Opera Wrocławska ryzykownie przeniosła superwidowisko do tradycyjnej sali teatralnej. Eksperyment się udał. „Faust” wywołuje wciąż aktualną refleksję o tym, jakie decyzje są motorem indywidualistycznego świata.

Dzieło inspirowane losami Fausta Goethego we francuskiej wersji językowej przysposobił dla opery Charles Gounod. Co mogło go skłonić do podjęcia tego tematu, poza ogromną popularnością motywu doktora z Wirtembergii? Niektórzy wskazują na osobiste przeżycia kompozytora, który gdy zabierał się za Fausta miał już za sobą doświadczenie uniesienia religijnego, a nawet chęć wstąpienia do seminarium duchownego. Wydaje się jednak również, że już w czasie powstawania dzieła (lata 50 i 60 XIX wieku), chwytliwym motywem była relacja osobistych ambicji do dobra społecznego, unifikowania się w masie społecznej bądź wyłamywania się ze wspólnoty przez egoizm.

Już sama ta materia tematyczna wydaje się bardzo ciężka, a niczego nie ułatwia pierwowzór Goethego (to wszakże monumentalne dzieło na kilkadziesiąt tysięcy wierszy). Libretto napisane przez Julesa Barbiera i Michela Carréa streszcza je do 5 aktów. Ileż jednak wyzwań stoi przed reżyserem inscenizacji: Faust jest na początku stary i w jednym magicznym ruchu zmienia się w młodzieńca, bohaterowie wyśpiewują długie arie, pełne symbolicznych znaczeń, w dodatku – szczególnie w końcowych aktach – dodano partie baletowe, które wymagają od odbiorów dodatkowej koncentracji, by śledzić wątek akcji.

Wodzenie na pokuszenie

Być może z tego powodu pierwsza recepcja opery była niefortunna. Odbiorcom dramat się dłużył i wydawał się trudny. Po czasie i przeróbkach autorów przyjęto go jednak z entuzjazmem i to można powiedzieć – wciąż trwającym. Wyczytałem gdzieś, że jest to jedna z najbardziej popularnych i najczęściej wystawianych oper w USA (mam również inny trop, dlaczego, ale o nim za chwilę). Faust pojawia się we Wrocławiu po raz kolejny, w reżyserii tej samej osoby – Beaty Redo-Dobber. Stała ona zarówno za superwidowiskiem w Hali Stulecia dwa lata temu, jak i ostatnią premierą Opery Wrocławskiej.

Tytułowego bohatera spotykamy w jego pracowni, w momencie granicznym dla jego życia. Lata badań, dociekania jaka jest istota świata spełzły na niczym. Wprawdzie on sam wspiął się na wyżyny wiedzy, niemniej wieloletni trud nie jest w żaden sposób wynagrodzony. Faust postanawia sam pożegnać się ze światem. Jednak parę chwil wcześniej widzieliśmy Mefistofelesa (Tomasz Rudnicki, chyba najmocniejsza postać w tej inscenizacji) – diabła, który tylko czeka na okazję, by wykorzystać sfrustrowanego naukowca. Zakłada on, że uda się omamić Fausta obietnicą wypełnienia jego pustki, ofiarowania mu czegoś, czego skrycie pragnie. I właśnie w chwili słabości bohater zwraca się do szatana, by skoro Bóg nie wprowadził go na drogę oświecenia, to diabeł dał mu satysfakcję. Zręczne kuszenie Mefistofelesa prowadzi Fausta do wyznania tego, czego chciałby najbardziej – powrotu młodości, możliwości nieograniczonej zabawy, na nowo skorzystania z życia.

Boga w tej operze nie ma – władzę nad światem przedstawionym przejmuje Mefistofeles. Ta nieobecność wydaje się wręcz momentami skandaliczna. Do ostatnich aktów opery

I tutaj właśnie odczytuję główną linię interpretacji spektaklu – jesteśmy świadkami wykorzystywania przez Mefista ludzkiej próżności, pozornie drobnych ułomności człowieka, które pielęgnowane przez lata stają się tragicznymi pułapkami. Faust w byciu znów młodym widzi możliwość uznania, akceptacji, wybicia się. A potem następuje już tylko efekt domina, składający się na ten festiwal próżności. Bo skoro jest się młodym – czas to, by się zakochać w pięknej Małgorzacie (co ciekawe w Niemczech opera wystawiana jest właśnie pod tytułem „Małgorzata”). Ta z kolei, choć wydaje się być niewzruszona na zaloty eleganckiego naukowca, łamie się pod wpływem kosztownych podarunków. Małgorzata (gościnnie Iwona Socha) pod maską statecznej i poukładanej osoby kryje trzpiotkę, duszę towarzystwa, która w momencie próby zakochuje się bez pamięci w nieznajomym, bo przesyła jej kosztowną suknię i klejnoty. Jej sąsiadka Marta Schwerlein (Barbara Bagińska, prześmieszna rola komediowa), nieformalna opiekunka osieroconej dziewczyny, daje się zwieść komplementom.

