Do mojego miasta powróciły właśnie ulice Dąbrowszczaków oraz przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego. Chciałbym wierzyć, że obecne doświadczenie porażki dekomunizacji doprowadzi w końcu do rozsądnego zagospodarowania ideowego przestrzeni publicznej.

1 kwietnia 2016 roku Sejm uchwalił tzw. ustawę dekomunizacyjną. Krótki, pięciostronicowy akt zdołał w niedługim czasie wywołać falę krytyki na gruncie zastosowania ustawy przez wojewodów. Ich aktywność doprowadziła do licznych starć z gminami (bo nadawanie nazw ulic jest ich zadaniem). Konflikty w dużej mierze kończyły się w sądach administracyjnych. Większość spraw wojewodowie przegrali, z różnych zresztą przyczyn. Wyniki postępowań mogły sprawić mylne wrażenie, że problem ma w istocie podłoże polityczne. Czy na pewno tak było? Jakie były rzeczywiste przyczyny klęski zastosowania ustawy o dekomunizacji przestrzeni publicznej?

Zaznaczmy, że materia podjęta przez Sejm w istocie wymagała poważnego potraktowania. Uporządkowanie sfery publicznej powinno nas interesować w każdym czasie, nawet jeśli sprowadzać by się to miało do zmian kosmetycznych – ale jakże symbolicznych. Za taką kwestię z pewnością można uznać problem „dekomunizacji” ulic, pozbycia się niechlubnych patronów z epoki słusznie minionej. Piszę: można, gdyż problem to wciąż aktualny i na kanwie rozstrzygnięć sądowych, wymagający stosownego komentarza i przemyśleń na przyszłość. W końcu „Polak mądry po szkodzie”.

Zasadniczym problemem ustawy był lakonicznie skonstruowany przepis stanowiący wskazówkę, w jakich okolicznościach organy stosujące prawo miałyby posłużyć się ustawą. Co stanowiło katalizator działań władzy wykonawczej? Niezgodne z prawem propagowanie komunizmu lub innego ustroju totalitarnego poprzez wykorzystanie nazw odwołujących się do „osób, organizacji, wydarzeń lub dat symbolizujących represyjny, autorytarny i niesuwerenny system władzy w Polsce w latach 1944–1989”. Wskazówka interpretacyjna jest wybitnie nieintuicyjna.

Dlatego nie dziwi wymóg zasięgnięcia opinii Instytutu Pamięci Narodowej.

Co autor miał na myśli?

Czy nazwa ulicy mogłaby w ogóle cokolwiek propagować? Odpowiedzi na to pytanie podjął się m.in. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach (wyrok IV SA/GI 565/18). Posiłkując się słownikową definicją „symbolu”, sąd konstatował, że „aby dany przedmiot, osobę lub grupę osób uznać za symbolizujące określony system polityczny, musi zostać niewątpliwie wykazane, że ich symboliczny charakter znajduje odzwierciedlenie w odbiorze społecznym w ten sposób, że jednoznacznie kojarzą się społeczeństwu z tym systemem. Tylko wtedy, gdy symbol jest czytelny i rozpoznawalny można przyjąć, że stanowi on znak danej idei, czy systemu”.

Kto w ocenie sądu może zasłużyć sobie na takie miano? Osobistość związana z władzą, której rola w tworzeniu systemu komunistycznego jest oczywista i powszechnie znana – sąd wymienia postaci takie jak: Lenin czy Stalin, z polskich zaś: Bierut czy Gomułka. Dla gliwickiego WSA propagowanie danej idei lub systemu politycznego poprzez używanie symboli może mieć miejsce tylko wtedy, gdy znaczenie tych symboli jest jasne i czytelne dla opinii publicznej. Liczy się wymiar powszechności. Sąd ten poniekąd obnażył nieadekwatność ustawy do oczekiwań, które, jak się wydaje, żywili względem niej (a raczej interpretowali ją szeroko) wojewodowie. Pisał bowiem w sentencji gliwicki WSA, że „gdyby wolą ustawodawcy było wyrugowanie z przestrzeni publicznej szerszego grona osób czy organizacji, to inaczej sformułowałby treść przepisów wyznaczających zakres obowiązku dekomunizacyjnego i nie definiowałby go za pomocą pojęcia symbolu komunizmu, propagującego ten ustrój”.

