Uświadomienie sobie problemu przemocy seksualnej w Kościele i podjęcie odpowiedzialności w tej sferze nie jest obsesją. Nie jest to jakieś nadgorliwe działanie inkwizytorskie. To obowiązek wynikający z samej natury Kościoła jako tajemnicy wspólnoty opartej na Trójcy.

Fragment tekstu wystąpienia podczas watykańskiego spotkania przewodniczących krajowych konferencji episkopatów na temat ochrony małoletnich, 22 lutego 2019 roku. Tytuł pochodzi od redakcji 

W obliczu nienormalności zawartej we wszelkiego rodzaju nadużyciach seksualnych wobec dzieci i młodzieży niezbędne są przede wszystkim: obowiązek uzyskania wiedzy o tym, co się stało, uświadomienie sobie konsekwencji tych czynów oraz uznanie potrzeby prawdy, sprawiedliwości, zadośćuczynienia i zapobiegania powtórzeniu się tak potwornych przestępstw.

Wiedza o wykorzystywaniu seksualnym i jego skali jest oczywiście punktem wyjścia. Zresztą nie sposób przygotować jakiegokolwiek planu prewencji bez znajomości tego, przed czym należy się chronić. Jednakże ta znajomość faktów, pomagająca określić wielkość zjawiska – choć konieczna i ważna – „sama w sobie nie wystarczy”, jak pisał papież Franciszek do Ludu Bożego[1]. Aby właściwie odpowiedzieć na potrzebę prawdy, sprawiedliwości, zadośćuczynienia i zapobiegania niezbędne jest przyjęcie należytej odpowiedzialności przez tych, których urząd do niej zobowiązuje, a z tego wynika konieczność podlegania rozliczeniom.

Rozliczalność (ang. accountability) oznacza obowiązek ewaluacji oraz sporządzania sprawozdań z podejmowanych decyzji, wyznaczanych celów, a także z ich – mniej lub bardziej skutecznej – realizacji. Rozliczalność jest odpowiedzią na potrzeby społeczne, gdyż stawia osobę, która przyjęła z racji sprawowanego urzędu określoną odpowiedzialność, przed koniecznością dokonania rozliczenia – nie tylko wobec własnego sumienia, lecz także wobec społeczeństwa, w którym żyje i które dało jej mandat do wypełniania danego zadania.

Jednakże w Kościele, wbrew pozorom, rozliczalność spełnia w pierwszym rzędzie wymogi wcale nie natury społecznej i organizacyjnej. Nie jest też jej głównym celem konieczność uzyskania przejrzystości (do której wszyscy jesteśmy wezwani ze względu na wymagania prawdy). Tych wymogów oczywiście nie należy pomijać ani minimalizować, są one bowiem słuszne – Kościół nie może wszak abstrahować od swego wymiaru instytucjonalnego. To jednak nie potrzeby społeczne stanowią najgłębszą podstawę postulatu rozliczalności. Tego fundamentu należy raczej szukać w samej naturze Kościoła rozumianego jako misterium wspólnoty, communio.

Wiemy, że wspólnotowy charakter Kościoła objawił się zwłaszcza dzięki II Soborowi Watykańskiemu, choć prawdę mówiąc, ani Konstytucja dogmatyczna „Lumen gentium” ani żaden inny dokument eklezjologiczny nie wydaje się kłaść wyraźnego nacisku na podkreślenie eklezjologii wspólnoty. Dopiero Nadzwyczajny Synod Biskupów z 1985 roku, zwołany dla „rozważenia, pogłębienia i promowania zastosowania nauk Vaticanum II dwadzieścia lat od jego zakończenia”[2], przedstawił kategorię communio jako klucz do interpretacji Kościoła w świetle Objawienia.

Zastanówmy się, co zaciemnia dobro, jakie dzieje się w naszych parafiach: mówienie o nadużyciach, czy też same nadużycia – w sferze sumienia, władzy, seksu?

Kluczowe znaczenie misterium wspólnoty wynika jasno z zasadniczego, bezpośredniego i fundamentalnego odniesienia do sakramentalnego wymiaru Kościoła, do tajemnicy trynitarnej, w której Kościół rozpoznaje swoje prawdziwe oblicze. Dokonuje się to w formie sakramentalnej, a zatem analogicznej: veluti sacramentum, „czyli znaku i narzędzia wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego” (KK 1). Dopiero w nawiązaniu do tego misterium każde działanie podejmowane w Kościele nabiera swojego pełnego znaczenia. Również działania wyraźnie podyktowane wymogami natury społecznej – a takim może wydawać się rozliczalność – należy odnieść do natury samego Kościoła, a zatem do jego wymiaru wspólnotowego.

Co to może oznaczać w tym konkretnym kontekście? Nierzadko doświadczam w Kościele niechęci wobec skupiania się na problemie wykorzystywania seksualnego małoletnich. Kilka dni temu słyszałam, jak pewien ksiądz wołał: „Znowu? Wciąż mówimy o nadużyciach! Kościół poświęca temu zagadnieniu przesadną uwagę”. Pewna wierząca i praktykująca kobieta powiedziała mi szczerze: „Lepiej nie mówić o tych sprawach, bo wzrośnie nieufność wobec Kościoła. Mówienie o tym zaciemnia całe dobro, jakie się czyni w parafiach. Niech to rozstrzygną między sobą papież, biskupi i kapłani”.

Zastanówmy się, co zaciemnia dobro, jakie dzieje się w naszych parafiach: mówienie o nadużyciach, czy też same nadużycia – w sferze sumienia, władzy, seksu? Tym osobom, które cytowała, ale też samej sobie, chcę powiedzieć, że uświadomienie sobie tego problemu i zrozumienie własnej odpowiedzialności w tej dziedzinie nie jest jakąś obsesją. Nie jest to jakieś nadgorliwe działanie inkwizytorskie w celu spełnienia wymogów czysto społecznych. Jest to obowiązek wynikający z samej natury Kościoła jako tajemnicy wspólnoty opartej na Trójcy, jako pielgrzymującego Ludu Bożego, który nie unika wyzwań, lecz stawia im czoła, z nieustannie odnawiającą się świadomością wspólnoty, jedności i komunii – a dotyczy to także wyzwań związanych z nadużyciami, jakich dopuszczono się w nim samym na szkodę najmniejszych, z podważeniem i złamaniem tej komunii.

Tłum. Magdalena Szczech


[1] Franciszek, List do Ludu Bożego, nr 2.
[2] Jan Paweł II, Przemówienie na zakończenie II Nadzwyczajnego Zgromadzenia Synodu Biskupów, 7 grudnia 1985 r.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2019

Więź, wiosna 2019

Zamów tutaj