W październiku 1992 roku przebywałem przez trzy tygodnie w Rzymie. Nigdy nie zapomnę tej niezwykłej przygody, która nauczyła mnie pokory i szacunku dla chrześcijaństwa reprezentowanego przez Włochów.

Tragiczny pożar katedry Notre Dame stał się dla niektórych polskich katolików okazją do wypowiadania łatwych, wyższościowych opinii o „zlaicyzowanej Francji” i „zanikającej chrześcijańskiej Europie”. Zrobiłem sobie rachunek sumienia i muszę przyznać, że to, jakim jestem chrześcijaninem, w ogromnej mierze zawdzięczam Francuzom i Włochom: spotkaniom ze wspólnotą ekumeniczną w Taizé (europejski zjazd młodych w Paryżu, w którym brałem udział w końcu grudnia 1978 roku, kończył się modlitwą właśnie w katedrze Notre Dame, z udziałem brata Rogera i kardynała Marty) – i z postacią Pier-Giorgia Frassatiego, a także wielu innych katolików włoskich. Pragnę się tu podzielić zwłaszcza jednym wspomnieniem.

W październiku 1992 roku dzięki stypendium od pani Wandy Gawrońskiej przebywałem przez trzy tygodnie w Rzymie, mieszkając w siedzibie Centro Incontri e Studi Europei przy via Anicia na Zatybrzu. Ze stypendiów Centro korzystali jeszcze w czasach PRL-u głównie młodzi naukowcy, absolwenci studiów humanistycznych.

Mój przypadek był dość nietypowy. Studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim ukończyłem z tytułem magistra w roku 1969, ale nie miałem nigdy ambicji naukowych, natomiast pociągała mnie konkretna praca z ludźmi i dla ludzi. Po kilkumiesięcznym epizodzie pracy w charakterze wychowawcy w zakładzie wychowawczym (na tej podstawie napisałem pierwszy w życiu reportaż pt. „Przechowalnia młodocianych”), znalazłem najpierw zatrudnienie w redakcji tygodnika „Literatura”, a po czterech latach, w roku 1976, Tadeusz Mazowiecki przyjął mnie do zespołu katolickiego miesięcznika „Więź”. Jestem tu do dzisiaj, a więc już 43 lata! Po odzyskaniu przez Polskę wolności i niepodległości w roku 1989 pełniłem w redakcji funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Redaktorem naczelnym był wówczas Stefan Frankiewicz, który przedtem, w latach 1979-1989, mieszkał w Rzymie, będąc redaktorem polskiej edycji „L’Osservatore Romano”. Akurat przygotowywaliśmy specjalny „włoski” numer „Więzi”. Moją pasją była zawsze kwestia osób najsłabszych, wykluczonych z udziału w społeczeństwie dobrobytu. Stefan Frankiewicz wpadł na pomysł, abym zbadał, jak ten problem rozwiązują Włosi. Zwróciliśmy się do pani Wandy Gawrońskiej z prośbą o przyznanie mi miesięcznego stypendium. I tak znalazłem się w Rzymie, w którym już raz, dziesięć lat wcześniej, przebywałem z okazji kanonizacji Maksymiliana Kolbego.

Będąc stypendystą Centro Incontri e Studi Europei, nie prowadziłem, jak młodzi naukowcy zapraszani z Polski, badań w bibliotekach, muzeach czy archiwach. Moje „badania” dotyczyły sfery tak zwanej działalności charytatywnej. Owocem tych poszukiwań był obszerny tekst pt. „Łazarze i Samarytanie”, opublikowany najpierw w „Więzi” (1993), a potem w mojej książce „Ścieżki ocalenia” (Biblioteka „WIĘZI”, Warszawa 1997). Przywołam tu jego wstęp: „Po Rzymie można chodzić różnymi drogami. Tym razem zamknąłem oczy na wszystkie bogactwa architektury i sztuki, szukałem natomiast innych, ukrytych skarbów – świadectw miłości do człowieka, tego najbiedniejszego, chowanego wstydliwie w zakamarkach miast, mieszkań – i sumień – przez naszą wspaniałą cywilizację”.

Nie prowadziłem w Rzymie, jak młodzi naukowcy zapraszani z Polski, badań w bibliotekach, muzeach czy archiwach. Moje „badania” dotyczyły sfery tak zwanej działalności charytatywnej

Od początku pani Wanda Gawrońska okazywała mi nieocenioną pomoc. Dzięki jej wskazówkom i rekomendacjom odbyłem szereg spotkań i rozmów, między innymi z siostrą Urszulą Łoś, z klasztoru urszulanek szarych na Primavalle, zajmującą się bezdomnymi, najbiedniejszymi i więźniami (zmarła w Rzymie 23 IV 1997 r.); z księdzem Januszem Malskim ze stowarzyszenia Silenziosi Operari della Croce (Cisi Pracownicy Krzyża) w Rocca Priora, założonego przez ks. Luigi Novarese; ze słynną wspólnotą Sant’Egidio na Zatybrzu, prowadzącą kilka stołówek dla bezdomnych i specjalne projekty przywracania im ludzkiej godności, wreszcie z domem włoskiej „Caritas” dla mężczyzn chorych na AIDS, w zaułku Piazza del Biscione, tuż przy Campo dei Fiori. W tej ostatniej wizycie towarzyszyła mi sama pani Wanda, która zgodziła się służyć mi jako tłumaczka, jako że nie znałem włoskiego, a odpowiedzialna za ten dom siostra Gladys Balsamo, 35-letnia orionistka z Argentyny, nie mówiła po francusku.

