Prawda mówiąca, że „nie o to chodzi w Zmartwychwstaniu, by wrócić do dawnego życia” dotyczy nie tylko Zmartwychwstałego, ale także tych, którzy w Niego wierzą. Przywilejem Marii Magdaleny było usłyszeć tę prawdę z ust Pana. My jesteśmy spadkobiercami jej osobistego doświadczenia.

W świetle ówczesnego hebrajskiego prawa uczynienie kobiety świadkiem wydarzenia wydawać by się mogło pomysłem przynajmniej ryzykownym. Co prawda, w żydowskiej Torze nie ma formalnego zakazu, by kobiety były brane na urzędowych świadków, ale nie ma też opisów powoływania kobiet na świadków w procesie sądowym. Mówiąc nieco kolokwialnie, świadectwa kobiet nie brano na poważnie. Jakie były tego przyczyny? Paweł F. Nowakowski w książce „Maria Magdalena” sugeruje, że mogło tak być z powodu finansowej zależności kobiety. Łatwiej było przekupić kobietę czy niewolnika niż wolnego mężczyznę. Ale to jednak kobietę Jezus wybiera na pierwszego świadka zmartwychwstania.

Matka Boża od Zmartwychwstania

Późnośredniowieczny kaznodzieja Św. Wincenty Ferreriusz OP udowadniał, że tą kobietą musiał być Maryja, Matka Jezusa. Powoływał się przy tym na św. Ambrożego, który w traktacie „O dziewicach” pisał: „Maryja oglądała zmartwychwstanie Chrystusa, i pierwsza je oglądała”. Ferreriusz utrzymuje, że tak twierdzą także inni „liczni teologowie”, ale którzy to są, nie wymienia. W jednym ze swoich kazań dominikanin zauważa: „Ewangeliście nie zatroszczyli się jednak o przedstawienie tu niewątpliwych świadków, albowiem łatwo znieważyć świadectwo Matki na rzecz Syna”. Nie mając dowodów biblijnych, Ferreriusz konstruuje własną argumentację na rzecz tezy mówiącej, że „Zmartwychwstały ukazał się najpierw swojej Matce”.

Trzy są według niego przemawiające za tym niezbite przesłanki. Po pierwsze, dlatego, że „podczas Męki swego Syna cierpiała Ona więcej niż wszyscy”, albowiem „wszystkie bóle rodzenia i śmierci przyszły na Nią podczas męki Syna”. Po wtóre, ze względu na jej wiarę: „Uważa się to bowiem za pewnik i raczej jasno to wynika z tekstu Ewangelii, że podczas męki Chrystusa wiarę chrześcijańską utracili wszyscy Apostołowie o ogół uczniów”. Co ciekawe, wywodzi on z tego zwyczaj poświęcania każdej soboty Matce Bożej. „Jedna tylko Dziewica Maryja zachowała niezmienną wiarę w tamtą Świętą Sobotę, dzięki czemu to uzyskała, że w każdą sobotę doznaje w Kościele Bożym szczególnego nabożeństwa”. Po trzecie, „ze względu na natężenie miłości”. „Albowiem jest rzecz pewna – dowodzi Ferreriusz – że nigdy nie było matki, która by tak miłowała swego syna, jak Dziewica Maryja Chrystusa”.

Oczyma wiary

Trudno podejmować tutaj polemikę z tezami świętego, które teologicznie wydają się nawet prawdopodobne, ale nie mają żadnego potwierdzenia w relacjach świadków tamtego poranka, co zresztą sam Ferreriusz przyznaje, że „święci Ewangeliści wyraźnie tego nie mówią”. Przyznajmy: w ogóle tego nie mówią. To nie Maryja, Matka Jezusa była tą kobietą, która – według Pisma – dostąpiła przywileju spotkania Zbawiciela jako pierwsza. I choć według różnych opisów trzeciego dnia do grobu Jezus biegła jakaś Maria, nic nie potwierdza, że to była Maryja Matka Boża.

