Chrześcijaństwo rodzi się w Wieczerniku. Tam rozgrywa się apogeum dramatu. Jeszcze jest czas, by spisać testament. Jezus to robi i zostawia go nam. Jutro ten testament stanie się Jego ostatnią wolą.

To nie był spokojny wieczór. Jezus wiedział, że od kilku dni Żydzi, Jego współwyznawcy, chcieli Go zabić. Bezpośrednią przyczyną miało być oskarżenie o bluźnierstwo. Że On, będąc człowiekiem, Boga nazywał Ojcem, a przez to czynił się Mu równym.

Atmosfera gęstniała od kilku dni. Zamiary dojrzewały. Gdy na szczęść dni przed Paschą był w Betanii, arcykapłani już dawno zdecydowali o zabiciu Jezusa. I On miał tego świadomość, gdy mówił, że Maria namaściła Go na pogrzeb.

Atmosfera w sali Wieczernika też była mało świąteczna. Jezus zapowiada zdradę Judasza, a Szymonowi przepowiada, że się Go zaprze. Z dwunastu Apostołów dwóch ma się okazać słabymi ogniwami. Reszta się rozproszy. Jezus mówi o tym, co Go będzie czekać, a nawet wzywa do walki, każąc sprzedać płaszcz i kupić miecz. Dwa miecze mają wystarczyć.

I jeszcze ten dziwny gest umywania nóg, zupełnie niezrozumiały. Przecież to czynność służącego, a nie nauczyciela, pana, mistrza. Niepokój, niepewność, ostatnia już wieczerza, po której nie wiadomo, co się stanie. To w tej atmosferze rodzi się Eucharystia, której znaczenie musiało być dla nich też zupełnie niejasne. Bo co to znaczy „To jest Moje Ciało, to jest Moja Krew”? I co to znaczy, by wszystko to powtarzać na Jego pamiątkę?

Przychodzimy, bo pamiętamy

Podczas uroczystości Bożego Ciała w roku 2017 papież Franciszek powiedział, że Eucharystia jest „sakramentem pamięci, który przypomina nam, w sposób realny i namacalny historię miłości Boga wobec nas”. Pamięć jest bardzo ważną kategorią teologiczną. Chrześcijaństwo jest pamięcią. „Pamiętanie ma dla wiary istotne znaczenie, jak woda dla rośliny: tak jak nie może pozostać przy życiu i wydać owoc roślina bez wody, podobnie i wiara, jeśli nie czerpie z pamięci o tym, co uczynił dla nas Pan” – mówił Franciszek. Można powiedzieć, że chrześcijanie to ci, co pamiętają. Właśnie dlatego dzisiaj przychodzimy na Mszę Wieczerzy Pańskiej. Przychodzimy, ponieważ pamiętamy. Przychodzimy na niedzielną Eucharystię, ponieważ pamiętamy. To dosłownie znaczy „na Moją pamiątkę” – „na pamięć o Mnie”, „o Mnie pamiętając”.

Jeśli czynimy to, co czynił Jezus w Wieczerniku, jeżeli to ponawiamy, to tylko dlatego, że słowa, które Jezus wówczas wypowiedział, wciąż brzmią w naszej pamięci, w pamięci Kościoła. Raz wypowiedziane w określonym miejscu i czasie, brzmią nieustannie. Właśnie dlatego liturgia Wielkiego Czwartku pozwala, a nawet nakazuje – o tym, co się wtedy wydarzyło w Wieczerniku – powiedzieć „to jest dzisiaj”, a chciałoby się jeszcze dopowiedzieć: „tutaj”. „Do tego miejsca i do tej godziny przenosi się duchowo każdy kapłan, który celebruje Mszę św., razem ze wspólnotą chrześcijan, która w niej uczestniczy” – czytamy w „Ecclesia de Eucharistia” Jana Pawła II (4). Kroki naszej wiary kierują się do Wieczernika i na Golgotę, a „przed oczyma duszy [mamy] misterium paschalne: to, co wydarzyło się w wieczór Wielkiego Czwartku, podczas Ostatniej Wieczerzy i po niej” (3). Fizycznie jesteśmy tu i teraz, a jednocześnie – dzięki wierze – na sposób sakramentalny jesteśmy w miejscu i czasie tamtych wydarzeń.