Można sobie zadać pytanie: czy wszyscy ulegli urokowi Mefistofelesa, który wkracza przebojem w życie społeczności? Otóż nie. Jest grupa osób, reprezentowana przez Walentego (Jacek Jaskuła) i drugiego adoratora Małgorzaty – Siebla (granego przez kobietę, Katarzynę Haras-Kruczek, w pierwszej chwili zabieg ten wprawia w osłupienie). Oni oraz ci, których można by nazwać prawdziwymi przyjaciółmi Małgorzaty, trwają niewzruszenie przy swoich zasadach. I przez większość spektaklu wydają się przegrani.

Tu warto podkreślić ciekawą metaforę, której użyła reżyser – świat „Fausta” osadzony jest jakby w realiach konfliktu zbrojnego czy wojny: na projekcjach multimedialnych widzimy często migawki ze znanych nam współczesnych wojen, Walenty jest żołnierzem, opuszcza swoją siostrę i pozostawia ją pod opieką Marty i Siebla właśnie dlatego, że idzie na wojnę. Prości żołnierze stają się mięsem armatnim, ukojenia od okrucieństwa szukającym w zabawie. Reprezentują oni też honor i godność, oddanie służbie, słowem – rycerskość. Ale, jak już wspomnieliśmy, trzymanie się swoich zasad i obrona wartości, w uniwersum, w którym hołduje się próżności, skazane jest na klęskę, przynajmniej pozorną.

Big brother czy opatrzność?

Jest jeszcze jeden obraz w tej inscenizacji, który mocno podziałał na moją wyobraźnię. W kilku momentach z ogromnej multimedialnej wizualizacji spogląda na nas jedno ludzkie oko. Skojarzenie pierwsze – oko opatrzności? Choć we współczesnym świecie bardziej – oko Wielkiego Brata? Chyba oba skojarzenia miałyby sens. Za drugim przemawiałby fakt, że dzieje związku Fausta i Małgorzaty stają się swego rodzaju publicznym spektaklem, wywołującym zgorszenie, ale mimo wszystko podsycanym przez żądną wrażeń gawiedź. Tylko że gdy bohaterom powija się noga i sprawy zachodzą za daleko, a Małgorzata pojawia się w świątyni z widocznym ciążowym brzuchem, cała społeczność odwraca się od niej. Na nic stają się zapewnienia o gotowości do nawrócenia: miłostka doprowadziła do nieszczęścia, złamanie zasad – do śmiertelnego pojedynku jej brata z Faustem, odsunięcie się od bożych praw do grzesznego życia. To wypisz wymaluj historia jak ze współczesnych celebrytów – raz wielbionych za łamanie zasad, znów potępianych, gdy nie wpisują się w zbiorowy gust.

Świat „Fausta” osadzony jest jakby w realiach konfliktu zbrojnego czy wojny

A gdzie tu miejsce na oko opatrzności? Przecież Boga w tej operze nie ma – władzę nad światem przedstawionym przejmuje Mefistofeles, nawet symbolicznie zamieniając tabernakulum na swój tron. Ta nieobecność wydaje się wręcz momentami skandaliczna. Do ostatnich aktów opery – gdy następuje katharsis i buńczuczną minę Mefista, ogłaszającego skazujący na potępienie wyrok na Małgorzatę i Fausta, załamuje grymas bólu i rozczarowania. Oto deux ex machina wyrok ten podważony zostaje rozdzierającym wszystko okrzykiem: „zbawiona!” i śpiewem anielskich chórów „Właśnie Chrystus narodził się, właśnie Chrystus zmartwychwstał”. Ratunek przychodzi w momencie najmniej spodziewanym, jest jednak tak przejmujący i skuteczny, że pozostawia z uczuciem ogromnej nadziei.

Gdy pisałem o popularności tej opery w USA, miałem na myśli właśnie nadzieję, która może rozbudzić się w odbiorcy. Nadzieję, że jest jeszcze ratunek dla świata podporządkowanego niskim gustom, rządzonego przez demiurgów podążającym za próżnościami. W przesyconym konsumpcją świecie, który zaczyna sam siebie dusić w wytworach własnej produkcji, śmieciach, rozbuchanym do czerwoności ego celebrytów, znajdzie się być może siła wyższa i silniejsza od nas. To ona zbawi ten świat?