Teologowie nie zajmowali się Bożym miłosierdziem przed siostrą Faustyną i Janem Pawłem II? Nic bardziej mylnego.

Kiedy myślimy o Święcie Miłosierdzia Bożego, które przypada w II Niedzielę Wielkanocną, nasze umysły, serca i dusze kierują się prawie że naturalnie ku Łagiewnikom, św. Faustynie i obrazowi Jezusa Miłosiernego. Trudno się temu dziwić. Nie ulega wątpliwości, że współczesny kształt kultu Bożego Miłosierdzia w dużej mierze zawdzięczamy prywatnym objawieniom s. Faustyny, a popularność tego kultu św. Janowi Pawłowi II. Błędem byłoby jednak sądzić, że miłosierdzie Boże było wcześniej – że tak powiem – nieznane i że teologowie się nim nie zajmowali. Nic bardziej mylnego. Weźmy na przykład takiego św. Augustyna. Mnie samego zaskoczył fakt, że miłosierdziu oraz uczynkom miłosierdzia ten święty biskup poświęcił kazanie nie inaczej jak właśnie na niedzielę w Oktawie Wielkanocy, a więc na dzień, w którym obecnie przypada Święto Bożego Miłosierdzia. Aż chciałoby się zacytować zwolenników spiskowej teorii dziejów: „Przypadek? Nie sądzę!”. Tylko że akurat w tym przypadku (!) nie chodzi wcale o żaden tajny spisek, ale o Boży plan, w którym wypełnia się misterium zbawienia.

Augustyn pyta się w kazaniu, co jest motywem okazywania miłosierdzia. Kiedy człowiek staje się miłosierny? I odpowiada, wskazując na związek, jaki jest między miłosierdziem a kondycją tego, kto okazuje miłosierdzie. „Kto na przykład okrutnym jest względem rozbitka na morzu? Ten, dopóki sam nie skosztuje rozbicia. A jeżeli przeżyje rozbicie, przypomni sobie swoją przygodę, gdy zobaczy rozbitka; wstrząśnie nim podobne nieszczęście. Gdy go nie mogła poruszyć wspólność człowieczeństwa ku miłosierdziu, porusza go wspólność nieszczęścia. Jakże prędko lituje się nad sługą ten, kto sam niegdyś służył. Jakże prędko ubolewa nad najemnikiem oszukanym ten, kto sam był najemnikiem. Człowiekowi opłakującemu syna boleśnie współczuje ten, kto swego opłakiwał. Każdą zatwardziałość serca ludzkiego rozbraja podobieństwo nieszczęścia” (kazanie 259).

Augustyn mówi tutaj o ludziach, którzy stają się miłosierni wobec ludzkiego nieszczęścia dopiero wtedy, gdy go sami nieszczęście w swym życiu poznają. Mówiąc bardziej metaforycznie: syty głodnego nie zrozumie. Trzeba samemu poznać smak głodu, by pochylić się nad proszącym o chleb. Trzeba samemu poczuć się rozbitkiem, by przyjść z pomocą innemu biedakowi. Diagnoza Augustyna jest dosyć smutna: nie wystarcza nam wspólność człowieczeństwa, potrzebna jest nam jeszcze wspólność nieszczęścia, byśmy się stali wzajem dla siebie miłosierni. W tym kontekście trudno nie pomyśleć o Jezusie, który – przyjmując ludzkie ciało i przychodząc na ten świat – chciał z nami dzielić zarówno wspólność człowieczeństwa, jak i wspólność nieszczęścia. To właśnie o tym mówi św. Paweł w Liście do Filipian: „ogołocił  samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi” (Flp 2, 7). Jezus dobrze zna ludzką kondycję. Wie, co to znaczy być człowiekiem, sługą, najemnikiem, rozbitkiem. Kiedy Jezus pokazuje dzisiaj swoje rany Tomaszowi, tym samym manifestuje swoje człowieczeństwo, i to człowieczeństwo, które zostało wypróbowane w bólu i w cierpieniu krzyża i śmierci. Czy może być większa wspólność człowieczeństwa i wspólność nieszczęścia jak w śmierci? W Jezusie Chrystusie Bóg nam mówi, że jest Bogiem sym-patycznym, to znaczy współ-czującym.