Tym samym sąd dał do zrozumienia, że ustawa nie będzie mogła znaleźć zastosowania w sprawach kontrowersyjnych ani w przypadku działaczy w gruncie rzeczy lokalnych. Aby zatem można było mówić o symbolach komunizmu i jego propagowaniu przy ich pomocy, patroni ulic objęci interesującą nas regulacją musieliby jednoznacznie kojarzyć się z tym systemem czy to mieszkańcom, czy też innym osobom przebywającym w danej przestrzeni publicznej.

Pogląd ten nie był jednak wolny od krytyki. Sąd w Opolu (sprawa II SA/Op 282/18), opierając się na konstatacjach gliwickiego orzeczenia stwierdzał, że w myśl ustawy „rolą organu nadzoru jest wykazanie, że działalność społeczna danej osoby koncentrowała się wokół kwestii związanych z aktywnością na polu partyjnym, a efekty tej działalności są wyłącznie wynikiem powiązań o charakterze politycznym i przynależności do partii politycznej (w tym wypadku PZPR)”. Tenże sąd uznał jednak pogląd co do powszechności znajomości działaczy komunistycznych za zbyt radykalny: „symbolami komunizmu mogą być też działacze niższych szczebli struktur partyjnych, o ile w sposób jednoznaczny można stwierdzić, że ich rola społeczna ograniczała się do działalności politycznej, a ich zasługi dla społeczeństwa są nieporównywalnie mniejsze w stosunku do szkód wyrządzonych działalnością mającą na celu utrwalenie porządku totalitarnego na każdym szczeblu hierarchii aparatu partyjnego. Kwestie te wymagają jednak pogłębionych analiz, ku czemu możliwość ma każdorazowo Wojewoda”.

Historia na wokandzie?

Niezależnie od poglądów poszczególnych sądów, które jak wiadomo nie mają w polskim systemie charakteru precedensu, materia, nad którą pochylić się musiał gliwicki WSA, z pewnością może być uznana za kontrowersyjną. W tej sprawie badano zgodność z prawem zarządzenia zastępczego wojewody śląskiego, którym „zdekomunizowano” ulicę I Armii Wojska Polskiego. Zarządzenie zastępcze stanowi w myśl ustawy narzędzie, którym wojewodowie mają prawo posłużyć się w razie bezczynności organów samorządu, o ile same we właściwym czasie nie dokonają zmian nazw ulic.

W kontekście sygnalizowanej sprawy sąd podał w wątpliwość, czy historyczna formacja wojskowa jawi się bardziej jako symbol komunizmu niż przynoszące wolność wojsko polskie. Jego zdaniem: „powyższe stawia pod znakiem zapytania realność uzyskania efektu propagandowego, którego możliwość wystąpienia stanowi przesłankę powstania obowiązku dekomunizacyjnego. Organ nadzoru nie przedstawił argumentacji na poparcie tezy, iż nazwa ulicy – I Armia Wojska Polskiego stanowi instrument propagowania komunizmu”.

Konstatacja ta nie miała znaczenia dla rozstrzygnięcia sprawy. Zdaniem samego sądu w jego gestii nie leży ocena zasadności upamiętniania kogokolwiek. WSA w Opolu wskazał, że „rolą sądu administracyjnego jest kontrola legalności działalności organów administracji publicznej. W analizowanej sprawie kontrola ta dotyczy działalności organu stanowiącego gminy uwieńczonej wydaniem zaskarżonej uchwały. Kontrola odbywa się wyłącznie pod kątem zgodności z prawem. Sąd administracyjny nie jest bowiem uprawniony do stosowania innych kryteriów, takich jak zasada słuszności czy zasady współżycia społecznego, czy też samodzielnego formułowania ocen stricte historycznych”.

Wyraźnie określają to pierwsze przepisy Prawa o ustroju sądów administracyjnych, według których WSA nie ma kompetencji, by orzekać co do istoty sprawy. Musi skoncentrować się na aspekcie legalności działania organów. To istotne, bo materia, wybitnie nadająca się pod dysputy naukowe i publicystyczne, z punktu widzenia sądów ograniczała się do formalnie rozumianej zgodności z prawem.

Meandry prawa administracyjnego

Mimo niedyskusyjnych rozstrzygnięć sądów, na gruncie zarówno sprawy ulicy I Armii Wojska Polskiego, jak i wielu innych, judykatura wskazała na szereg istotnych, ściśle prawnych problemów, które zadecydowały o tym, że ustawa nie spełniła swej roli. Krytyka sądów wywołała wrażenie, jakoby wymiar sprawiedliwości wyraził sprzeciw dla samej idei dekomunizacji.

