W kinie Stanisława Różewicza ujawnia się Bressonowski, metafizyczny styl. Jego twórczość była zawsze „ostentacyjnie chłodna, świadomie skupiona i kontemplacyjna”. Ten pozorny chłód wypływał z obawy przed łatwością używania wielkich emocji w sztuce.

Stanisław Różewicz to legenda polskiego kina. Reżyser wybitny, szanowany w środowisku, ale niestety zapomniany. Mówiono o nim polski Robert Bresson.

Przez wiele lat był szefem legendarnego Zespołu Filmowego „Tor”. Pod opieką Różewicza realizowali swoje pierwsze filmy tacy twórcy jak Krzysztof Zanussi, Krzysztof Kieślowski, Wojciech Marczewski, Filip Bajon. W 1968 r. na fali wydarzeń Marca’68 Różewicza zwolniono z funkcji szefa „Toru”. Na krótko został nim wtedy Jerzy Passendorfer. W 1972 r. Różewicz powrócił do „Toru” i kierował nim do roku 1980. Po nim funkcję tę objął Krzysztof Zanussi i pełni ją do dzisiaj.

Chłód i kontemplacja

Stanisław Różewicz był bratem wielkiego poety i dramaturga Tadeusza. To właśnie z nim oraz innym wybitnym pisarzem, Kornelem Filipowiczem, najchętniej współpracował przy scenariuszach swoich filmów.

Maria Malatyńska pisała w „Tygodniku Powszechnym”, że twórczość Stanisława Różewicza była zawsze „ostentacyjnie chłodna, świadomie skupiona i kontemplacyjna”. Ten pozorny chłód wypływał z obawy przed łatwością używania wielkich emocji w sztuce. Artysta ten trzymał się konkretów, prostych opisów, wyciszonych, przefiltrowanych nie przez wielkie idee, ale osobiste dramaty bohaterów. Tak było nawet wtedy, kiedy zrealizował filmy o konkretnych wydarzeniach historycznych: o obronie Poczty Gdańskiej – „Wolne miasto”, o tych, którzy skazani byli na klęskę – „Westerplatte” i o Powstaniu Krakowskim z 1846 roku – „Pasja”.

Tadeusz Lubelski użył kiedyś dla opisania charakteru filmów Różewicza określenia muzycznego moderato, czyli „umiarkowanie”: „żadnych popisów, żadnego zwracającego na siebie uwagę filmowego rozwiązania, żadnego chwytania za gardło”.

Warto tu oddać głos samemu reżyserowi. W rozmowie z Barbarą Hollender powiedział: „Włoscy neorealiści uczyli, że tematy leżą na ulicy. Stary Zavattini wychodził z prostej sytuacji. Kobieta zamierza kupić parę butów. Gość idzie do lombardu i sprzedaje patefon. Dzisiaj to byłoby preludium jakiejś kryminalnej intrygi z trupami w tle. Ale można też wokół tego zbudować piękny film o nowej rzeczywistości. Takich butów i patefonów jest dzisiaj mnóstwo. Tylko trzeba się rozejrzeć…”.

Fragment tekstu, który ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2019

Więź, wiosna 2019

Zamów tutaj