Rzeczywistość nie jest tak prosta, jak chciałby tego abp Marek Jędraszewski, metropolita krakowski. Ani współczesny świat nie jest tak zepsuty, ani Kościół hierarchiczny taki doskonały.

W połowie lat sześćdziesiątych w jednej z parafii archidiecezji krakowskiej odbywała się wizytacja biskupia. Kiedy przeprowadzający ją kardynał Karol Wojtyła uroczyście przechodził przez środek kościoła, spośród tłumu przedostała się do niego kilkuletnia dziewczynka i próbowała coś mu powiedzieć. – Co mówisz? Nic nie słyszę – rzekł hierarcha. – To się schyl – bezceremonialnie odpowiedziało dziecko, a biskup chętnie wykonał to polecenie. Chciałbym, by tę anegdotę usłyszał obecny metropolita krakowski abp Marek Jędraszewski. Może gdyby symbolicznie powtórzył gest swojego poprzednika, usłyszałby o realnych problemach wierzących w Polsce.

Wszędzie prześladowania?

Arcybiskup Jędraszewski nie ma ostatnio dobrej passy. By ograniczyć się tylko do ubiegłych tygodni: 14 marca na słynnej już konferencji episkopatu o wykorzystywaniu nieletnich w Kościele wiceprzewodniczący KEP dokonał rzeczy niebywałej – skupił się na oskarżaniu o sprzyjanie pedofilii wszystkich poza Kościołem. Co więcej – znaczną część swojego wywodu poświęcił absurdalnemu przekonywaniu opinii publicznej, że zasada „zero tolerancji” wobec wykorzystywania seksualnego w Kościele (zapoczątkowana jeszcze przez Jana Pawła II) ma charakter… totalitarny. Kiedy kilka dni później precyzował, że dobro dzieci jest ważniejsze niż dobro kościelnej instytucji (znowu powtarzając swoje rozumienie powyższej zasady), właściwie mało kto uwierzył jego słowom. W kolejnych dniach wyznał w dodatku, iż watykański szczyt przewodniczących episkopatów był wyczerpującym czasem między innymi dlatego, że uczestniczący w nim biskupi dyskutowali przez całe trzy dni od 9 do 19:30, „z krótką przerwą na obiad” (sam metropolita krakowski męczył się krócej – jak wiemy, wyjechał ze szczytu dzień przed jego zakończeniem).

Na tym jednak nie koniec. 25 marca abp Jędraszewski grzmiał w krakowskiej bazylice mariackiej, że „dzisiaj atakuje się Kościół po to, aby pozbawić go autorytetu i wykorzystuje się niektóre grzechy ludzi Kościoła po to, aby doprowadzić do tego, by Kościół przestał mówić, by już nie bronił i nie upominał się o ludzkie życie”.

Zwieńczeniem ostatnich występów arcybiskupa były słowa wypowiedziane przez niego w ubiegły poniedziałek podczas Europejskiego Kongresu Samorządów w Krakowie. Mówiąc o współczesnych prześladowaniach chrześcijan, powiedział: – Wystarczy spojrzeć na to, co wiemy o sytuacji kardynała Pella z Australii. Straszne rzeczy, które mają tam miejsce. W imię pewnych reguł prawnych łamie się podstawowe prawa człowieka.

Zasłonięcie symbolu

Wypowiedzi krakowskiego biskupa to jedno. Są jeszcze działania. Wystarczy przypomnieć, że 2 kwietnia obchody 14. rocznicy śmierci Jana Pawła II nie odbyły się jak co roku na placu przed Pałacem Biskupim przy ulicy Franciszkańskiej 3. Zostały pospiesznie zorganizowane na dziedzińcu kurii, przed którym ustawiono mężczyzn ze świeckiego zgromadzenia Rycerzy Jana Pawła II, „weryfikujących” przybyłych. Na uroczystości nie zostali wpuszczeni dziennikarze TVN-u, „Gazety Wyborczej” i LoveKrakow.pl. Sam arcybiskup dotarł tam w asyście obstawy. Wcześniej zaś, w październiku ubiegłego roku – na polecenie metropolity – słynne „papieskie okno” zniknęło za mozaiką przedstawiającą wizerunek papieża Polaka.

