Publicznie i prywatnie mówił, że odegrałem decydującą rolę w przekonaniu go do kandydowania w ostatnich wyborach samorządowych na urząd prezydenta Gdańska, na kolejną, już szóstą kadencję. Nie jest mi łatwo ze świadomością, że gdyby Paweł nie był prezydentem, zapewne nie znajdowałby się na tej scenie, na której zadano mu śmiertelne ciosy.

Śmierć Pawła Adamowicza wstrząsnęła Gdańskiem i całą Polską. Na oczach radosnego tłumu świętującego finał zbiórki przeprowadzonej przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy śmiertelnie raniony został prezydent Gdańska. Doszło do tego tuż po wygłoszeniu przez niego słów: „Gdańsk jest szczodry, Gdańsk dzieli się dobrem, Gdańsk chce być miastem solidarności […] To jest cudowny czas dzielenia się dobrem. Jesteście kochani”.

Słowa te można uznać za testament Pawła Adamowicza. Pokazują one jego nastawienie do życia i do innych ludzi. Były także wyznaniem miłości do Gdańska, którego prezydentem był przez ponad 20 lat.

Po zadaniu śmiertelnych ciosów, korzystając z osłupienia i chaosu panującego na scenie, morderca Adamowicza próbował wygłosić swój polityczny manifest i opowiedzieć o krzywdach, których rzekomo doświadczył. Chwilę później został obezwładniony.

Polska porażona była tą sekwencją wydarzeń, mających także wymiar metafizyczny. Po manifeście miłości i dobra do działania przystąpiło zło.

Łączyła nas długa i mocna przyjaźń. Ponieważ byłem od niego wyraźnie starszy, traktował mnie nie tylko jako przyjaciela, ale trochę jak mentora

Gdańsk okrył się żałobą. Jego mieszkańcy godnie pożegnali swego prezydenta. Pokazali, że tworzą prawdziwą wspólnotę. Odwzajemnili Pawłowi Adamowiczowi miłość i przywiązanie, które im okazywał.

Jestem jedną z osób, które śmierć Pawła szczególnie dotknęła. Łączyła nas długa i mocna przyjaźń. Ponieważ byłem od niego wyraźnie starszy – poznał mnie w 1980 roku, gdy on był uczniem pierwszej klasy licealnej, a ja już jednym z liderów Ruchu Młodej Polski – traktował mnie nie tylko jako przyjaciela, ale trochę jak mentora. Poważnie liczył się z moim zdaniem. Publicznie i prywatnie mówił, że odegrałem decydującą rolę w przekonaniu go do kandydowania w ostatnich wyborach samorządowych na urząd prezydenta Gdańska, na kolejną, już szóstą kadencję. Tym razem wahał się, bo wiedział, że nie będzie miał poparcia Platformy Obywatelskiej, czyli partii, która dotychczas zawsze za nim stała. Sukces odniesiony w tych okolicznościach dał mu wiele satysfakcji, uskrzydlił i wyzwolił dodatkową energię.

Nie jest mi łatwo ze świadomością, że gdyby Paweł nie był prezydentem Gdańska, zapewne nie znajdowałby się na tej scenie, na której zadano mu śmiertelne ciosy. Nie byłby tak atrakcyjnym celem ataku dla napastnika, który chciał przejść do historii, dokonując spektakularnego mordu.

Nie próbuję w tym miejscu podsumowywać dorobku Pawła Adamowicza jako ważnej postaci polskiego życia publicznego. Pragnę zwrócić uwagę jedynie na niektóre kwestie.

Zamordowany prezydent Gdańska był jednym z najwybitniejszych przedstawicieli pokolenia, któremu odzyskanie przez Polskę niepodległości i demokracji otworzyło możliwości działania w sferze publicznej. Pokazał, jak wiele można było dokonać w naszym kraju w warunkach wolności. Świadectwem tego jest wielka przemiana Gdańska.

