Zauważyliście, że z nauczycielami nie kłócą się osoby, które choć przez chwilę pracowały w szkole? Które widziały z bliska, jak wygląda ta robota za niewolniczą stawkę?

Wolne weekendy i święta, pełny etat to dwadzieścia godzin, ferie, wycieczki, umowa o pracę na czas nieokreślony, regularne podwyżki, trzynastki, świadczenia świąteczne i urlopowe, roczne zwolnienia zdrowotne, zniżki na przejazdy, słodycze i kwiaty na koniec roku oraz prawdziwe wakacje! Praca idealna, prawda? Tyle profitów nie ma chyba żadna grupa zawodowa w Polsce. Pytanie tylko, dlaczego ją porzuciłem i dlaczego nauczyciele chwytają teraz za transparenty?

Pracowałem w kilku szkołach, od podstawówki przez gimnazjum po prowadzenie zajęć w szkole średniej. Zabrakło mi dwóch lat, by otrzymać medal, do którego – o ile wiem – nie dorzucają nawet „stówki”. Zdołałem bardzo dobrze poznać zarówno środowiska uczniów i ich rodziców, jak i nauczycieli, opieki społecznej, sądu rodzinnego oraz urzędowej oświaty.

Byłem ściągany na komendę policji, by uczestniczyć w przesłuchaniach młodzieży. Wyciągałem z plecaków noże i kastety. Rozdzielałem walczących uczniów o zakrwawionych twarzach. Jechałem z podopiecznym karetką na sygnale. I poszukiwałem zaginionego nastolatka. Zarywałem także noce, by pilnować podopiecznych na wycieczkach szkolnych i miałem oczy z tyłu głowy, prowadząc kolumny dzieci przy ruchliwych drogach. To wszystko z zawodowego obowiązku. Ale bycie pedagogiem to przecież praca z misją. Gdy jednak chciałem po lekcjach puścić młodzieży film „Pogromcy duchów” na kilka dni przed tzw. Halloween, byłem nazywany satanistą i poganinem przez szkolnych katechetów.

Cała ta misja miała swoje podsumowanie pierwszego dnia miesiąca, gdy skapywała na konto wyczekiwana pensja. I co miesiąc cytowało się Adama Miauczyńskiego z „Dnia świra” – „Jakby ktoś dał mi w mordę”.

Najgorsze w tej robocie były papiery, których nikt nie czytał. A przynajmniej takie zawsze odnosiłem wrażenie, gdy wypełniałem tysiące rubryk

Nie chodzi o wylewanie żalu. Każda praca ma trudne momenty. Jestem pewien, że wiele osób na przeróżnych stanowiskach uważa, że powinni zarabiać dużo więcej. Teraz jednak skupiamy się na nauczycielach – ludziach kształcących jutrzejszych dorosłych. Nie są ważniejsi od lekarzy, górników, policjantów czy muzyków, ale jakimś cudem ostatnio dużo się o nich mówi, prawda?

Kilka tygodni temu czekałem na zamówienie w pizzerii. W telewizyjnym reportażu na temat nauczycielskich pensji przedstawiono piękną wypowiedź politycznej głowy z górnej półki. Zdziwiłem się po stwierdzeniu, że nauczyciele średnio zarabiają pięć tysięcy złotych. Nie pracuję w szkole od półtora roku. Może rzeczywiście coś się zmieniło, ale nie chciało mi się wierzyć. „Średnio – zacząłem liczyć – czyli połowa zarabia jeszcze więcej”. Tym bardziej ciężko mi było zaufać tym słowom. Reporter szybko przedstawił ustawowe stawki, powalające tezę polityka. „O, takie liczby są mi znane. Nieco wyższe niż za moich czasów, ale bardzo zbliżone” – pomyślałem. Wciąż daleko pedagogom do tej średniej krajowej.

Pensja nauczyciela zależy do wielu czynników. Przede wszystkim od stopnia awansu zawodowego (do tego zawsze ochoczo podchodziłem). Podnoszenie kwalifikacji czy staż pracy bardzo często owocują zwiększeniem płacy w wielu firmach. Także w szkołach. Bardzo dobrze pamiętam swój awans na nauczyciela kontraktowego. Dla niewtajemniczonych spieszę z szybkim wyjaśnieniem – zaczynasz pracę w szkole jako stażysta. Przez pierwsze dziesięć miesięcy, jeśli zdążysz złożyć dokumenty, przygotowujesz się do awansu. W czerwcu stajesz przed szkolną komisją (zazwyczaj złożoną z dyrekcji w trzech osobach) i odpowiadasz na pytania sprawdzające, czego się nauczyłeś. Jeśli mojry uznają, żeś godzien, otrzymujesz awans na stopień kontraktowego. Bardzo dobrze pamiętam ten czas. Nie dlatego, że byłem dumny, ale ponieważ dostałem znowu w mordę. Podwyżką. Moja miesięczna pensja zwiększyła się o czterdzieści złotych. Gdy się dowiedziałem, zacytowałem inny film, a była to „Nieoczekiwana zamiana miejsc”: „Może pójdę do kina… sam”.