Są takie kwestie – jak prawa człowieka czy demokracja – w których Kościół na przestrzeni wieków zostawał w tyle względem świata i musiał się od niego uczyć. Abp Jędraszewski zdaje się o tym zapominać

Takie działania mają przykry wymiar symboliczny. Abp Jędraszewski zdaje się nie rozumieć, że okno, które kazał zasłonić, dla większości Polaków ma wartość nie tylko sentymentalną. To symbol otwartości i bezpośredniości papieża Wojtyły, który chętnie – nawet będąc zmęczonym – podczas wizyt w Krakowie pojawiał się w nim, by spontanicznie przemówić do zebranych, głównie ludzi młodych. „Papieskie okno” to także symbol międzyludzkiej bliskości, jaką okazali mieszkańcy stolicy małopolski w kwietniu 2005 roku. Wówczas, podczas czuwania pod kurią, był wśród nich zwyczajnie obecny kard. Franciszek Macharski, ubrany w zwykłą sutannę, bez insygniów biskupiej władzy. Rozmawiał z ludźmi, pocieszał ich. Po 14 latach jego następca bezceremonialnie, w rocznicę tego dnia, odgrodził się od wiernych. Kuria krakowska, jak wspomniałem, z miejsca otwartego, łączącego Polaków o różnych światopoglądach, zaczęła przypominać twierdzę.

Zepsuty świat?

Wróćmy jeszcze do słów, które dobrze oddają stosunek obecnego metropolity Krakowa do rzeczywistości i problemów Kościoła. Przywołane przed chwilą wypowiedzi stały się przedmiotem komentarzy mediów i – nie bójmy się tego słowa – przyczyną rozgoryczenia niemałej części katolików w Polsce. Wynika z nich bowiem jasno, że abp Jędraszewski, bądź co bądź drugi rangą biskup w Polsce, bagatelizuje wykorzystywanie seksualne w Kościele, drążenie tematu przez media postrzega jako „atak na Kościół”, zdaje się jednocześnie nie widzieć faktu, że zbrodnie te miały w kościelnych strukturach – w przeciwieństwie do moralnie zdegradowanego świata – charakter systemowy, że jego hierarchowie często za wszelką cenę wyciszali przestępstwa. Można mieć uzasadnione wątpliwości co do wyroku wydanego na kard. Pella, ale uznawanie wyroku sądowego w praworządnym państwie za dowód na prześladowanie chrześcijan to gruba przesada.

Abp Jędraszewski nie zatrzymuje się na przerzucaniu winy za kościelne grzechy na innych. Jeśli wczytamy się w jego wypowiedzi, szybko okaże się, że obecny metropolita krakowski od lat znajduje się na wojnie. Własnej wojnie z projektowanym przez siebie antychrześcijańskim światem. A na wojnie, jak wiadomo, nie ma czasu na subtelności. Metropolita Krakowa słusznie zauważa, że współczesny dramat wartości zaczął się w XVIII wieku, kiedy społeczeństwo zachodnie zaczęło odchodzić od Kościoła i skierowało się pierwsze w stronę deizmu, a później – ateizmu. Tyle że rzeczywistość nie jest tak prosta, jak chciałby tego krakowski arcybiskup. Ani współczesny świat nie jest tak zepsuty, ani Kościół hierarchiczny taki doskonały (po fali ujawnień zbrodni seksualnych nie ma moralnego prawa pouczać kogokolwiek).

Kościół nie może egzystować w wiecznej opozycji do świata, w oblężonej twierdzy. Katolicyzm, który buduje lęk wobec otoczenia zamiast z niego wyzwalać, odchodzi od istoty chrześcijaństwa

Abp Jędraszewski, będąc przecież wytrawnym intelektualistą, nie chce dostrzec, że piętnowani przez niego przy różnych okazjach „filozofowie podejrzliwości” na czele z Nietzschem czy Freudem mogą – jak od lat interpretuje ich teksty wybitny współczesny teolog Tomáš Halík – stać się pomocą dla chrześcijan w przezwyciężaniu ich samozadowolenia i zgubnego rozleniwienia w wierze. Arcybiskup ma rację, gdy mówi, że wiara w Boga może być fundamentem ładu moralnego, etycznego i prawnego. Nie jest jednak tak – jak projektuje ten pogląd na społeczeństwa Zachodu hierarcha – że gdy Boga nie ma, wszystko człowiekowi wolno. Nawet wtedy nie przestaje być on „stróżem brata swego” – jak pisał Czesław Miłosz. Prawa człowieka nie są nierozłączne z religią. Już wielki teolog czasu II wojny światowej Dietrich Bonhoeffer przyznawał, że funkcjonowanie chrześcijanina (czy szerzej – każdego człowieka) w świecie bez Boga nie zwalnia go z obowiązku brania odpowiedzialności za siebie i świat.