Diagnoza Augustyna jest dosyć smutna: nie wystarcza nam wspólność człowieczeństwa, potrzebna jest nam jeszcze wspólność nieszczęścia, byśmy się stali wzajem dla siebie miłosierni

Od kilku lat Niedziela Miłosierdzia Bożego jest również świętem patronalnym Caritas. Dobrze, że tak się stało. Nie ma bowiem – i mocno to podkreśla św. Augustyn – miłosierdzia ofiarowanego przez Boga bez miłosierdzia okazywanego bliźniemu. Są jak naczynia połączone. Biskup Hippony mówi wprost: „Lituj się nad człowiekiem, a Bóg ulituje się nad tobą. Tyś człowiekiem i bliźni też człowiekiem, ale obaj jesteście nędzarzami. […] Jeśli potrzebujący miłosierdzia nie będzie miłosiernym dla potrzebujących, to jak może żądać miłosierdzia od tego, który nigdy nie będzie potrzebował miłosierdzia?”. Augustyn daje też bardzo prostą receptę na właściwą miarę jałmużny: „Tak dajcie, jakbyś sam prosił. W miłosierdziu nie może być tylko wasza łaskawość, ale połączona z tym pokora”. Łatwo jest pomylić miłosierdzie z litością pełną pychy i poczucia wyższości. Miłosierdzie nie jest po to, by leczyć samopoczucie darczyńcy i karmić jego ego, które pełne jest podziwu dla własnej dobroci. „Miłosierdzie jest własnościowością szczodrego” – dopowiada Augustyn, ale szczodrość to wcale nie to samo, co bogactwo. Być szczodrym to znaczy być hojnym, co wcale nie znaczy majętnym – jak to dobrze wiemy już z przykładu ewangelicznej wdowy, która do świątynnej skarbony wrzuciła wszystko, choć były to tylko dwa pieniążki (Mk 12, 38-44).

Czyniąc wobec kogokolwiek miłosierdzie, zobacz w nim potencjalnego siebie – mówi Augustyn. Tylko własna mizeria jest jedyną poprawną miarą. I nie chodzi tutaj o mizerię socjalną czy o biedę materialną, bo te są często nam obce. Chodzi o mizerię duchową, o biedę moralną, o grzeszność rozbitka. Zawsze uważałem, że Koronka do Miłosierdzia Bożego – zresztą jak każda modlitwa – bardziej jest potrzebna nam niż Bogu. Bogu nie trzeba przypominać o Jego miłosierdziu, raczej nam o naszej mizerii. Temu służy to powtarzające się wołanie: „miej miłosierdzie dla nas i świata całego”.

W roku 2016, na zakończenie Roku Miłosierdzia, papież Franciszek wydał list apostolski zatytułowany „Misericordia et misera”, którego punktem wyjścia uczynił spotkanie Jezusa z kobietą cudzołożną (J 8). Papież cytuje św. Augustyna, który w komentarzu do Ewangelii św. Jana mówi, że oto spotkali się misericordia (Jezus) i misera (kobieta). Polskie tłumaczenie listu przekłada łacińskie słowo misera jako „nieszczęśliwa”, co jest – nomen omen – dość nieszczęśliwym tłumaczeniem. Kobieta cudzołożna nie jest jedynie „nieszczęśliwa”, ale w swej sytuacji jest także „godna miłosierdzia” albo nawet „ta, której potrzebne jest miłosierdzie”. Spotkanie „miłosierdzia” z „nieszczęściem” jest także spotkaniem „miłosierdzia” z „potrzebą miłosierdzia”. Bóg wychodzi naprzeciwko ludzkiej mizerii, a jedynym sposobem zaradzenia temu nieszczęściu jest miłosierdzie, dlatego każda ludzka sytuacja naznaczona jakimkolwiek nieszczęściem – duchowym czy materialnym – jest „godna” Bożego miłosierdzia, jest jednocześnie na nie otwarta, w pewnym sensie „domaga się” miłosierdzia. Dlatego tak ważne jest to wołanie z koronki o miłosierdzie dla nas i świata całego. Uświadamia nam kondycję nas samych.

A zakończę osobistym doświadczeniem. Na początku roku zamówiłem przez internet książkę ze Stanów Zjednoczonych. Książka długo nie przychodziła. Po dwóch miesiącach – zgodnie z warunkami umowy – zareklamowałem sprzedaż. Przyszła odpowiedź, że nie wiadomo, na jakim etapie książka zaginęła, drugiego egzemplarza nie mają, pieniądze zwrócą. Do informacji dołączona była prośba, aby – w razie, gdyby książka przyszła – nie informować ich o tym, a zwrócone pieniądze zatrzymać jako rekompensatę za opóźnienie albo – i to mnie najbardziej zafrapowało – oddać je dla lokalnej instytucji charytatywnej. Wkrótce przyszły pieniądze. A po nich książka. Dawno mi nikt tak jednoznacznie i dosadnie nie przypomniał, abym nie zatrzymywał sobie pieniędzy, do których nie mam prawa. I w gruncie rzeczy nie są moje.

Raz jeszcze Augustyn: „[…] służymy innym i dajemy nasze rzeczy, w rzeczywistości dajemy, co dał nam Bóg. Pamiętać musimy, że te rzeczy są rozdawane, które dał nam Bóg”. A co dał? „Ty dajesz chleb, On zbawienie; ty dajesz spragnionemu kubek napoju, On tobie puchar mądrości. Czy można porównać to, co dajesz z tym, co w zamian otrzymujesz?” – pyta Augustyn. Nie, nie można. Można Go tylko naśladować w szczodrości.