Chrześcijaństwo jest świadomością bycia wybranym. „To nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” – mówi Jezus. Ale świadomość ta nie może oznaczać pełnego pychy wybraństwa. Wybranie to zobowiązanie.

Kiedy Jezus powiedział „Jeden z was mnie zdradzi” (J 13, 21), nikt z nich nie pomyślał o sobie. „Spoglądali uczniowie jeden na drugiego, niepewni, o kim mówi” – notuje św. Jan (J 14, 22). Św. Łukasz powie więcej. Nie tylko wymownie na siebie spoglądali, ale nawet „zaczęli wypytywać jeden drugiego, kto by mógł spośród nich o uczynić” (Łk 22, 23). Usłyszymy o tym jutro, jak będą „pytać jeden przez drugiego «Chyba nie ja, Panie?»” (Mt 26, 22). Nikt nie myśli o sobie jako o zdrajcy. Każdy jest pewny siebie i swej wierności wobec Mistrza. Pięknie to wyjaśnia św. Augustyn w kazaniu 61: „Choć bowiem względem swego Nauczyciela byli ożywieni czułą miłością, jednakże ludzka słabość pobudzała jednego przeciw drugiemu. Każdy znał stan swego sumienia, ponieważ jednak nie było znane sumienie bliźniego, każdy był pewny co do siebie, ale poszczególny nie był pewny innych, a inni pozostałych”. Św. Jan cytuje samego Piotra, który pyta Jezusa: „Kto to jest? O kim mówisz?” (J 13, 24). Hans Urs von Balthasar tak oto komentuje tę scenę: „Osobliwe w tym jest, że gdy pozostali uczniowie jeden przez drugiego pytają, kto spośród nich mógłby dopuścić się zdrady, Piotr jako jedyny zdaje się nie zadawać tego pytania”. Więcej – deklaruje pełen gorliwości: „Życie moje oddam za Ciebie” (J 13, 37). Już niedługo przyszłość zweryfikuje tę pochopną deklarację. „Trzy razy się Mnie wyprzesz”(J 13, 38) – zapowiada Jezus.

A przecież Pan wołał go tyle razy. Tyle razy mu mówił „Pójdź za Mną” albo też „Przyjdź!”. A teraz słyszy: „Ty teraz za Mną pójść nie możesz” (J 13, 36). Dlaczego? Był już taki moment w życiu Piotra, kiedy chciał – jeśli nie pójść za Jezusem – to pójść w Jego kierunku, pójść do Niego. Tak właśnie było podczas sławetnej burzy na jeziorze. Dietrich von Bonhoeffer pisze w swoim „Naśladowaniu”: „Piotr wie, że nie wolno mu opuścić łodzi na własną rękę, już pierwszy krok zakończyłby się zatonięciem, dlatego woła «Każ mi przyjść do siebie po wodzie», a Chrystus odpowiada «Przyjdź!». Chrystus musi więc najpierw zawołać, jedynie na Jego słowo można uczynić krok”.

Dziś jest inaczej. Piotr jakby zapomniał tamtej lekcji. Nie czeka na żadne „Przyjdź!” ani na żadne „Pójdź za Mną!”. Jest raczej jak ten niegdyś spotkany w drodze, który zapewniał Jezusa: „Pójdę za Tobą dokądkolwiek pójdziesz”. Ale to się nie może udać. Raz jeszcze Bonhoeffer: „Naśladowanie bez Jezusa Chrystusa to wybranie własnej drogi, może idealnej, może męczeńskiej, ale pozbawionej obietnicy. Jezus musi ją potępić”. Piotr uczy nas dzisiaj ważnej rzeczy, uczy właściwego kierunku. To Jezus wybiera, a nie my wybieramy. To Jego kryteria są ważne, a nie nasze. Nikt nie może powołać siebie, może zostać jedynie wybrany.

