Żałoba ma swoje etapy. Trzeba przejść je wszystkie. Oczywiście każdy człowiek ma swoje tempo. Nieprzepracowana żałoba z całą pewnością boleśnie zaciąży na życiu człowieka, który chciał ją ominąć.

– Pamiętam bardzo dużo czarnych butów – opowiada Wioleta.

Inne kobiety z grupy wsparcia w żałobie mówiły to samo. Wryły się im w pamięć obrazy pełne czarnych butów, które widziały po wyjściu z domu pogrzebowego czy kościoła, a potem na cmentarzu.

Od śmierci męża Wiolety minęło osiem lat. Mąż Lucyny odszedł dziewięć lat temu. Wdowy wymieniają precyzyjnie daty kolejnych etapów choroby swoich mężów, czasem dodają godziny.

Lucyna i Henryk

– W naszym przypadku wszystko potoczyło się bardzo szybko – opowiada Lucyna. – W kwietniu 2010 r. mąż zaczął się skarżyć na silne bóle brzucha. Poszedł do lekarza, który stwierdził, że ma helikobaktera i przepisał leki. Jednak bóle nie ustępowały. Zdecydowaliśmy, że na wszelki wypadek mąż powinien zrobić USG jamy brzusznej. Badanie odbyło się 8 maja. Od razu było wiadomo, że jest źle. Wykryto narośl na trzustce. Zlecono mnóstwo dodatkowych badań. Diagnoza była obezwładniająca – rak trzustki. Nowotwór okazał się tak bardzo zaawansowany, że nie zaproponowano nam leczenia przyczynowego, czyli takiego, którego celem byłaby walka z chorobą. Na to było już za późno. Pozostało jedynie leczenie objawowe – skoncentrowane na niwelowaniu skutków, jakie wywołuje choroba. Znajoma lekarka powiedziała mi, że w najlepszym wypadku Henrykowi został rok życia. Zasugerowano nam kontakt z hospicjum. Jak w wielu, podobnie i w nas, już samo słowo „hospicjum” budziło lęk i podejrzenia. Zdecydowaliśmy się jednak odwiedzić najbliższe, czyli puckie hospicjum, którego współtwórcą był ks. Jan Kaczkowski. Zrobiło na nas jak najlepsze wrażenie. Mąż powiedział, że jeśli zajdzie potrzeba, chciałby się tam znaleźć.

Słowo „hospicjum” budziło w nas lęk. Zdecydowaliśmy się jednak odwiedzić najbliższe, czyli puckie hospicjum ks. Jana Kaczkowskiego. Zrobiło na nas jak najlepsze wrażenie – opowiada Lucyna

Trafił tam na niecały tydzień w czerwcu 2010 r. prosto z puckiego szpitala, do którego zabrało go wezwane przeze mnie pogotowie, ponieważ nie mogliśmy opanować dręczącego męża bólu. W szpitalu dr Piotr Wilczyński, który wtedy był na dyżurze (to lekarz pracujący wówczas również w puckim hospicjum), próbował ten ból opanować. Była chyba trzecia nad ranem, kiedy powiedział mi, że w szpitalu nie ma już takich środków przeciwbólowych, które mogłyby uśmierzyć nękający męża uporczywy ból. Poprosił, żebym pojechała do puckiego hospicjum i przywiozła odpowiedni lek. Zadzwonił tam, a ja ten lek odebrałam. Dr Wilczyński natychmiast podał go mężowi. Pomogło.

W hospicjum ustawiono mężowi terapię przeciwbólową i po kilku dniach mógł wrócić do domu. Pozostawaliśmy oczywiście cały czas pod opieką hospicjum domowego. Odwiedzali nas hospicyjni lekarz i pielęgniarka, a także ks. Jan Kaczkowski. Tak się składało, że wizyty ks. Jana przypadały zazwyczaj wtedy, kiedy byłam w pracy – opowiada Lucyna.

Ola, córka Lucyny i Henryka, miała zaledwie 4 lata, kiedy zachorował jej tata. – Pamiętam, jak gilgotaliśmy się z tatą na kanapie i śmialiśmy do łez – opowiada dziś już 13-letnia Aleksandra. – Te wspomnienia są jak pojedyncze błyski – dodaje.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2019

Więź, wiosna 2019