To było niezwykłe przeżycie. Pani Wanda o umówionej godzinie przyjechała swoim skuterkiem, co już zrobiło na mnie wrażenie. Siostra Gladys opowiedziała nam o funkcjonowaniu domu, w którym aktualnie przebywało pięciu chorych (pewien mężczyzna, lat 45, zmarł w ostatnią niedzielę). Przyjmowani są ci, u których stwierdzono zaawansowaną chorobę – mają przed sobą wtedy około trzech lat życia (tak było przy ówczesnym stanie medycyny) – z reguły narkomani albo homoseksualiści. Dom jest otwarty i pensjonariusze, póki stan fizyczny im na to pozwala, mogą swobodnie wychodzić na miasto. Okoliczni mieszkańcy odnoszą się do nich przyjaźnie. Oprócz dwóch sióstr orionistek i sześciorga pracowników świeckich, opłacanych przez „Caritas”, z domem stale współpracują lekarz i psycholog, a także wolontariusze, ludzie różnych zawodów (często profesorowie), którzy przychodzą dyżurować przy chorych w ustalonych godzinach.

Po domu oprowadzał nas Massimo, postawny mężczyzna, zastępujący siostrę Gladys. Udało mi się porozmawiać po francusku z jednym z pensjonariuszy, 26-letnim czarnoskórym Zachariaszem, emigrantem za chlebem z Burkina Faso, ani narkomanem, ani gejem, który zaraził się pewnie jeszcze u siebie w Afryce. Kiedy zachorował w Rzymie, właściciel mieszkania, gdzie mieszkał z kolegami, wyrzucił go na bruk. Wiedział, że musi umrzeć – był smutny i przerażony.

Po paru godzinach, kiedy już żegnaliśmy się w przedpokoju, nagle zaskoczenie. Massimo, którego brałem za jednego ze świeckich wolontariuszy, wyznaje, że jest więźniem, odsiadującym wysoki wyrok za lewicowy terroryzm. Zostało mu do odsiadki jeszcze sześć lat, ale korzysta ze złagodzonego rygoru i w ciągu dnia może przebywać na wolności i pracować zarobkowo. Opowiada krótko o sobie. Był zdolnym, dobrze zapowiadającym się uczniem liceum klasycznego, potem wstąpił do seminarium, ale porzucił je i przystał do Czerwonych Brygad, by walczyć ze „złym kapitalizmem”. Dziś uważa, że można żyć w różnych systemach, byle tylko szanować godność człowieka. „Szkoda, że komunizm ludzi tego nie nauczył” – mówi na koniec, wiedząc, skąd przybywam.

Wychodzimy z panią Wandą na Campo dei Fiori w kompletnym milczeniu. Ona wsiada na swój skuterek i odjeżdża, a ja zostaję sam ze swoimi myślami: o Giordano Bruno spalonym na stosie przez świętą inkwizycję, o wierszu Miłosza, i o lewicowym terroryście Massimo pielęgnującym uchodźców z Afryki umierających na AIDS. Nigdy nie zapomnę tej niezwykłej przygody, która nauczyła mnie pokory i szacunku dla chrześcijaństwa reprezentowanego przez Włochów.

Kiedy już żegnaliśmy się w przedpokoju, nagle zaskoczenie. Massimo, którego brałem za jednego ze świeckich wolontariuszy, wyznaje, że jest więźniem, odsiadującym wysoki wyrok za lewicowy terroryzm

Pani Wanda Gawrońska odwiedzała mnie co jakiś czas w przepięknym starym gmachu dawnego średniowiecznego szpitala przy via Anicia. Byłem też parokrotnie zapraszany przez nią do jej mieszkania na Trastevere, albo na pyszną pizzę w pobliskiej pizzerii. A kiedyś otrzymałem od niej zaproszenie do udziału w całodziennej wycieczce organizowanej przez pewną czcigodną hrabinę, przedstawicielkę słynnej rzymskiej „czarnej arystokracji”, do Subiaco, pustelni i pierwszej siedziby świętego Benedykta z Nursji. W wycieczce, z doskonałym przewodnikiem, brało udział liczne grono młodych Polaków – jeśli się nie mylę – tak jak i ja stypendystów Centro. Na zakończenie wylądowaliśmy w restauracji na wspaniałym obiedzie.

Mój pobyt w Rzymie trwał tylko trzy tygodnie. Jego owocem był mój reportaż opublikowany w  numerze włoskim „Więzi”, z rozmachem zredagowany przez Stefana Frankiewicza. W dwa lata później mój kolega został mianowany przez prezydenta Lecha Wałęsę ambasadorem Rzeczypospolitej przy Stolicy Apostolskiej i wyjechał na sześć lat do Rzymu, a mnie niespodziewanie wybrano na jego następcę w „Więzi”. Musiałem sprostać nowym trudnym wyzwaniom. Jako publicysta starałem się jednak pozostać wierny mojemu zaangażowaniu w obronie praw i godności osób społecznie wykluczonych. Niewątpliwie przyczyniła się do tego w jakiś sposób moja rzymska przygoda z roku 1992, którą zawdzięczam stypendium pani Wandy Gawrońskiej.

Dzięki niej z bliska zetknąłem się też z legendą błogosławionego Pier-Giorgia Frassatiego, którym zafascynowałem się już wcześniej, czytając książkę Luciany Frassati „Mój brat Pier Giorgio”. Luciana Frassati, która wyszła za mąż za polskiego dyplomatę Jana Gawrońskiego, to matka Wandy Gawrońskiej. A Pier-Giorgio, wyniesiony na ołtarze przez Jana Pawła II, jest bliski memu sercu i z powodu swej troski o ubogich, i z powodu swej zdecydowanej postawy antyfaszystowskiej, i z powodu swej miłości do nart, gór, dobrego wina i zabawy z przyjaciółmi. Człowiek Ośmiu Błogosławieństw, prawdziwy patron młodzieży.