Zawsze mi się wydawało, że w wybieraniu Jezusa jest jakaś pycha, jakaś demonstracja władzy, świadomość panowania nad tym, kogo się wybrało

Dzisiaj coraz częściej upowszechnia się „wybór Jezusa”: trzeba wybrać Jezusa za swojego Pana, za Króla itd. Ale wybór zawsze łączy się z władzą. Wybierać może tylko ten, kto ją ma. Dokonywanie wyboru jest prerogatywą suwerena. „Wybrałem Jezusa” to coś zupełnie innego niż „Zostałem przez Jezusa wybrany”. To zupełnie inna świadomość. Zawsze mi się wydawało, że w wybieraniu Jezusa jest jakaś pycha, jakaś demonstracja władzy, świadomość panowania nad tym, kogo się wybrało. A wybranego można też odrzucić. Ten, kto sobie daje prawo, by oklaskiwać, daje sobie także prawo, by wygwizdać. O wiele łatwiej porzuca się to, co się samemu wybrało. Trudniej, gdy się samemu zostało wybranym. Bonhoeffer po raz trzeci: „[…] by uwierzyć, trzeba najpierw uczynić krok posłuszeństwa. Nieposłuszny nie potrafi wierzyć”. Czy można być posłusznym komuś, nad kim się ma władzę? To od tego, kogo wybraliśmy, oczekujemy posłuszeństwa. Chrześcijaństwo jest świadomością bycia wybranym. „To nie wyście mnie wybrali, ale Ja was wybrałem” – mówi Jezus. Ale świadomość bycia wybranym nie może oznaczać pełnego pychy wybraństwa, jakiejś niezdrowej świadomości wyróżnienia. Wybranie to zobowiązanie.

W ubiegłym roku, po pięćdziesięciu latach od premiery, zobaczyłem „Apocalypsis cum figuris” Jerzego Grotowskiego. To ten spektakl kard. Stefan Wyszyński podczas jednego z kazań na Skałce nazwał obrzydliwym. Przyznajmy, że „Tygodnik Powszechny” też nie potraktował tego spektaklu zbyt łaskawie. Dziś ogląda się go już z dystansem. Nie niesie już w sobie tamtejszej siły rażenia. Osią dramaturgiczną jest relacja między Szymonem Piotrem a Jezusem, który w spektaklu nosi imię Ciemnego. W końcowej scenie obaj klęczą i patrzą na siebie. Piotr najpierw zwraca się do Jezusa słowami Fiodora Dostojewskiego z „Braci Karamazow”: „Zali potrafię ukryć przed tobą naszą tajemnicę, a może chcesz ją usłyszeć z ust moich? Słuchaj więc: nie jesteśmy z tobą, lecz z innym, oto nasza tajemnica. Dawno już nie jesteśmy z tobą, lecz z innym. Oto nasza tajemnica”. Jezus zaczyna śpiewać. To lamentacja Jeremiasza, którą liturgia przepisuje na Ciemną Jutrznię w Wielki Piątek. To lament nad upadkiem Jerozolimy: Ierusalem, Ierusalem, convertere ad Dominum Deum tuum – „Jeruzalem, Jeruzalem, nawróć się do Pana, Boga Twego”. Jezus śpiewa to w zupełnej ciemności, bo Piotr gasi poszczególne świece, jak to jest w obrzędach Ciemnej Jutrzni. Gasi także tę ostatnią, którą winno zostawić się zapaloną. To świeca Chrystusa. Po skończonym lamencie rozlega się cisza, a w niej słowa Inkwizytora z powieści Dostojewskiego: „Idź i nie przychodź więcej!”.