Budował przyszłość Gdańska, ale wiedział, jak ważna jest historia, jak ważne są korzenie. Był przekonany, że dzieło „Solidarności” ma wymiar uniwersalny. Wiedział, że nie można tego dzieła roztrwonić i o nim zapomnieć. Stąd jego wielkie zaangażowanie w tworzenie Europejskiego Centrum Solidarności.

Bohaterom „Solidarności” i twórcom wolnej Polski okazywał wielki szacunek. Odważnie stawał w ich obronie, gdy ich zasługi były podważane. Potrafił przeciwstawić się tłumowi buczącemu w trakcie przywoływania nazwisk przywódców strajku sierpniowego: Lecha Wałęsy i Bogdana Borusewicza. Bardzo cenił Tadeusza Mazowieckiego. Był inicjatorem przyznania mu honorowego obywatelstwa Gdańska. Później doprowadził do przyznania honorowego obywatelstwa Gdańska ojcu Ludwikowi Wiśniewskiemu, który na długo przed Sierpniem był nauczycielem wielu ludzi tworzących w Gdańsku środowisko opozycji demokratycznej.

Paweł Adamowicz wiedział, że historia narodu to sztafeta pokoleń. Wiedział, ile zawdzięczamy naszym poprzednikom. W tej sztafecie sam zajął poczesne miejsce.

Szukał kompromisów i umiał je zawierać. Nie lubił konfliktów. Dobrze jednak wiedział, że są sprawy, w których trzeba być bezkompromisowym. Dlatego odważnie stawał w ostatnich trzech latach w obronie konstytucji, niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Uczestniczył już w pierwszych gdańskich demonstracjach ulicznych z przełomu lat 2015 i 2016 organizowanych w proteście przeciwko niszczeniu przez nowe władze państwowe Trybunału Konstytucyjnego. Był w pierwszym szeregu kolejnych manifestacji obywatelskich. Zabierał na nich głos.

Paweł Adamowicz wiedział, że historia narodu to sztafeta pokoleń. Wiedział, ile zawdzięczamy naszym poprzednikom. W tej sztafecie sam zajął poczesne miejsce

W dniu zamachu – po uczestniczeniu we Mszy Świętej i kwestowaniu jako wolontariusz w zbiórce Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy – wziął udział w cotygodniowych demonstracjach pod gdańskimi sądami. W ostatnim okresie pojawia się tam niewielu ludzi. Frekwencji nie sprzyja ani zmniejszenie się napięcia wokół Sądu Najwyższego po pewnych ustępstwach władz, ani zimowa pogoda. Paweł Adamowicz jednak tam był i przemawiał. Spod sądów poszedł na Targ Węglowy, gdzie gdańszczanie świętowali finał WOŚP…

Dlaczego prezydent Gdańska wykazywał tak wiele determinacji w angażowaniu się w polityczny konflikt rozdzierający Polskę? Dla mnie odpowiedź jest oczywista. Czynił to, gdyż był przywiązany do wolnościowego dziedzictwa „Solidarności”, wiedział, jak ważny jest – opisany w konstytucji – podział władz i ich kompetencji. Zdawał sobie sprawę, jak niebezpieczne dla przyszłości Polski i jej obywateli jest skupienie wielkiej władzy tylko w jednym ośrodku.

Za swą postawę płacił wysoką cenę. Pod rządami prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry wznowiono umorzone już śledztwo prowadzone w sprawie błędów popełnionych przez prezydenta Gdańska w oświadczeniach majątkowych. Śledztwo umorzono w okresie, gdy prokuratura była niezależna od władzy państwowej. Wznowiono je, gdy prokuratura została skrajnie upolityczniona.

Tak zwane media publiczne prowadziły przeciwko niemu kampanię, przedstawiając go jako człowieka nieuczciwego i dyskwalifikując go moralnie. Czy ta kampania miała wpływ na zachowanie mordercy? Czy przyczyniła się do tego, a może zadecydowała o tym, że postanowił zabić właśnie jego? Obecnie nie wiemy, czy tak było. Może nie dowiemy się tego nigdy.

