Jeśli chcemy, by nasi uczniowie nie myśleli o pracy w szkole jako o życiowej porażce, a może nawet wzięli pod uwagę jej wykonywanie, to nie mogą uczyć ich źle opłacani, przemęczeni i sfrustrowani nauczyciele.

Jestem nauczycielem. Od dziewięciu lat pracuję w warszawskiej szkole społecznej i zarabiam wystarczająco dobrze. Wiem, ile godzin tygodniowo powinienem przepracowywać na rzecz szkoły, bo we wrześniu podpisałem umowę. Nigdy nie próbowałem policzyć, ile godzin faktycznie przepracowuję.

Jako nauczyciel: przygotowując się do zajęć, prowadząc zajęcia, analizując przeprowadzone zajęcia, w przerwach między zajęciami odbywając konsultacje, sprawdzając prace, komentując prace, udzielając informacji zwrotnej, uczestnicząc w wyjazdach, spotykając się z rodzicami, naradzając się z nauczycielami, uczestnicząc w radach pedagogicznych, prowadząc korespondencję, wypełniając dokumentację.

Jako wychowawca: obserwując moich uczniów i uczennice, spotykając się z nimi, rozmawiając z nimi o sprawach szkolnych, domowych i osobistych, wysłuchując ich opowieści, przyjmując od nich skargi, interweniując w sytuacji kryzysu, mediując w sytuacji konfliktu, szukając porady w sytuacji bezradności, budując oparte na zaufaniu relacje z ich rodzicami, negocjując w ich sprawach z rodzicami i nauczycielami, wchodząc w ich sprawach w konflikty z rodzicami i nauczycielami, prowadząc godziny wychowawcze, inicjując działania klasowe, organizując wyjazdy.

Nauczyciele i nauczycielki powinni zarabiać tyle, żeby móc pozwolić sobie na wykonywanie swojej pracy

Większość czasu, który spędzam w domu, tym różni się od czasu, który spędzam w pracy, że pracuję w domu, a nie w pracy. Moja żona Zosia wie o tym dużo lepiej ode mnie.

Po jednym z bardziej intensywnych dni w ostatnim tygodniu, zakończonym bardzo wymagającą emocjonalnie rozmową wychowawczą, miałem dwie myśli na raz. Pierwsza: dawno nie czułem się tak bardzo zmęczony. Druga: dawno nie czułem się tak bardzo na swoim miejscu.

No właśnie: mimo że z punktu widzenia moich uczniów i uczennic praca nauczyciela jest pewnie czymś na granicy ekscentrycznego hobby i życiowej porażki, ja nie wyobrażam sobie wykonywania innego zawodu i z nikim bym się nie zamienił. Jestem wdzięczny moim przełożonym (Anna Sobala-Zbroszczyk) za to, że pieniądze nie są przeszkodą na drodze do realizowania tego zamiaru. Jak wspominałem, zarabiam „wystarczająco dobrze”, ale gdyby zarabianie pieniędzy było moją zasadniczą motywacją, to szukałbym sobie innego zajęcia. Do puenty.

Nie sądzę, żeby ktokolwiek podejmował pracę w szkole po to, żeby zarobić. Nauczyciele i nauczycielki powinni jednak zarabiać tyle, żeby móc pozwolić sobie na wykonywanie swojej pracy. Dużo mówi się ostatnio o tym, że wraz ze zwiększeniem ich wynagrodzeń powinno się zwiększać także stawiane im wymagania. To nie tak. Zanim zacznie się myśleć o stawianiu większych wymagań, trzeba zlikwidować tę podstawową przeszkodę na drodze do bycia nauczycielem, jaką są płace niewspółmiernie niskie do wymagań, które są im stawiane już teraz.

Warunkiem naprawy polskiego systemu edukacji nie jest likwidacja gimnazjów, tylko – między innymi – odbudowa prestiżu zawodowego nauczyciela. Jeśli chcemy, by nasi uczniowie nie myśleli o pracy w szkole jako o życiowej porażce, a może nawet wzięli pod uwagę jej wykonywanie, to nie mogą uczyć ich źle opłacani, przemęczeni i sfrustrowani nauczyciele. Zacznijmy rozmawiać o wyższych wymaganiach, kiedy już będzie komu je stawiać.

Popierajmy strajk nauczycieli, bo stawką są nie tylko ich zarobki, lecz także jakość edukacji w tym kraju!

Tekst opublikowany pierwotnie przez Autora na Facebooku.