Zresztą, czy był jej potrzebny dowód Zmartwychwstania jej Syna? Czy musiała Go spotkać, by – jak inne kobiety – uwierzyć? Św. Augustyn w Liście 120 pisał: habet namque fides oculossuos. Istnieją też oczy wiary, które dostrzegają to, co się ukrywa za tym, co widzialne. Jak zauważył w swoim wpisie na fejsbusku Michał Gołębiowski, „mówi Tradycja, że Maryja patrząc na bezbronne, płaczące Dzieciątko w żłobie, widziała Króla nieba i ziemi, a patrząc na krzyż widziała nadchodzące zmartwychwstanie”. Warto zresztą zajrzeć do szkiców Gołębiowskiego „Niewiasta z perłą”, gdzie autor ukazuje przywoływane w literaturze paralele pomiędzy poszukiwaniem dwunastoletniego Jezusa w świątyni a szukaniem Zmartwychwstałego przez Marię Magdalenę: „Rodzice Jezusa poszukiwali Go przez trzy doby; była to zapowiedź Triduum Męki, Śmierci i Zmartwychwstania. Dopiero trzeciego dnia Maryja i Józef odnaleźli Go w domu Ojca”. Można też doszukiwać się analogii między obiema Mariami: „tak samo cierpiało serce Maryi poszukującej Syna, jak i serce Marii Magdaleny płaczącej w ogrodzie”. Jedna jest między nimi różnica. W dzień Zmartwychwstania Maryja, Matka Jezusa wiarą pojęła to, co Marii Magdalenie Jezus dopiero objawi: że trzeba Mu do Ojca.

Ogród Raju, ogród Zmartwychwstania

Ale wróćmy do narracji wielkanocnej. Kto więc biegł? Według św. Marka była to Maria Magdalena, Maria, matka Jakuba i Salome (Łk 16, 1), według św. Mateusza Maria Magdalena i druga Maria (Mt 28, 1), według św. Łukasza z kolei były to „niewiasty, które z Nim przyszły z Galilei” (Łk 23, 55): Maria Magdalena, Joanna i Maria, matka Jakuba (Łk 24, 10). Tradycja liturgiczna była mniej drobiazgowa. Polska XIV-wieczna pieśń wielkanocna „Chrystus zmartwychwstan jest” utrwaliła wersję uproszczoną: „Trzy Maryje poszły. / Drogie maści niosły”. Nic jednak nie wskazuje na to, by jedną z nich mogła być Maryja z Nazaretu. Inna Maria jest za to pewna, bo wymieniana jest we wszystkich trzech redakcjach synoptyków. To Maria Magdalena, która – inaczej niż u synoptyków, według relacji św. Jana – pobiegnie sama „wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno” (J 20, 1). Skąd ta gorliwość? Skąd ten pośpiech?

Św. Bada na to pytanie odpowie: „To, że niewiasty przyszły bardzo rano, ujawnia ich gorącą miłość”. Ale to wydaje się więcej niż oczywiste. W odpowiedzi na pytanie o głębszy, teologiczny sens tego pośpiechu, Sewerian, biskup Gabali (IV/V w.), widzi w Marii Magdalenie antytezę Ewy z Raju. „Późno zaś kobieta śpieszy do przebaczenia, a szybko zmierzała do winy. Z raju wyniosła przewrotność, teraz zaś śpieszy zaczerpnąć wiary z grobu (…). Przychodzi zaś Maria do grobu, jakby do łona zmartwychwstania, aby ponownie Chrystus narodził się z grobu dla wiary”.

Grób Chrystusa – jak dobrze wiemy – był nie gdzie indziej, jak w ogrodzie. Chrystus, którego Maria Magdalena weźmie za ogrodnika, przywołuje na myśl scenę z Księgi Rodzaju, kiedy to Adam i Ewa „usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie w porze, kiedy był powiew wiatru” (Rdz 3, 8). Kiedy w dzień grzechu Bóg zawołał na Adama, ten skrył się wśród drzew ogrodu. Kiedy w dzień Zmartwychwstania Jezus woła Magdalenę po imieniu „Mario”, ta obraca się ku Niemu. „Niewiasty wchodzą do grobu, aby – pogrzebane razem z Chrystusem – razem z Nim też powstać z martwych” – dopowiada Sewerian. Tak oto Maria Magdalena – i inne kobiety wraz z nią – stają się obrazem zmartwychwstającej ludzkości. Na miejsce ogrodu grzechu wyrasta ogród życia. Czyż Jezus nie umarł na Golgocie, która – jak utrzymywała zawsze tradycja – był grobem Adama?

