Do tej pory o strajkach, o proteście, o godności i o tym, że nie wszystko jest polityką, uczyłem się z podręczników i opowiadałem swoim uczniom. Teraz będę mówił z własnego doświadczenia.

Dziś idę do pracy z większym uśmiechem niż zawsze. Ta moja praca – nauczycielstwo – co tu ukrywać: kocham to. Najcenniejsi w niej są oni – ci, do których idę. Moi uczniowie. A najważniejsze są nie podręczniki, ale rozmowy.

Właśnie odbywa się jedna z najważniejszych lekcji. Mam wrażenie, że ci, którzy przypisują sobie etos sierpniowej „Solidarności”, stracili kontakt ze społeczeństwem. Teraz nauczyciele przypominają im o dawnej i utraconej młodości. O strajkach, o proteście, o godności. I o tym, że nie wszystko jest polityką. Do tej pory uczyłem się o tym z podręczników i opowiadałem własne rozumienie tamtych spraw uczniom. Dyskutowaliśmy, ile pozostało z karnawału „Solidarności”. Wynik zazwyczaj był mizerny. Teraz będę mógł mówić z własnego doświadczenia. No bo kiedy moje pokolenie mogło wziąć udział w strajku z prawdziwego zdarzenia? I nie będę w tym osamotniony, będą jeszcze uczniowie. „Murem za belframi”, „Nauczyciel nie wolontariusz”, „Jesteśmy z wami” – takie wlepki za sprawą samorządu uczniowskiego pojawiły się kilka dni temu na szkolnych korytarzach.

Na swoich lekcjach wielokrotnie to podkreślałem: możemy się nie zgadzać, ale się szanujemy. Widocznie podstawy programowe rządu i moich uczniów drastycznie się rozmijają

Przez kilka tygodni moja grupa zawodowa, jak żadna inna, była wyszydzana przez partię rządzącą. Zarzucano mi „powodowanie traumy u dzieci”, zachęcano do dorabiania sobie poprzez rozmnażanie się (niezwykle pogardliwy tekst o „celibacie” Krzysztofa Szczerskiego), czy podawano nieprawdziwe informacje (nie, panie Suski, nie zarabiam tyle co pan). Za każdym razem słyszałem najgorsze z możliwych „przeprosin”: „jeśli ktoś się czuje urażony, to ja przepraszam”. Ta mantra powtarzana przez prominentne osoby w państwie pokazywała dobitnie, że brakuje im moralnego kompasu. Jego wskazówki wskazują zawsze magnetyczny punkt, a on jest niezmienny. To szacunek do drugiego człowieka. Na swoich lekcjach wielokrotnie to podkreślałem: możemy się nie zgadzać, ale się szanujemy. Widocznie podstawy programowe rządu i moich uczniów drastycznie się rozmijają.

Od dawna nurtuje mnie myśl, czy kwiecień nie jest typowym polskim miesiącem, który dałoby się wpisać obok Marca, Października, Grudnia, Sierpnia? Kwiecień to śmierć Jana Pawła II, katastrofa smoleńska, protest w Sejmie rodziców dzieci z niepełnosprawnościami… Teraz my. Ten rozedrgany, tak bardzo polski Kwiecień. Miejsce Kwietnia pośród innych polskich miesięcy jest szczególne. Bo to Miesiąc w płynnej nowoczesności, Miesiąc na miarę naszych czasów. Nic tu nie zastygło, nic się nie dookreśliło, nic nie podsumowało. Przeciwnie: same jątrzące pytania, dzielące nas aż do atomu krwi i atomu nienawiści.

Ubiegłoroczny protest rodziców dzieci z niepełnosprawnościami w Sejmie był tym czymś, co spowodowało u mnie duchowe tąpnięcie. „Nie godzi się tak traktować ludzi” – powtarzałem sobie, obserwując jak rząd postępuje w ciągu 40 dni z bezbronnymi osobami. Arogancja władzy, upokarzanie, stosowanie siły… Mam wrażenie, że teraz dołączam do nich. Wtedy całym sercem, teraz zupełnie rzeczywiście. Nie wydaje mi się, aby strajk nauczycieli szybko się skończył. Nie wiem, czy potrwa on 40 dni. Jeśli tak, to zakończy się po pierwszych wielkich egzaminach maturalnych (polski, matematyka, język obcy), ale wciąż przed egzaminem maturalnym z przedmiotów dodatkowych. No, a co z egzaminem ósmoklasisty, egzaminem gimnazjalnym? Jedno wiem za to na pewno. To, w jaki sposób rząd prowadził rozmowy z nauczycielami, pokazuje, że niewiele już będzie tak samo jak dawniej.

Zastanawiam się, jaką lekcję dali właśnie uczniom rządzący. O tym, jak się prowadzi negocjacje, ci pierwsi wiedzą lepiej z podstaw przedsiębiorczości. Język propagandy był z pewnością cenną powtórką z historii. Matematyk mógł sobie poćwiczyć działania na procentach. Ignorowanie wielokrotnie ponawianej prośby Sławomira Broniarza o spotkanie z premierem Mateuszem Morawieckim to cenny temat na godzinę wychowawczą. O „niesolidarnej «Solidarności»” można pouczyć się na wiedzy o społeczeństwie. Być może chodzi tu o zupełnie inną lekcję, lekcję rodem z „House of Cards”: no bo jak wytłumaczyć, że dwie osoby kandydujące do europarlamentu prowadzą –  wybitnie nieudolnie – negocjacje ze związkami zawodowymi? To bardziej trampolina do sukcesu czy podanie rozgrzanej cegłówki? To wie tylko polski, siwy już i starszy od pierwowzoru, Frank Underwood.

W lodówce w pokoju socjalnym czekają już włożone w piątek przez Beatę i Agnieszkę „torby miłosierdzia” z prowiantem na pierwsze dni strajku. Wiesława w poniedziałek przeniesie ciasto, ja we wtorek. Za chwilę uczniowie zapukają do drzwi. Zapytają, jak to młodzi, na granicy zgrywy i życzliwości: strajkujesz, belfrze? I wtedy będę musiał odpowiedzieć im słowem, którego na co dzień sam oczekuję od nich: obecny.