W przypadku ulicy I Armii Wojska Polskiego sąd uchylił zarządzenie zastępcze wojewody śląskiego w związku z faktem, że organ nadzoru nie wykazał w tej sprawie istnienia uprawnienia do usunięcia z przestrzeni publicznej Bielska-Białej nazwy przedmiotowej drogi. Ustawodawca bowiem nadał organowi nadzoru to prawo wyłącznie w sytuacji, gdy organ ten posiadał uprawnienie do wyrugowania symbolu komunizmu z danej z przestrzeni publicznej. Ustawa o drogach publicznych tymczasem stanowi, że do zmiany nazwy ulicy będącej drogą wewnętrzną niezbędne jest uzyskanie zgody właścicieli gruntów zajętych przez daną drogę. Tymczasem ulica I Armii Wojska Polskiego właśnie taką drogą była i wojewoda błędnie twierdził, że ustawa wyłączała stosowanie przepisów o drogach wewnętrznych.

Krytyka sądów wywołała wrażenie, jakoby wymiar sprawiedliwości wyraził sprzeciw dla samej idei dekomunizacji

Ustalenia WSA skończyły się na tym, że przywoływany przepis o decydującym dla sprawy znaczeniu nigdy nie został uchylony, a ustawa dekomunizacyjna nie zawiera żadnych postanowień tamujących jego stosowanie.

Co prawda pierwotna wersja ustawy zakładała konieczność uzyskania zgody właścicieli na zmianę nazwy przez organ nadzoru, jednak nowelizacja zrezygnowała z tego rozwiązania. Jak wyjaśniał owe zamieszanie sąd: „zamieszczona w ustawie dekomunizacyjnej regulacja formułująca wymóg uzyskania pisemnej zgody właścicieli na nadanie zarządzeniem zastępczym nazwy drodze wewnętrznej dotyczyła wyłącznie organu nadzoru. Wniosek ten wypływa z literalnego brzmienia wyżej przytoczonych przepisów prawnych, jak również z przyjmowanego powszechnie założenia idealizacyjnego racjonalności prawodawcy. W sytuacji, gdy w systemie prawnym istniał już obowiązek uzyskiwania przez jednostkę samorządu terytorialnego pisemnej zgody właścicieli na nadanie nazwy drodze wewnętrznej (wynikający z ustawy o drogach publicznych) nieracjonalne byłoby jego powtarzanie i dublowanie w ustawie dekomunizacyjnej. Tym samym w dacie wejścia w życie ustawy dekomunizacyjnej obowiązek ten ciążył na organie nadzoru na mocy przytoczonych przepisów ustawy dekomunizacyjnej, a na jednostce samorządu terytorialnego – (…) ustawy o drogach publicznych”.

W przedmiotowej sprawie wojewoda wydał zarządzenie zastępcze w związku z rzekomą bezczynnością organu samorządu, który zobligowany był pozyskać zgodę właścicieli. Zgody ostatecznie nie było…, gdyż droga wewnętrzna nie została nigdy geodezyjnie wytyczona i nie sposób jednoznacznie ustalić wszystkich działek tworzących tę drogę i ich właścicieli. Sama tylko sprawa ulicy I Armii Wojska Polskiego unaocznia dwa problemy – absurdalność polskiego zarządzania przestrzenią publiczną, jak i fakt, że na przeszkodzie dekomunizacji stanąć może wiele zawiłości prawnych, których ani ustawodawca w swej lakonicznej wypowiedzi, ani stosujący prawo wojewoda nie byli w stanie przewidzieć.

Na znacznie bardziej oczywisty problem prawny, związany z bezpośrednim zastosowaniem ustawy dekomunizacyjnej, wskazuje wspominany już WSA w Opolu. W podejmowanej przezeń sprawie sąd zwrócił uwagę na charakter obligatoryjnej opinii IPN i jej wpływ na zgodność działania wojewody z prawem. Ustawodawca przewidział obowiązkowe współdziałanie organów: dysponującego wiedzą specjalistyczną i nadzoru, gdy w grę miało wchodzić wydanie zarządzenia zastępczego. Nie oznacza to natomiast, że na wojewodzie spoczywa obowiązek dostosowania się do opinii. Organ nadzoru nie jest nią związany, wydając zarządzenie zastępcze nie musi powielać konkluzji. Wprost przeciwnie, jest obowiązany dokonać swobodnej oceny dowodowej opinii, która nie zastępuje merytorycznego stanowiska, a co najwyżej je wspiera.