W drodze do Ojca

Jak mogło wyglądać to spotkanie z tym, który zawołał ją po imieniu, by mogła rozpoznać w Nim nauczyciela? Biblia łacińska zamyka cały dramatyzm tego spotkania w tej tak dobrze znanej frazie Noli me tangere. W polskich tłumaczeniach coraz częściej tradycyjne tłumaczenie wypowiadanych do Marii Magdaleny słów Jezusa „Nie dotykaj Mnie” ustępuje miejsca sformułowaniu „Nie zatrzymuj Mnie”. Egzegeci uzasadniają tę zmianę wnikliwszą interpretacją greckiego oryginału, gdzie użyty czas gramatyczny wskazuje na trwającą już czynność. Jezus wypowiada więc te słowa nie w momencie, gdy Magdalena dopiero chce Go dotknąć, chce się do Niego zbliżyć, może nawet rzucić się w ramion – bo dlaczego by nie? – ale wypowiada je w chwili, gdy już do Niego przypadła i bezwiednie powtórzyła gest kobiety chorej na krwotok, która dotknęła się Jego płaszcza (Mk5, 28). Św. Augustyn tak komentuje tę paralelę między dwoma spotkaniami kobiet z Jezusem: „Lecz ów dotyk symbolizuje wiarę. Kto wierzy w Chrystusa, dotyka Go. Albowiem i owa niewiasta, która krwotok cierpiała […] wiarą dotknęła i przyszło uzdrowienie, które wyobrażała sobie. Abyśmy i my poznali wreszcie, co znaczy dotykać” (Kazanie 243).

Ten dotyk Marii Magdaleny ma jeszcze jedno znaczenie, które bliższe jest tłumaczeniu „Nie zatrzymuj Mnie”. Biskup Hipponyw innym kazaniu wyjaśnia: „«Nie dotykaj Mnie», to jest: nie wierz we Mnie tak, jak dotąd Mnie pojmowałaś, nie chciej swego uczucia do tego rozciągnąć, czym stałem się dla ciebie bez (równoczesnego) przejścia do Tego, przez którego się stałaś. Czyż bowiem nie cieleśnie w Niego jeszcze wierzyła, którego jako człowieka opłakiwała?” (Kazanie 121). Chrystus otwiera ją na nową rzeczywistość wyrażoną słowami „jeszcze […] nie wstąpiłem do Ojca” (J 20, 17). Owszem, żyję – zdaje się mówić Jezus – ale żyję już inaczej, jestem w drodze do Ojca, powracam tam, skąd przyszedłem. Paweł F. Nowakowski pisze, że Chrystus w ten sposób „ukazuje, że ich spotkanie jest znakiem, sygnałem dla uczniów, nie zaś powrotem do sytuacji sprzed ukrzyżowania. Chrystus powstrzymuje Marię Magdalenę przed myśleniem, że wszystko będzie tak jak dawniej. Nie o to chodzi w Zmartwychwstaniu, by wrócić do dawnego życia”.

Przyjdzie się tego uczyć Jego Apostołom nie tylko w dzień Zmartwychwstania, ale przez czterdzieści dni, zanim wstąpi do nieba. Będą musieli uczyć się Jezusa na nowo, już jako Zmartwychwstałego, jako innego niż Go wcześniej poznali. Ale ta prawda mówiąca, że „nie o to chodzi w Zmartwychwstaniu, by wrócić do dawnego życia” dotyczy nie tylko Zmartwychwstałego, ale także tych, którzy w Niego wierzą. Przywilejem Marii Magdaleny było usłyszeć tę prawdę z ust Pana. My jesteśmy spadkobiercami jej osobistego doświadczenia. Wierzy tej, która nam nieustannie powtarza: „Widziałam Pana i to mi powiedział” (J 20, 18).

Komu powiemy to my?