Wyłącznie na słowa Pana

Jezus ustanawia dzisiaj także drugi sakrament – sakrament kapłaństwa. Kim jest ksiądz wobec Eucharystii? Zdaje się nam czasami, że ma nad nią władzę. W niejednych życzeniach prymicyjnych, jubileuszowych czy wielkoczwartkowych my kapłani słyszymy: „Na Twoje słowa chleb zamienia się w Ciało Pana, a wino w Krew. Ja Twoje słowa Jezus staje się obecny na ołtarzu”. Nie, nie na moje. Na Jego słowa. Wyłącznie na słowa Pana, które raz wypowiedziane brzmią i trwają w Kościele. Święty papież Jan Paweł II przyznaje, że to on – kapłan „dokonuje przeistoczenia”, to on – kapłan „wypowiada z mocą Chrystusowe słowa z Wieczernika”, ale jednocześnie papież przypomina o właściwej relacji kapłana do Chrystusa: „Kapłan wypowiada te słowa, a raczej użycza swoich ust i swojego głosu Temu, który wypowiedział je w Wieczerniku i który chce, ażeby były wypowiadane z pokolenia na pokolenie przez wszystkich, którzy w Kościele uczestniczą w sposób służebny w Jego kapłaństwie” (5). Kapłaństwo jest na służbie pamięci, by to wydarzenie nieustannie przywoływać i opowiadać: „On to, gdy dobrowolnie wydał się na Mękę…”. I żeby tę pamięć ożywiać wezwaniem „Oto wielka tajemnica wiary”, na które lud wypowiada słowa zapewnienia o swojej pamięci: „Ile razy ten chleb spożywamy i pijemy z tego kielicha, głosimy…”. Bo to nie jest martwa pamiątka, ale żywa pamięć.

Zdarza się jednak, że zapominamy. Jak w roku 1263. Gustaw Herling-Grudziński tak pisze o tamtych wydarzeniach: „Duchowny, nieznany nikomu cudzoziemiec, zatrzymał się był w Bolsenie w drodze do Rzymu. O świcie zszedł do krypty Świętej Krystyny, by odprawić mszę przed ołtarzem zwanym Quattro Colonne. Najpierw zapadł w pomrok ołtarza, i jakże mogło być inaczej, skoro nie tak dawno tych stopni dotykało obuwie bluźniercy, który w skrytości ducha nigdy w tajemnicę Ciała Pańskiego? Potem, przywrócony zmysłom, wstąpił na ołtarz. Msza ciągnęła się wolno, było coś dziwnego i wróżebnego w powietrzu krypty. […] w momencie Komunii płatek Hostii zamienił się w palcach nieznajomego w Boże Ciało i począł broczyć krwią. Cudzoziemiec zadrżał, krzyknął i padł bez czucia. Wyniesiono go do zakrystii i tam poniechano: wszyscy pragnęli podziwiać pozostawiony na ołtarzu Korporał z kroplami krwi tworzącymi podobiznę Ukrzyżowanego” („Drugie przyjście”). Jaki był sens tego znaku eucharystycznego? Herling-Grudziński odpowiada: „O nieznanym pielgrzymie pisma kościelne mówią, że nazywał się Piotr, pochodził z Pragi i udał się w podróż do grobów Apostołów nękany obawami, iż traci wiarę”.

Eucharystia staje się na ołtarzu pod postacią chleba i wina. Tylko tak i wyłącznie tak. I to jest prawdziwy cud eucharystyczny, który trwa nieprzerwanie dzięki pamięci Kościoła

Przytoczyłem ten literacki opis cudu w Bolsenie, ponieważ w ostatnich latach coraz głośniej o tzw. cudach eucharystycznych, także w Polsce: w Sokółce czy w Legnicy. Nic nie wiem o wierze kapłanów, którzy byli świadkami tych cudów, ale trzeba podkreślić to, w czym teologowie są raczej zgodni: że – tak jak to było w Bolsenie – tak zwane cuda eucharystyczne są odpowiedzią na rosnącą niewiarę w realną obecność Chrystusa w Eucharystii.

To właśnie niewiara przejawia się choćby w braku adoracji Najświętszego Sakramentu, w pozamykanych kościołach, w niegodnym przyjmowaniu Komunii, a nawet w braku eucharystycznego pragnienia i Komunii duchowej, która jest przecież prawdziwą łaską dla tych, którzy nie mogą przystąpić do Stołu Pańskiego. Zasiadanie przy Stole Pańskim nie jest przecież prawem, ale łaską. Chrystus przypomina o sobie, gdy o nim zapominamy. Może nawet tym bardziej wtedy, gdy zapominają o Nim kapłani. Dlatego módlcie się o wiarę dla waszych kapłanów, dla nas wszystkich. Nikt bowiem nie jest wolny od pokusy niewiary. Ksiądz także. A może nawet tym bardziej, że jest księdzem. Ale – trzeba to wyraźnie podkreślić – tzw. cuda eucharystyczne są jedynie znakiem, a nie obecnością Jezusa. To nie jest jakaś analogia, równoległa obecność, substytut Jezusa eucharystycznego. Eucharystia staje się na ołtarzu pod postacią chleba i wina. Tylko tak i wyłącznie tak. I to jest – jeśli można tak powiedzieć – prawdziwy cud eucharystyczny, który trwa nieprzerwanie dzięki pamięci Kościoła.