Tymczasem w sprawie ronda im. Konstantego Chmielewskiego w Kędzierzynie-Koźlu zupełnie nie zważono, na ile lokalne zasługi chemika i prezesa Zakładów Azotowych mogą niknąć w cieniu politycznego oblicza i partyjnej działalności. Powołując się na wyrok NSA II OSK 658/18, opolski WSA stwierdził, że nie jest wystarczające oparcie się na lakonicznej, nie zawierającej głębszego uzasadnienia opinii IPN. Organ nadzoru jest obowiązany dokonać oceny materiału dowodowego pod kątem jego kompletności, spójności, logiczności – w celu stwierdzenia, czy na podstawie tego materiału dowodowego istnieje możliwość wydania zgodnego z prawem rozstrzygnięcia. 

Tego działania po stronie wojewody opolskiego zabrakło. O tym, że opinia IPN sama w sobie nie wystarcza, by przekonać sąd o konieczności dekomunizacji, przekonał się wojewoda mazowiecki, któremu w toku sprawy II SA/Wa 248/18 WSA wytknął, że w opinii w istocie opisano postać inną, niż rzeczywisty patron spornej ulicy! Myląc Józefa Juliana Chmiela, lokalnego nauczyciela, z komunistą Józefem Chmielem, sąd trafnie ocenił, że wobec niespełnienia przesłanki zastosowania ustawy, tj. nieistnienia ulicy, którą wojewoda planował zdekomunizować, organ nadzoru w sposób niedopuszczalny i wbrew ustawie wyeliminował z przestrzeni publicznej ulicę Józefa Juliana Chmiela. O lekkomyślnym podejściu do sprawy świadczy zresztą, że pełnomocnik wojewody miał przyznać, że sam nie wie, gdzie dokładnie znajduje się kontrowersyjna (bo nieistniejąca) ulica.

Na niecodzienny problem zwrócił uwagę olsztyński WSA. W tamtejszym przypadku wojewoda warmińsko-mazurski najpierw wydał zarządzenie zastępcze 13 grudnia 2017 r., które po pięciu dniach zmienił. Wydając kolejne powołał się na tę samą podstawę prawną. Ten kolejny akt wewnętrzny należy potraktować jako nowe zarządzenie merytorycznie dotyczące tej samej ulicy.

Ustawa takiego obrotu spraw nie przewiduje. Już z chwilą wydania zarządzenia zastępczego z 13 grudnia 2017 r. wojewoda zużył nadanego mu uprawnienia, więc wydanie kolejnego zarządzenia zastępczego nastąpiło bez podstawy prawnej. Jak organ nadzoru argumentował tę zmianę? W wyniku konsultacji z mieszkańcami dojść miał do przekonania, że zastąpienie ulicy Wincentego Pstrowskiego ulicą Żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady Armii Krajowej może, z uwagi na rozbudowanie, rodzić trudności w jej stosowaniu. „Nowela” zarządzenia skracała nazwę do postaci 5 Wileńskiej Brygady AK. „Sąd nie podziela przy tym stanowiska Wojewody – wskazywał WSA – że mógł on dokonać zmiany swojego zarządzenia, gdyż zrobił to w terminie w którym nie wygasła jeszcze jego kompetencja w tym zakresie. Taka interpretacja musiałaby prowadzić do uznania, że w terminie określonym przez ustawodawcę wojewoda mógłby zmieniać swoje zarządzenie – a tym samym nazwę ulicy – wielokrotnie. Takiego uprawnienia wojewody nie sposób jednak wyprowadzić z przepisów ustawy”.

Organ nadzoru tłumaczył swoje postępowanie, odnosząc się do uprawnienia rad gminy do wydawania uchwał zmieniających wcześniejsze uchwały w zakresie posiadanych kompetencji. Olsztyński WSA stwierdził, że nie da się wywieźć takiego uprawnienia w drodze analogii. W świetle przepisów o samorządzie gminnym nie można utożsamiać kompetencji organu uchwałodawczego, jakim jest rada gminy, i organu nadzoru, tj. wojewody. Okoliczność, że ten ostatni uzyskał w trybie ustawy dekomunizacyjnej uprawnienie do zmiany nazwy ulicy w drodze zarządzenia zastępczego, ma charakter wyjątkowy i musi być wąsko interpretowany. Skoro zaś kompetencja do dokonania zmiany zarządzenia zastępczego nie wynika ani z przepisów ustawy o zakazie propagowania komunizmu, ani z przepisów ustawy gminnej czy też innych przepisów prawa, nie można jej domniemywać. W związku z powyższym – zdaniem sądu –  należało uznać, że zaskarżone zarządzenie zastępcze narusza prawo.

