Niewątpliwie historia polskiego teatru w XX wieku dowodzi, że Bóg był w nim często obecny.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007 jako odpowiedź w ankiecie redakcji: „Czy kwestia wiary jest ważna dla Pani/Pana jako twórcy? Czy teatr jest sposobem poznawania lub ukazywania Boga i w jaki sposób to robi? Czy teatr ma prawo bluźnić?”.

Homo religiosus jest bohaterem prawie wszystkich moich sztuk. „Car Mikołaj” opowiada o ludziach, którzy tak bardzo wierzą, że dawny porządek z Jezusem i Carem na czele, zburzony przez rewolucje sowiecką i niepodległość Polski, jest fundamentem ludzkiego istnienia, że próbują go stworzyć na nowo. W „Pekosiewiczu” bohaterem jest dziecko wojny, którego wiara kształtowana jest z jednej strony przez kościół, z drugiej równie zawzięcie przez partię. W „Turlajgroszku” podobnemu procesowi poddane jest dziecko z biednej białoruskiej rzeczywistości, które ma przed sobą wybór: z jednej strony tradycyjny, religijny system wartości w połączeniu z biedą; z drugiej – świat szatański w połączeniu z bogactwem i doczesnym spełnieniem. W „Proroku Ilji” bohaterowie powtarzają gest, który leży u początków chrześcijaństwa: próbują ukrzyżować kogoś, w kogo wierzą, że jest nowym bogiem. W „Merlinie” wiara w nowy wspaniały świat, którą zaszczepia ludziom syn szatański jednorodzony, prowadzi do tragedii i apokalipsy. W „Malambo” kowal prowadzi spór z Jezusem o sens życia i nie wychodzi z tego sporu przegrany. W „Śnie pluskwy” wreszcie próbuję pokazać, jak wiara w komunizm w Rosji bliska była wierze chrześcijańskiej i jak obie wiary wiele sobie do dziś zawdzięczają. Dodam jeszcze, że każda z moich sztuk w sensie konstrukcji dramaturgicznej bardziej albo mniej odwołuje się do obrzędu, mszy: łacińskiej, prawosławnej, a nawet kreolskiej. Tak więc chyba mogę powiedzieć, że kwestia wiary jest dla mnie dość ważna.

Jest takie bardzo odważne powiedzenie Osterwy, było nie było jednego z ojców duchowych polskiego papieża, że teatr Bóg stworzył dla tych, którym nie wystarczał kościół. I niewątpliwie historia polskiego teatru w XX wieku dowodzi, że Bóg był w nim często obecny. Dość przypomnieć „Księcia Niezłomnego” i „Apocalypsis cum figuris” Grotowskiego, przedstawienia Swinarskiego z „Nie-boską komedią”, „Klątwą”, „Sędziami” i „Dziadami”, Dejmka z „Dziadami”, „Historyją o chwalebnym zmartwychwstaniu” i „Dialogus de passione”, „Wielopole” Kantora i wielu innych spektakli rozmaitych, których tylko z braku miejsca tu nie wymienię. Myślę, że teatr odwołujący się do korzeni, do rytuału, ukazujący w jakiejś formie ofiarę i zstąpienie na ziemię bóstwa przyjmującego ofiarę, jest czymś archetypicznym i fundamentalnym w swoim sensie. Bez tego najbardziej poważnego czynu, jakim jest przeżycie duchowe, iluminacja bądź katharsis w ogóle jest bez sensu.

Teatr naturalnie ma prawo bluźnić. Najlepszym tu przykładem jest Boże Ciało w barokowej Hiszpanii i auto sacramentales, które były z tym świętem związane. Otóż święto to w Hiszpanii (dziś naturalnie zostały z tego szczątki) to było karnawał, święto diabła, najbliższe dzisiejszemu wyobrażeniu tego byłyby pewnie „parady równości”, tyle że w skali dwudziestoczterogodzinnej. Tego dnia diabeł był królem tego świata i wolno mu było robić wszystko. Na ulicach, na placach, w domach i podwórzach odbywały się więc seksualne szaleństwa nie tylko w wymiarze heteroseksualnym. Bez umiaru jedzono, pito i tańczono. Tego dnia można też było bluźnić do woli. Z tego czasu zostały w języku hiszpańskim do dziś przekleństwa odwołujące się do narządów rodnych Matki Boskiej czy wyposażenia seksualnego Pana Boga. Oczywiście dzień dobiegał końca i uroczyście wracał czas powszedni: diabła zakuwano w łańcuchy i zsyłano do piekła. Triumfował Przenajświętszy Sakrament. W autosach Calderóna pozostał zapis tego czasu. Wbrew temu, co wydaje się dziś rozmaitym „świętym mężom”, którzy zawędrowali ostatnio do teatru, te zdarzenia teatralne obfitują w dialektykę i względność wszelkich wartości, a zarazem ujawniają wielką energię i radość, która wynika z życia i jednocześnie jest wielką chwałą Tego, w którego wierzymy, że tej energii i radości jest sprawcą.

Tekst ukazał się w miesięczniku „Więź” nr 5/2007.