Służyć

W Wielki Czwartek Kościół wyznaje jeszcze jedną prawdę, którą nieustannie ożywia w swej pamięci. Nie ma innej Eucharystii niż ta sprawowana w kontekście służby. Wieczerza Jezusa z uczniami nie jest jedynie uroczystą kolacją, ale aktem radykalnej służby Jezusa wobec swego rodzącego się właśnie Kościoła. „To też czyńcie na Moją pamiątkę” – zdaje się mówić Jezus, choć wyraża to teraz nieco innymi słowami: „Dałem wam bowiem przykład, abyście i wy tak czynili, jak Ja wam uczyniłem” (J 13, 15). Nie ma prawdziwej Eucharystii bez pochylenia się nad człowieczeństwem i jego nędzą. Jeżeli ktoś w swoim życiu umył komuś nogi, podejmował czynności pielęgnacyjne wobec chorych, niedołężnych, umierających, wie, co to jest służba człowieczeństwu w jego cielesnej godności. To bywa trudne. Wiem, doświadczyłem. Ale to jest kapłańską, służebną czynnością nas wszystkich. W tej czynności wszyscy jesteśmy kapłanami. Tym, co weryfikuje naszą pamięć o Eucharystii, jest nie tylko wiara w Jezusową obecność, ale także pamięć o nędzy i godności ludzkiej. Bez służby nie ma Eucharystii. Słuszne są głosy, które przypominają, że o kryzysie chrześcijaństwa o wiele bardziej niż płonąca katedra, świadczy los imigrantów, dla których Morze Śródziemne staje się cmentarzyskiem. Katedra płonie z powodu błędu człowieka albo z jakichś fizykalnych przyczyn. Morze Śródziemne staje się morzem martwym z powodu naszej obojętności. Właśnie dlatego w Wielki Czwartek przynosi się dary dla ubogich, a tych zawsze będziemy mieć u siebie, zgodnie z obietnicą Pana.

Tym, co weryfikuje naszą pamięć o Eucharystii, jest nie tylko wiara w Jezusową obecność, ale także pamięć o nędzy i godności ludzkiej

Chrześcijaństwo rodzi się w Wieczerniku. To nie jest sytuacja towarzyska. To samo apogeum dramatu na chwilę przed tym, gdy przekształci się w tragedię krzyża. Jeszcze jest czas, by spisać testament. I Jezus to robi. Zostawia go nam: „to czyńcie na Moją pamiątkę”, „czyńcie tak jak ja Wam”. Jutro ten testament uwierzytelni, podpisze swoją krwią. Stanie się jego ostatnią wolą. Wielki Czwartek wciąż się dzieje. Zawsze znajdą się jacyś arcykapłani publicznego porządku, którzy będą się naradzali, by Go zgładzić. Wciąż będą gorliwi Szymonowie, co zaprą się zadziwieni własną słabością. I jacyś Judasze, co z rozczarowania gotowi będą Go sprzedać „za pieniądze nędzne”. I tacy, co się rwać będą do miecza – jakby to coś mogło pomóc. Przeciw temu światu niewiele mamy. Niewiele więcej niż pamięć o Nim, o Jezusie. O tym, który myje nogi i łamie chleb.

Ta pamięć prowadzi nas dzisiaj na wielkoczwartkową liturgię. Ale – przyznajmy – czasami zapominamy. Nigdy jednak nie wiadomo, kiedy i jak się ona w nas obudzi. Tadeusz Różewicz pisał: „Pierwsza komunia. Przyjąłem Boga. Głęboko w to wierzyłem. […] Większość moich rówieśników, a ja na pewno, myśmy naprawdę Boga przyjęli. Ten opłatek na języku… Przymknęło się oczy… Chwilę się klęczało… Potem wstało… I odchodziło się z Bogiem w sobie… Żeby znów przyklęknąć w ciszy… To było doświadczenie dziecka. Które potem wraca do starego człowieka, do umierającego”. Eucharystia w nas nie umiera. Nawet ta przyjęta tylko raz. Ona jest pamięcią, która – czasami – budzi się dopiero u umierającego. To nie tylko nasza pamięć o Bogu. To Boża pamięć o nas.