Spektakl Grotowskiego jest odwróceniem słynnej sceny na Via Appia opisanej przez Henryka Sienkiewicza w „Quo vadis”. „Idę do Rzymu, aby dać się powtórnie ukrzyżować” – mówił wtedy Jezus do Piotra, który pyta Pana dokąd idzie. Reżyser nie mówi bowiem o ostatecznym, eschatologicznym przyjściu Chrystusa, ale o powtórnym, aby dać się na nowo ukrzyżować. U Grotowskiego Szymon nie umiera za Jezusa i Jemu samemu nie pozwala znów dać się ukrzyżować. Ocala Go wygnaniem. Dlaczego ocala? Ponieważ od dwóch tysięcy lat szedł za kimś innym, a tego nie poznał? Można być blisko i nie poznać. Można mieszkać w Świętym Mieście, nie rozpoznać czasu jego nawiedzenia i nie zwrócić się do Boga. Można całe życie iść nie za Jezusem, a za własną imaginacją, za jakimś przez siebie wybranym, wymyślonym, dostosowanym do własnej miary. Taki personal Jesus, który nagle okaże się tak ważny, że prawdziwego się wygania: „Idź i nie przychodź więcej!”. A z drugiej strony – jak zauważa Tomasz Cyz – „«Apocalypsis cum figuris» oglądane dziś wydaje się powiadać przede wszystkim o palącej potrzebie Boga. W tym pustym świecie jest ona jeszcze bardziej donośna i rozdzierająca”. Co wyrasta z tej potrzeby? „Oto wśród ludzi – znajomych sobie, bliskich, zawieszonych gdzieś pomiędzy dworcem a świetlicą, rautem, prywatną a dancingiem – rodzi się głęboka, graniczna wręcz potrzeba Boga, Boga Chrystusa. Stwarzają go więc między sobą, wybierając jednego z siebie, lepiąc go na kształt homo christus jak piekarz chleb” – dopowiada Cyz. Wybierają sobie kogoś na kształt homo christus, bo nigdy nie uwierzyli, że zostali już wcześniej zostali przez Chrystusa wybrani? Nie uwierzyli? A może nikt im tego nie powiedział?

Można całe życie iść nie za Jezusem, a za własną imaginacją, za jakimś przez siebie wybranym, wymyślonym, dostosowanym do własnej miary

Prawdziwa historia Szymona Piotra nie kończy się na dziedzińcu arcykapłana wraz ze słowami „Nie znam tego człowieka” (czy cytowane przez Grotowskiego słowa Inkwizytora nie są dalekim echem tamtych dramatycznych wyznań?). Historia Piotra znajduje swój epilog w potrójnym „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham” (J 21, 15-17) oraz – co może najważniejsze – w powtórnym powołaniu: „Pójdź za Mną!” (J 21, 19). Nie ma innego wyjścia jak powtórnie dać się wezwać, dać się powołać, nie – wybrać samemu, ale pozwolić, by zostać wybranym. I dać się ponownie poprowadzić, rezygnując jednocześnie z pełnych pychy zapewnień: „Życie oddam za Ciebie”. Owszem, oddasz, ale to Pan wybierze godzinę. Ale póki co – pytamy za św. Augustynem – „dlaczego śpieszysz się Piotrze? Jeszcze cię Skała nie umocniła swym duchem. Nie wynoś się, licząc na siebie! «Teraz nie możesz», nie poddawaj się rozpaczy, «potem pójdziesz za Mną». […] Widział, czego pragnął w swym duchu, swych sił nie widział. Będąc słabym, szczycił się swą wolą; ale Lekarz przenika stan jego zdrowia. Ów obiecywał, Ten znał naprzód sprawę; kto jej nie znał, okazywał odwagę, kto przewidywał (co się stanie), pouczał. […] Kiedy Chrystus jeszcze nie oddał za niego życia, on obiecuje życie oddać za Chrystusa. Czy wówczas nie przeceniał siebie? […] To dla mnie uczynisz, czego jeszcze ja nie uczyniłem dla ciebie? Możesz mnie wyprzedzić, choć iść za mną nie zdołasz? Dlaczego tak bardzo liczysz na siebie? Co myślisz o sobie? Za kogo siebie uważasz? […] Oto, jakim się wkrótce okażesz, który wielkie rzeczy mówisz, a nie wiesz, iż jesteś mały” (kazanie 66).

Pośród wielu zdrad jest też zdrada gorliwych. Zdrada tych, co wyprzedają Pana. Szymon już raz uległ pokusie tej zdrady. To wtedy właśnie usłyszał, że jest Szatanem (Mt 16, 23). I że jego miejsce jest za Jezusem, a nie przed Nim. Trzeba będzie aż Wielkiego Piątku, by to zrozumieć. I gorzko zapłakać.