Jedno można stwierdzić z całą pewnością. Kampania wymierzona w Pawła Adamowicza prowadzona przez media faktycznie rządowe, chociaż noszące miano publicznych, mogła wpłynąć na decyzję przyszłego mordercy. Ta możliwość upoważnia do postawienia pytania: czy media finansowane ze środków publicznych naprawdę muszą wyglądać tak jak obecnie? Czy muszą być propagandową tubą władzy?

Śmierć Pawła Adamowicza powinna jednak skłaniać do dokonania rachunku sumienia wszystkich uczestników życia publicznego. W dramatycznych słowach mówił o tym ojciec Ludwik Wiśniewski OP podczas Mszy pogrzebowej Pawła w Bazylice Mariackiej: „trzeba skończyć z nienawiścią, trzeba skończyć z nienawistnym językiem, trzeba skończyć z pogardą, trzeba skończyć z bezpodstawnym oskarżaniem innych. Nie będziemy dłużej obojętni na panoszącą się truciznę nienawiści na ulicach, w mediach, w internecie, w szkołach, w parlamencie, a także w Kościele. Człowiek posługujący się językiem nienawiści, człowiek budujący swoją karierę na kłamstwie nie może pełnić wysokich funkcji w naszym kraju i będziemy odtąd tego przestrzegać”.

Te słowa wywarły wielkie wrażenie na słuchaczach nie tylko w Gdańsku, ale też w całej Polsce. W kilku swych następnych wypowiedziach publicznych ojciec Ludwik wyraźnie stwierdził, że swe przesłanie kierował do wszystkich polityków, a nie wyłącznie do obozu rządzącego.

Nie jestem tak naiwny, by sądzić, że uczestnicy życia publicznego powszechnie zmienią swe postępowanie. W szczególności trudno mi wierzyć, że ozdrowieńczego wstrząsu doznają ci politycy, którzy z brutalnego i insynuującego języka uczynili swą specjalność (chociaż w niektórych przypadkach taki efekt może nastąpi).

Wierzę więc, że tragiczna śmierć mojego Przyjaciela nie pójdzie na marne

Wierzę natomiast, że bardzo wielu Polaków naprawdę weźmie do serca apel ojca Ludwika. Że ludzie będą reagować na słowa pogardy i nienawiści. Będą uważniej słuchać polityków, oceniać ich i stawiać im wyższe wymagania etyczne. Jeśli tak się stanie, to uczestnicy politycznych sporów znajdą się pod presją opinii publicznej, aby zachowywać się godniej i bardziej odpowiedzialnie.

Wierzę też, że może się zmienić postawa pewnej części młodego pokolenia, obecnie w przeważającej mierze zdystansowanego do polityki, kojarzącego ją z bezwzględną walką o władzę, w której dozwolone są wszelkie chwyty. Mam nadzieję, że może zainspirować ich przykład Pawła Adamowicza – polityka bliskiego ludziom, budującego wspólnotę mieszkańców swego miasta, traktującego aktywność polityczną rzeczywiście jako służbę dobru wspólnemu.

Wielką umiejętnością Pawła Adamowicza było wychowanie następców należących do pokolenia, które ukształtowało się już w wolnej Polsce: ludzi ideowych i kompetentnych. Sądzę, że zwłaszcza Aleksandra Dulkiewicz – następczyni i kontynuatorka dzieła Pawła Adamowicza, która w dniach żałoby po śmierci prezydenta Gdańska dała dowody politycznej dojrzałości, zimnej krwi, organizacyjnej sprawności i wielkiej empatii – pokazuje młodemu pokoleniu, że polityka może być inna i nie warto się od niej odwracać.

Wierzę więc, że tragiczna śmierć mojego Przyjaciela nie pójdzie na marne. Zło nie zatriumfuje. Wierzę, że rodzące się w Gdańsku po śmierci Pawła dobro nie było jedynie przemijającą emocją, lecz trwałą przemianą postaw wielu Polaków.

Tekstu ukazał się w kwartalniku „Więź” wiosna 2019

Więź, wiosna 2019

Zamów tutaj