Bez potępienia

A sam Kościół? Nie musi egzystować w wiecznej opozycji do świata, w oblężonej twierdzy, wręcz nie może tego robić. Katolicyzm, który buduje lęk wobec otoczenia zamiast z niego wyzwalać, odchodzi od istoty chrześcijaństwa. Choć abp Jędraszewski o tym zapomina i w swoich wystąpieniach ustawicznie nawiązuje do biblijnej metafory św. Jana o świecie jako siedlisku pożądliwości (por. 1 J 2, 16-17), warto mieć świadomość, że – zarówno w Biblii, jak i w teologii – nie jest to jedyny sposób mówienia o ziemskiej rzeczywistości. Świat został stworzony przez Boga jako dobry, co więcej – następnie został przez Niego zbawiony. Zaangażowanie więc w rzeczywistość taką, jaka ona jest, pozostaje głównym zadaniem chrześcijanin, ze świadomością, że nie żyją oni w świecie pozbawionym zła (tyle że zło wewnątrz Kościoła szkodzi mu bardziej niż zewnętrzni wrogowie). „Radość i nadzieja, smutek i trwoga ludzi współczesnych, zwłaszcza ubogich i wszystkich cierpiących, są też radością i nadzieją, smutkiem i trwogą uczniów Chrystusowych” – brzmi początek „Gaudium et spes”, konstytucji duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym Soboru Watykańskiego II.

Są zresztą takie kwestie – jak prawa człowieka czy demokracja – w których Kościół na przestrzeni wieków zostawał w tyle względem świata i musiał się od niego uczyć. Dokładnie o tym mówi przywołana przed chwilą soborowa konstytucja, zaznaczając, że „Kościół wiele skorzystał i może skorzystać nawet z opozycji tych, którzy mu się sprzeciwiają lub go prześladują”. Kilkadziesiąt lat później poprzednik abp. Jędraszewskiego w Krakowie, Karol Wojtyła, jako papież powołał się na ten tekst, pisząc w liście apostolskim „Novo millennio ineunte”: „Kościół uznaje, że nie tylko sam daje, ale także wiele otrzymał od historii i ewolucji rodzaju ludzkiego”. Szkoda że Jan Paweł II nie znajduje posłuchu w prezydium naszego episkopatu…

Kościół nie ma bezkrytycznie przyjmować wszystkiego, co pochodzi ze świata (Franciszek używa dziś przymiotnika „światowy” w znaczeniu pejoratywnym). Powinien umieć rozpoznać w nim „znaki czasu”, także po to, by siebie i świat przemieniać. A to może dokonać się poprzez refleksję i dialog, a nie przez potępienie i patrzenie z góry! Liberalny zachodni świat nie musi być od razu przepełniony „lewacką zarazą” czy „dyktaturą gender”, może – także poprzez manifestacyjną niewiarę – szukać transcendencji (choćby dialogi kard. Carlo Martiniego z Umberto Eco i ks. Michała Hellera z Richardem Dawkinsem są tego cichym potwierdzeniem). Smutne, że trzeba o tym przypominać ponad 50 lat po Vaticanum II.

W ostatnich dniach chętnie wracam do lektury wywiadu, jaki w 1995 roku z ks. Józefem Tischnerem przeprowadzili Zbigniew Nosowski i Sławomir Sowiński. Według niego, „dzisiejszy świat ze wszystkimi swoimi łajdactwami służy Opatrzności Bożej. (…) Dzieje się pomiędzy ludźmi bardzo wiele dobra. Codziennie, małe i większe, ale naprawdę dzieje się mnóstwo dobraTrzeba spojrzeć na to dobro, jak na trop do religii. I trzeba się wyzbyć przekonania, że poza Kościołem nie może się dziać nic dobrego. (…) Mentalność przeciwna jest mentalnością sekciarską”. „Jeżeli Kościół będzie głosił złą nowinę zamiast Dobrej Nowiny, to kto go będzie słuchał? Złych nowin jest bardzo dużo…” – dodawał.

Czytając te słowa i zestawiając je z wypowiedziami abp. Jędraszewskiego, wiem, że mądrości i pogody ducha „filozofa sarmatów” bardzo nam dziś brakuje. Nie tylko w Krakowie.