust i wtedy zaczyna nadawać im konkretny kształt. Buduje zdania według reguł gramatyki, korzysta z rzeczowników, czasowników, przysłówków. Pojawia się jakaś forma, jakiś porządek.

Improwizacja to zatem język. W pewnym sensie wszyscy codziennie improwizujemy w naszych rozmowach. Nie wygłaszamy przecież wyuczonych kwestii, lecz spontanicznie wyrażamy własne myśli. Staramy się mówić z sensem, próbujemy znaleźć wspólny język z innymi ludźmi. Mową ojczystą władamy na tyle sprawnie, że w ogóle nie zastanawiamy się nad rządzącymi nią regułami, często nawet dokładnie ich nie znamy, ale w praktyce potrafimy je respektować. Wiemy, że język bez norm i zasad zamieniłby się w bełkot i nie spełniałby swego podstawowego zadania, jakim jest komunikacja między ludźmi. Mamy świadomość, że możemy porozmawiać z każdym, ale najlepiej porozumiewamy się z osobami z naszego środowiska. Podobnie jest w jazzie. Pokolenia improwizatorów wypracowały bardzo bogaty muzyczny język, obfitujący w gwary i dialekty. Każdy twórczy jazzman, który pracuje nad własnym stylem, dobrze zna tę tradycję i jakoś się do niej odnosi: kultywuje ją, odrzuca lub przetwarza na swój własny sposób, zachowuje jednak zawsze wierność jazzowym zasadom, porządkującym formę, rytm i harmonię. Pozostając oryginalnym twórcą potrafi jednocześnie prowadzić muzyczną rozmowę z innymi jazzmanami. Taka rozmowa jest szczególnie ciekawa i płodna artystycznie zwłaszcza wówczas, gdy spotykają się muzycy, którzy potrafią nawiązać ze sobą nić porozumienia, ponieważ posługują się tym samym jazzowym dialektem.

Spójrzmy na scenę: w głębi sylwetka perkusisty, nieco ukryta za błyszczącą chromem maszynerią, obok basista, którego ruchliwe dłonie spokojnie i pewnie odmierzają tętniący puls, pianista, pochylony nad biało-czarnym pasem klawiatury, jakby zatopiony we własnych myślach… Każdy z nich wydaje się skupiony na własnym zadaniu, lecz razem tworzą jednolitą całość, spójną i harmonijną, funkcjonującą jak precyzyjny mechanizm. Tę jedność udaje się im osiągnąć w sposób specyficzny dla jazzu – poprzez słuchanie partnerów i reagowanie na ich muzyczne wypowiedzi. Właśnie tak, jak podczas pogawędki dobrych znajomych, gdy temat jest interesujący dla wszystkich, rodzi się klimat wzajemnej inspiracji, rozmowa toczy się płynnie, ciekawie, a niekiedy wręcz intrygująco.

Pokolenia improwizatorów wypracowały bardzo bogaty muzyczny język, obfitujący w gwary i dialekty. Każdy twórczy jazzman, który pracuje nad własnym stylem, dobrze zna tę tradycję i jakoś się do niej odnosi

Kiedy George Benson zagrał pierwsze takty „This Masquerade”, jednego z największych swoich przebojów, publiczność zgromadzona w Sali Kongresowej wyraźnie się ożywiła. Benson nigdy nie ukrywał, że czuje się przede wszystkim showmanem i zależy mu na tym, by słuchacze dobrze się bawili na jego koncertach. Z reguły osiąga ten cel, choć płaci za to pewną cenę: nie wychodząc poza ramy popularnej konwencji, zamyka przed sobą rozległe obszary twórczych poszukiwań. W swych poczynaniach przypomina wytrawnego polityka, który przemawia takim językiem, by pozyskać jak najszersze grono wyborców.

Rozrywka może przybierać najrozmaitsze formy, na szczęście ta, którą proponuje Benson, jest jedną z bardziej wyrafinowanych. To most przerzucony między zabawą a sztuką, zbudowany dla tych, którym nie wystarczają już propozycje z kręgu najpospolitszej masowej kultury. Na drugim brzegu rozciąga się kraina nieskrępowanej twórczej wolności, gdzie rodzi się to, co w jazzie najlepsze.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 12/2001.