Rodzina Tyrmandów mieszkała w centrum Warszawy, sto metrów od pomnika Adama Mickiewicza, przy Trębackiej 5. Tego budynku już nie ma. Pod numerem 3 działa dziś redakcja „Więzi”.

Początkowo była to ulica Dziekańska lub Dziekanowska – wychodziła na teren, którego właścicielem był dziekan kolegiaty świętego Jana Chrzciciela na Starym Mieście. Gdy część budynków zburzono, na powstałym placu ulokowano odlany we Włoszech pomnik Adama Mickiewicza. Figura, ustawiona w setną rocznicę urodzin wieszcza, opiewana będzie między innymi w piosence Mieczysława Fogga „Na Krakowskim Przedmieściu”.

Od XVIII wieku była to już ulica Trębalska, a potem Trębacka – ponoć przez odgłosy trąbek wozów, jakie kursowały do gmachu dawnej Poczty Saskiej na rogu z Kozią. Inni twierdzili, że mieszkali tam trębacze.

Ojciec kaletnik, matka Skamandrytka

Rodzina Tyrmandów mieszka w centrum Warszawy. Sto metrów od pomnika Adama Mickiewicza, po nieparzystej stronie ulicy Trębackiej pod numerem 5. Szkolny kolega Lolka wspomni po latach, że widział u nich w mieszkaniu stos skórzanych butów. Młody Tyrmand miał powiedzieć, że gdyby nie jego ojciec, pół polskiego wojska biegałoby boso.

Jego rodzice przynależą do dwóch różnych światów. Ojciec Mieczysława, Zelman, ma fabrykę lin i sznurów, zasiada też w radzie Synagogi im. Nożyków. Matkę wspiera z kolei bogaty wuj. Maryla, z domu Oliwenstein, uchodzi za kobietę wyjątkowo urodziwą – jeszcze w latach 70. Antoni Słonimski będzie wspominał obraz pięknej blondynki, jaka przesiadywała pośród Skamandrytów w „Małej Ziemiańskiej”. Pod stolikiem biegał tam czasem chłopczyk w atłasowym ubranku. Był to jej syn, Lolek.

Młody Lolek Tyrmand najczęściej włóczy się po okolicy za dużo starszym sąsiadem, Wackiem. Chłopak czaruje przechodniów grą na harmonijce. „Dwunasta godzina na miejskim zegarze” czy uliczne ballady o Czarnej Mańce należą do jego stałego repertuaru.

– Były to ulice niezmiernie warszawskie i nader charakterystyczne dla owego okresu – wspomni po latach Tyrmand. – Pełne niskich, odrapanych murków i ubogich, bezbarwnych czynszówek, których gołe, prostackie fasady i okna określały jakiś wzruszający klasycyzm stylu starej, warszawsko-ulicznej biedy. Niedaleko był także plac Broni. Widzę siedzącą na ziemi postać Wacka w rozpiętym mundurze, z wyciągniętymi, krótkimi nogami w owijaczach, grającego cicho, niezręcznie, urzekająco na ustnych organkach. I jeszcze widzę go na ławce w Ogrodzie Saskim, obok pawilonu Kropli Mleka, przy nieistniejącej już bramie od strony ulicy Fredry albo tuż przy wielkiej fontannie.

Jako nastolatek chodzi do dobrego Gimnazjum Kreczmara na ulicy Wilczej. Kilka roczników niżej edukuje się Richard Pipes – późniejszy doradca Ronalda Reagana. Lolka pochłania to, co rówieśników: literatura, sport, jazz. Na basenie Legii słuchają go z kolegami cały czas, można coś złapać na niemieckich falach radiowych. Już w tamtym okresie unika dogmatów wiary. Jego podejście do tożsamości stanie się szeroko komentowane w przyszłości, gdy w latach 50. będzie ostentacyjnie nosił złoty krzyżyk na szyi. Ostatecznym argumentem dla krytyków Tyrmanda będzie miejsce pochówku – w latach 80. pisarz spocznie żydowskim cmentarzu na Long Island.

Zanim dom zrównano z ziemią

W 1938 wyjeżdża na studia do Paryża. We Francji klepie biedę, ale wykładów u le Corbusiera nie zapomni do końca życia. W wolnych chwilach grywa w tenisa z innym warszawiakiem, Romanowiczem. Chłopaka przysłano na przeszkolenie z położonej na Krakowskim Przedmieściu księgarni Gebethnera i Wolffa.

Na Trębacką Tyrmand wraca w wakacje 1939. Polska wygrywa wtedy piłkarski mecz z Węgrami – kolejne spotkanie międzypaństwowe rozegramy dopiero sześć lat później.