Owe rozumowanie wydaje się ze wszech miar logiczne. Kolejny raz jednak zawiłości prawne stanęły na przeszkodzie efektywnej dekomunizacji.

Z pokorą i starannością

Te cztery sprawy to raptem wierzchołek góry lodowej. W wielu orzeczeniach problem badany przez sądy administracyjne miał zbliżony charakter. Przegrane wojewodów w sporach z organami samorządowymi muszą prowadzić do przykrego wniosku, że (poza wątpliwym szacunkiem dla zasady subsydiarności) przedsiębrane przez nich starania o dekomunizację często raziły brakiem przygotowania i profesjonalizmu.

Same sądy nie musiały podejmować się karkołomnych tłumaczeń – udowadniały raczej nieznajomość prawa publicznego przez wojewodów. Z jednej strony można obronić organy nadzoru faktem, że ich sprawy były pierwszymi. I dopiero teraz, po poznaniu toku rozumowania sądów, można uzbroić się w odpowiedni oręż. Niniejsza materia jednak nie powinna być traktowana instrumentalnie. Przeciwnie, wnioski płynące ze spraw o dekomunizację powinny sugerować większą staranność przy pisaniu ustaw, skoro ta, dwukrotnie zresztą już nowelizowana, nie była w stanie przewidzieć skomplikowania prawnego pozornie prostych (merytorycznie) spraw.

Sądy nie musiały podejmować się karkołomnych tłumaczeń – udowadniały raczej nieznajomość prawa publicznego przez wojewodów

Działalność wojewodów nie powinna być ukierunkowana na zwycięstwo za wszelką cenę, ale na zrozumienie wątpliwości rodzących się w związku z ingerencją władzy centralnej w autonomiczne poczynania samorządu. W ogóle osiąganie na drodze sądowej tak istotnego dla nas wszystkich celu, jakim jest dekomunizacja przestrzeni publicznej, sprawia przykre wrażenie. To nie powinna być materia sporna. Administracyjnoprawna metoda regulacji kładzie nacisk właśnie na legalizm, na zgodność z prawem. Nie można winić samorządowców za opieranie się organom nadzoru gdy, jak wykazały to następczo sądy administracyjne, miały one rację co do nieznajomości, a raczej: nieumiejętności zastosowania prawa przez wojewodów.

Zwróćmy uwagę, że sądy doceniały rolę samej ustawy. Opolski WSA pisał: „Zakaz propagowania komunizmu jest celem legitymowanym konstytucyjnie i uprawnione było wykreowanie na jego bazie obowiązku dekomunizacji, połączonego z uprawnieniem do władczego wkroczenia przez organ nadzoru w przypadku, gdy obowiązek nie został wykonany. Zgodnie bowiem z art. 13 Konstytucji RP zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa. (…)  Kodeks karny penalizuje publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa”.

Asumpt do poważniejszej dyskusji

Sprawa dekomunizacji ulic każe zwrócić uwagę na szersze zagadnienie. Wydaje się, że ograniczanie porządkowania przestrzeni publicznej wyłącznie do symboli i postaci związanych z opresyjnym systemem PRL stanowi drogę na skróty. Wiele osób pamięta dobrze te czasy i wie, kto niechlubnie zaznaczył się w historii, czy to lokalnej, czy ogólnopolskiej. Rugowanie nazwisk znanych szerszemu gronu jest celowe, jednak z pewnością w Polsce są miejsca upamiętniające niewłaściwe osoby, niekoniecznie proweniencji komunistycznej.