Zauważyliście, że z nauczycielami w internecie nie kłócą się osoby, które choć przez chwilę pracowały w szkole? Które widziały z bliska, jak wygląda ta robota za niewolniczą stawkę? Jakoś nie mają ochoty cisnąć kamieniem w tych biednych ludzi. Wystarczy, że nauczyciele użerają się z kłótliwymi rodzicami, ważą każde słowo skierowane do ucznia, dostają „w łeb” od dyrektora i ciągle zasuwają na szkolenia. Mój rekord samokształcenia jako nauczyciel to sto czterdzieści godzin w ciągu roku szkolnego. I to nie były podyplomowe studia. Zwykłe szkolenia, warsztaty i konferencje. Wiedzę trzeba ciągle odświeżać i nie mówię tego z przekąsem – bo nowe narkotyki i dopalacze, bo terroryści mogą zaatakować szkołę, bo zmiany w ustawie, bo nowe przepisy BHP, bo szkolenie przeciwpożarowe, bo nowe dzienniki, bo archiwizacja dokumentów, bo mamy teraz dziecko z nową dysfunkcją, bo komuś trzeba przydzielić nowe obowiązki i wybrano właśnie ciebie, szczęściarzu, więc musisz zostać do ich spełniania przeszkolony.

Uwielbiałem pracę z młodzieżą. Lata w gimnazjum przyniosły mi wiele możliwości kreatywnego podejścia do problemów naszej przyszłości. Nie przeszkadzały mi spotkania z rodzicami – jakoś do mnie nie mieli pretensji. Wiecie, co było najgorsze w tej robocie? Papiery, których nikt nie czytał. A przynajmniej takie zawsze odnosiłem wrażenie, gdy wypełniałem tysiące rubryk. Wszystko musiało być na papierze. Raporty z zajść i wypadków, każda lekcja, problem, wyjście, spotkanie, opinia czy relacja. Niemal każdy ruch musiał znaleźć się w obu dziennikach – papierowym oraz elektronicznym na ledwo działającym komputerze. Powtarzam – czy ktoś to w ogóle czytał? Te dziesiątki stron od ponad setki nauczycieli? Wątpię. Ale być musiało.

Chodzi właśnie o to, by przy takiej pracy mieć godne wynagrodzenie. By nie dostawać co miesiąc w mordę własną pensją

Czy naprawdę wszystkie szkoły mają taki sam rygor? Raczej tak, bo to jest naprawdę duża odpowiedzialność. Kształtujemy dzieciaki i młodzież, chcąc dla nich jak najlepiej. I nie będę ukrywał – nie pracuje się w szkole „od do”. Zostaje się dłużej, przychodzi się też w weekendy, pilnuje się dyskotek, jeździ na wycieczki. Także ja robiłem więcej niż do mnie należało – łącznie z wizytami w domach dzieciaków, na przykład w towarzystwie opieki społecznej. A to dopiero otwierało oczy na to, jak ludzie żyją. Nauczyciele złościli się na dziecko, że nie odrabia lekcji, a osobiście widziałem miejsce, gdzie śpi i psa bym tam nie położył. „Ale musi zrozumieć, że ma się uczyć” – mówili mi. Odpowiadałem często: „A ty musisz zrozumieć, że mieszka w kontenerze bez elektryczności i załatwia się do wiadra”.

Nie da się zostawić niektórych spraw w szkole. Zwyczajnie się nie da, jeśli się ma empatię. To rzeczywiście jest praca z misją. Inaczej nie mielibyśmy nauczycieli w ogóle.

I o to właśnie chodzi. By przy takiej pracy mieć godne wynagrodzenie. By nie dostawać co miesiąc w mordę własną pensją. By cieszyć się szacunkiem i pozwalać sobie na więcej – jak nauczyciele w większości państw Unii Europejskiej. Ten dodatkowy tysiąc oznaczałby pracę w zadowoleniu, a nie w poczuciu beznadziei.

Odszedłem ze szkoły po ośmiu latach, już jako nauczyciel mianowany. Podjąłem decyzję, gdy dowiedziałem się, że zostanę ojcem. Szybka kalkulacja wyjaśniła mi, że nie przygotujemy domu na nowego obywatela i nie utrzymamy dziecka z naszymi pensjami (żonę poznałem w szkole, także nauczycielka). Mimo że teraz pracuję na własny rachunek i zarabiam znacznie więcej niż niegdyś wymarzona średnia krajowa, nie żałuję pracy w szkole. Nabrałem pokory i szacunku do wyuczonego zawodu.

Kończąc, chciałbym, byście wiedzieli, Koledzy i Koleżanki Pedagodzy: jestem z Wami i popieram Wasz strajk. Proponuję jednak podejść do niego z taką myślą: „Świadomie rezygnuję z dotychczasowych warunków pracy”. Jeśli nic się nie poprawi, miejcie szacunek do własnej pracy – nie budujecie piramid jako niewolnicy. Jesteście wykształconymi ludźmi w wolnych czasach. Rynek się zmienił przez ostatnie dekady i znajdziecie coś godnego dla siebie. A teraz walczcie o swoje, wspólnie. By to nie wyglądało jak klasowe zrywanie się z ostatniej lekcji – jeden zawsze zostawał i przez niego reszta „miała przypał”.

Powodzenia!