We wrześniu ucieka na Wschód. W Wilnie będzie pisać pod przykrywką do „Prawdy Komsomolskiej” i pomagać w partyzantce AK. Złapany pod zarzutem przewodzenia kontrewolucyjnej organizacji podziemnej trafi na Łukiszki. Zbiegnie z transportu, będzie ukrywać się w oszmiańskich lasach, tam wyrobi sobie francuskie papiery i wyjedzie na roboty do Niemiec. Potem zaokrętuje się do pracy na statku, by uciec do Szwecji, ale zostanie schwytany i osadzony w obozie jenieckim w Grini pod Oslo. Przed końcem wojny pracować będzie w Czerwonym Krzyżu i polskim poselstwie w Kopenhadze. Wróci do Polski późnym latem 1945, jako negocjator pomiędzy MSZ a dipisami ze Skandynawii.

Trębacka – masowy grób

W ostatnich dniach lipca 1944 lokatorzy z sąsiedztwa, Trębackiej 2, ściągają do Polski syna, Jurka, wywiezionego na roboty do Austrii. Do domu wraca w sobotę. Powstanie wybucha we wtorek.

– Dziewiątego sierpnia 1944 do naszej kamienicy, Trębacka 2, przyszło SS – opowie po wojnie Czesławowi Miłoszowi Jurek. – Wygnali wszystkich, każąc spieszyć się i strzelając pod nogi. Zaprowadzano nas do Teatru Wielkiego i na galerii zaczęto odstrzeliwać seriami. Zobaczyłem ścianę i w niej trzy okna, a przy każdym Niemca z karabinem. Z jednego z okien spadał w dół mój ojciec. Stanąłem we framudze i przeżegnałem się. Niemiec się roześmiał. Poczułem lufę na plecach, która szła do karku. I wtedy skoczyłem w dół, na widownię. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem.

Jurek spada na stos ciał, mieszkańców Trębackiej, Koziej i Focha. Gdy wybiega, pod nogami świszczą kule. Od Focha podwórzami przedostaje się na Kozią 3. Znów zjawiają się Niemcy. Zapewniają, że nikomu nic nie zrobią. Jednemu z sąsiadów pozwalają nawet pójść po chleb. Po chwili bochenki lądują na ziemię – rozstrzeliwują wszystkich. Jurek dobiega do piwnicy budynku Trębacka 2. Łapie drabinę i wchodzi po niej na wyższe piętro budynku pod numerem 4. Z innymi mieszkańcami Trębackiej ukrywa się tam do 20 października.

Po wojnie koło Teatru Wielkiego powstaje zbiorowy grób. Napisano na nim, że leży tam sto osiemdziesiąt ofiar, ale Miłoszowi Jurek mówi, że było ich o wiele więcej.

Tyrmandów już nie ma

Po przeciwnej stronie ulicy, tam gdzie Wattson robił najlepsze wizytówki w mieście, stoją sklecone z desek i drutów krzyże. Z większości budynków zostają ledwie szkielety. Maryli i Mieczysława jednak na Trębackiej nie ma już od jesieni 1940. Są w getcie, gdzie Mieczysław podobno pierwszy raz w życiu się czegoś dorabia. Trafiają do obozu Majdanek – tam Maryla widzi go po raz ostatni, na placu.

Z synem Maryla widzi się po wojnie w Łodzi – pierwszy raz od sześciu lat. Po kolejnym owdowieniu wyrusza do Izraela, gdzie – w biurze matrymonialnym – poznaje trzeciego męża. Ich związek przetrwa ćwierć wieku. Gdy Marylę i Jakuba Lewitów w latach sześćdziesiątych odwiedzi Barbara Hoff, druga żona Tyrmanda, teściowa opowie jej historię o małym Lolku, którego musiała przekupywać czekoladą, by poszedł się umyć.

As reportażu

Tyrmand pisze po wojnie do wielu tytułów. Za postawę antykomunistyczną zostaje wyrzucony kolejno ze stowarzyszenia dziennikarzy, z „Przekroju” i – razem z całą redakcją Jerzego Turowicza – z „Tygodnika Powszechnego”. Karta odwraca się, kiedy wydaje „Złego”. Powieść staje się bestsellerem. Nie pozostaje też dłużny wobec tradycji ulicy Trębackiej, organizując pierwszy w Polsce festiwal jazzowy. Otwiera go, grając na trąbce „Swanee River” – jedyną melodię, jakiej się nauczył.

Po wojnie kamienicy przy Trębackiej 5 nie odbudowują. Na sąsiadującej działce pod numerem 3 powstaje nowy budynek. Dziennikarz Andrzej Roman opowiadać będzie, że gdy nocne życie kładło się spać, ostatni narwańcy zatrzymywali kursujące po mieście polewaczki i szoferzy wieźli ich na Trębacką 3 do klubu „Ściek”. Tak z resztą powstała nazwa dla lokalu, mieszczącego Klub Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Pisarz Janusz Głowacki wymyślił ją właśnie w kabinie takiego pojazdu.

Tyrmand amerykański

Ale Tyrmanda już wtedy w Polsce nie ma. Wyjeżdża w marcu 1965 roku. – Przyjaciele tak nie robią – powie mi po latach profesor Zdzisław Najder.