Zwróćmy uwagę, że na warszawskiej Woli istnieje ulica Erika Dalhberga. To nazwisko z pewnością mówi większości niewiele. Ów Szwed był oficerem Karola X Gustawa, który uczestniczył oblężeniach polskich miast w dobie Potopu. Nie odegrał w wojnie jakiejś kluczowej roli, nie mniej – był najeźdźcą. Czym zasłużył sobie na ulicę w okupowanej niegdyś przez Skandynawów Warszawie? Nim Szwedzi dobywali polskich twierdz, sporządzał stosowną dokumentację i osobiście uwiecznił na rycinach wizerunki XVII-wiecznych miejscowości. Czy to wystarczy, by zasłużyć sobie na honor bycia patronem jednej ze stołecznych ulic? Może należy upamiętnić podobnie jakiegoś żołnierza Wermachtu który, nim zburzono Warszawę, uwiecznił na fotografiach miasto, którego już nie ma?

Częste zastępowanie nazw ulic nawiązujących dotychczas do nomenklatury PRL postaciami podziemia niepodległościowego sprawia wrażenie potrzeby dowartościowania osób, przez wielu uważanych za niedocenionych bohaterów. Odbywa się to w drodze automatyzmu podporządkowanemu potrzebie przeciwstawiania dobra złu

Zdaje się, że zbyt łatwo można „zasłużyć sobie” na otrzymanie patronatu nad ulicą. Coś, co powinno stanowić wyróżnienie i świadomy element polityki (pięknym przykładem jest Łódź z tradycjami PPS-owskimi i siatką racjonalnie krzyżujących się ulic, nawiązujących ściśle do Rewolucji 1905 roku i międzywojnia), stanowi w gruncie rzeczy koncert nieprzemyślanych i nierzadko śmiesznych życzeń. Częste zastępowanie nazw ulic nawiązujących dotychczas do nomenklatury PRL postaciami podziemia niepodległościowego sprawia wrażenie potrzeby dowartościowania osób, przez wielu uważanych za niedocenionych bohaterów.

Odbywa się to w drodze automatyzmu podporządkowanemu potrzebie przeciwstawiania dobra złu. Tym samym, ulice są zagospodarowywane w mało racjonalny, zdaje się emocjonalny sposób. Pomijam fakt, że popularyzując dawne czasy nie musimy ograniczać percepcji do XX stulecia i postaci represjonowanych. Historia zna wiele bezpieczniejszych, bo nie budzących tak licznych sporów postaci, które godzi się wynieść na uliczne „sztandary”. Miniony wiek takich kontrowersji przynosi co nie miara. Sporny pozostanie czas, jaki musi upłynąć, nim opadną emocje związane z daną postacią. Ile lat musieliśmy czekać, by bez skrajnych postaw odnieść się do marszałka Piłsudskiego, którego dziś nie brak chyba w żadnym polskim mieście? Potrzebowaliśmy 50 lat odgórnego zakazu honorowania tej postaci historycznej, w PRL tendencyjnie oczernianej, w latach 30. zaś – tuż po śmierci Komendanta – hołubionej przez pół Polski i znienawidzonej przez pozostałych. Droga do stonowanego szacunku była kręta i wyboista.

W moim rodzinnym Olsztynie położone jest np. rondo Franklina D. Roosevelta, prezydenta Stanów Zjednoczonych. Od zawsze zastanawiałem się, czym przysłużył się mojemu miastu i Polsce, że został tak doceniony? Powszechność wiedzy o jego udziale w konferencji jałtańskiej powinna raczej przeważać na rzecz negatywnych skojarzeń tej postaci z naszą ojczyzną, choć z „komunizacją” Polski miał związek jedynie pośredni.

Dekomunizacja ulic oznacza zawężenie problemu, jakim powinna być w gruncie rzeczy racjonalizacja ideowego zagospodarowania przestrzeni publicznej, rugująca tak zbrodniczych (i tylko takich) komunistów, osoby niemające z Polską żadnych związków, jak i postaci fikcyjne, których obecność na szyldach ulic (vide: Obi-Wan-Kenobi w Grabowcu) może wywoływać uśmiech zażenowania.

Jaką rolę w tym wszystkich odegrały sądy administracyjne? Przede wszystkim wskazały, że porządkowanie ulic wcale nie jest tak proste, jak mogłoby się wydawać. Wskutek nieprzemyślanych decyzji do mojego miasta powróciły ulice Dąbrowszczaków oraz przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego. Podejmowanie niewłaściwych decyzji smuci nie mniej niż świadomość, że ci patroni ponownie będą wytyczać drogę mieszkańcom Olsztyna. Chciałbym wierzyć, że porażka dekomunizacji pozwoli na przygotowanie rozsądniejszego i skuteczniejszego mechanizmu poprawy wizerunku miast.