A Tadeusz Konwicki we „Wniebowstąpieniu” w usta jednego z bohaterów włoży słowa: „Pana Lola już nie ma z nami”. Opinia publiczna w Polsce otrzymuje w tym czasie paszkwile na łamach „Trybuny Ludu” czy „Szpilek”, w których ocenzurowany Tyrmand nazywany jest „szmoncesem” czy „hochsztaplerem”.

Gdy nocne życie kładło się spać, ostatni narwańcy zatrzymywali kursujące po mieście polewaczki i szoferzy wieźli ich na Trębacką 3 do klubu „Ściek”

Pan Lolo mieszka w USA. Współpracuje z „Kulturą”, a potem z londyńskimi „Wiadomościami”, które jego „Życie towarzyskie i uczuciowe” nagradzają jako emigracyjną książkę roku. Przede wszystkim jednak – robi karierę jako publicysta „The New Yorker Magazine”. Wiedzą o tym nieliczni przyjaciele – Stefan Kisielewski, Sławomir Mrożek, Zbigniew Herbert, Tadeusz Konwicki. Reklamy jego tekstów jeżdżą na autobusach po Nowym Jorku. Otrzymuje listy gratulacyjne od prezydentów Nixona i Cartera. Zostaje wybrany do delegacji najwybitniejszych dwudziestu amerykańskich pisarzy, jaką prezydent Reagan wysyła w 1982 roku do Chin. Poznaje Rockefellerów. Wręcza nagrodę ufundowaną przez jego redakcję Jorge Luisowi Borgesowi.

Powrót do przeszłości

Jako dojrzały mężczyzna wyciąga z pamięci ponury obraz dzieciństwa na Trębackiej: biedę, współdzielenie łazienki na piętrze, bogatych sąsiadów i ojca, który niczego nie mógł się dorobić. Nade wszystko nie może jednak przeboleć braku aspiracji intelektualnych, jakim przesiąkał za młodu. W gimnazjum musiał świecić oczami, gdy rodzice spóźniali się z czesnym. Stypendium na studia wyżebrał we francuskiej ambasadzie.

W początkach roku 1981 współpracujący z redakcją londyńskich „Wiadomości” literaci zaproszeni zostają na łamy ostatniego, wspominkowego numeru.

Marcel Woźniak, autor tekstu, przy ulicy Trębackiej 3, 2018 r.

Marcel Woźniak, autor tekstu, przy ulicy Trębackiej 3, 2018 r. Fot. Agnieszka Jurkowska

– Warszawski teen-ager z niezamożnego domu, dotknięty miazmatem uciech pisanego słowa, z reguły należał do czytelni – wspomina Tyrmand. – Moja była u panien Frühling, w ciemnawej, stylowej jamie pod kolumnadą Teatru Wielkiego, zaraz przy ulicy niegdyś Nowosenatorskiej, później Focha. W wieku lat czternastu, sprzeniewierzając się matce, która wolała Frühliżanki, przeniosłem się do banalniejszej dyspozytorni książek przy ulicy Niecałej. (…) Był to czas dzielony pomiędzy szkołę, szmaciankę w Ogrodzie Saskim i wypatrywanie rozbierających się pokojówek w wytwornych apartamentach parzystej strony ulicy Trębackiej.

Kilka dni później sam zostaje ojcem. W 1984 roku kończą budowę domu. Przydają się wspomnienia wykładów architektury u le Corbusiera.

Jego śmierć w marcu 1985 roku następuje nagle. Owdowiała Mary Ellen nie może się z otrząsnąć z traumy przez kolejne pół roku. Dlatego nie pamięta ani pogrzebu, ani okoliczności przekazania spuścizny po mężu na Uniwersytet Stanforda. Wszystkim zajmuje się matka Ellen i to ona decyduje o pochowaniu Leopolda w ich rodzinnym grobie na Long Island.

Dom bez ścian

W XXI wieku Leopold Tyrmand wciąż czeka na pośmiertny benefis. W 2016 roku ukazała się jego pierwsza biografia. Rok 2020 Sejm ustanowił oficjalnie rokiem Tyrmanda.

Wydarzenia z okolic Trębackiej, jakie na łamach „Przekroju” opisał Miłosz, znalazły swoje odbicie w pamiątkowej tablicy. Jurek miał rację. Zawieszona na gmachu Teatru Wielkiego płyta mówi dziś o trzystu pięćdziesięciu Polakach zabitych w ruinach budynku.

W miejscu dawnego studia Eugeniusza Bodo dziś mieści się Kino Kultura. Pod Trębacką 3 adres ma redakcja „Więzi”, a pod numerem 4 urzęduje Krajowa Izba Gospodarcza.

Pod numerem 5 nie ma nic, prócz trawnika. Jedno się nie zmieniło – ulica wciąż wychodzi na pomnik Adama Mickiewicza przy Krakowskim Przedmieściu.