Jest w tym spektaklu taki element, który nie przestaje mnie niepokoić. To ta kolorystycznie zmieniająca się łezka w ścianie. Ta szczelina, która ma w sobie wieloznaczność metafory. Owszem, przynosi skojarzenie z rozciętym podbrzuszem ryby. Ale także z raną w Chrystusowym boku.

Na spektakl „Judaszaweł” w szczecińskim Teatrze Współczesnym szedłem z dużym zaciekawieniem i rozbudzonymi oczekiwaniami. A to za sprawą samego autora tekstu i reżysera w jednym – Bartosza Żurowskiego, który przestrzegał, że osoby szczególnie obraźliwe raczej nie powinny przychodzić na spektakl. Dla tropiciela bluźnierstw trudno o lepszą zachętę. Co tam pokażą? Co tam powiedzą takiego, co mogłoby zachwiać moją wiarą albo zburzyć istniejącą we mnie świadomość tego, czym jest chrześcijaństwo?

Osią dramatyczną spektaklu jest rekonstrukcja czterech wersji Ewangelii, a właściwie rekonstrukcja ich genezy, sposobu powstawania. W historii chrześcijaństwa jest to bardzo ważny moment – chwila, kiedy doświadczenie i wiedza poszczególnych Ewangelistów przekształca się w tekst, utrwala się w formie kanonicznej, na której przecież oprą swoją wiarę pokolenia. Ale to już mamy właściwie w historii krytyki biblijnej przerobione. Po Bultmanowskiej demitologizacji dobrze wiemy, że wszystkie Ewangelie mają za sobą jakiś proces redakcyjny, co pozwala oddzielić kerygmat wiary od sposobu jej wyrażenia. Reżyser ucieka się w tych rekonstrukcyjnych scenach do konceptu „teatru w teatrze”, a każdy z poszczególnych Ewangelistów (w tej roli Robert Gondek) sam staje się reżyserem kolejnych wersji Ewangelii ukazywanych niby tableaux vivants – „żywe obrazy”, pomysł ostatnio wskrzeszony przez Ludovica Rambelli Teatro, który odtwarzał dzieła Caravaggia. Co ciekawe, każda kolejna inscenizacja zdradza coraz większe zmęczenie, zniechęcenie, niewiarę samych rekonstruktorów. Dobra nowina jest coraz mniej nowa i coraz mniejszy wzbudza entuzjazm.

W tę oś dramatyczną wplecione są dzieje dwóch tytułowych postaci: Judasza i Szawła-Pawła. Mimo że grają ich dwaj aktorzy i są to odrębne role, w jakimś sensie są dla siebie swoistym alter ego – jeden przestaje być apostołem, drugi się nim staje po śmierci Jezusa. I choć formalnie – jak czytamy w Dziejach Apostolskich – to Macieja wybrano na miejsce Judasza, Żurowski interpretuje właśnie Szawła jako tego, który domyka pęknięty krąg apostolski.

Nie ulega wątpliwości, że to teologicznie i historycznie bardzo ważne dla chrześcijaństwa postaci, wręcz kluczowe. Ich rola jest jednak zasadniczo odmienna. Judasz jest „konieczny”, by dokonało się zbawienie. Szaweł – a właściwie nawrócony Paweł – aby powstało chrześcijaństwo w takiej formie, jaką dzisiaj znamy. Innymi słowy: Judasz jest konieczny dla Jezusa, Paweł – dla chrześcijaństwa. Mnie osobiście z tych dwóch postaci bardziej interesuje Judasz, nad którym sąd trwa do dzisiaj, a czego kolejną odsłoną byłą debata nad odkrytą przed kilkoma laty tzw. Ewangelią Judasza. Teologowie wciąż pytają o jego rolę w historii zbawienia, przekonują się wzajemnie o jego wiecznym losie (potępiony czy nie?), o motywach działania. Paweł zajmuje mnie o tyle, o ile, choć – przyznać trzeba, że spory o obrzezanie, czyli pytanie, czy poganie mogą stać się chrześcijanami bez konieczności przejścia przez judaizm, w tamtych czasach były w centrum teologicznej debaty. Dzisiaj chyba niewielu to jeszcze tropi.

„Judaszaweł” jest traktatem teologicznym. I to bardzo gęstym traktatem. Paweł mówi całymi frazami ze swoich listów, a i reszta tekstu to parafrazy, odniesienia, repetycje cytatów biblijnych

To dużo jak na jeden spektakl. Ale może za dużo? Widać, że Bartosz Żurowski dokonał rzetelnego i szerokiego researchu i wiele zrodziło się w jego głowie problemów, na które szuka rozwiązań nieprostych i niebanalnych. „Judaszaweł” jest traktatem teologicznym. I to bardzo gęstym traktatem. Paweł mówi całymi frazami ze swoich listów, a i reszta tekstu to parafrazy, odniesienia, repetycje cytatów biblijnych. To – jeśli można tak powiedzieć – spektakl tekstu, a nie akcji. I trudny. Kto nie ma teologicznej wiedzy i świadomości reżysera, ten ryzykuje niezrozumieniem. Tym bardziej, że niektóre rozwiązania sceniczne są mało czytelne. Przyznam, że miejscami mnie nużył ten teologiczny nadmiar.

Po wyjściu z „Malarni”, gdzie grany był spektakl, zastanawiałem się, czym miałem się w tym spektaklu zbulwersować. Tym, że postać Jezusa grała aktorka? Beata Zygarlicka jako Jezus mnie osobiście wydała się wyjątkowo przekonująca. Powierzenie jej roli Jezusa spowodowało, że Jego postać – zaryzykujmy takie stwierdzenie – ujawniła się poza płcią. Owszem, Jezus jako człowiek był mężczyzną, ale jako Bóg przekraczał płeć. W pewnym sensie pozwoliło to skupić się na Nim, a nie na Jego osobie. Zygarlickiej poza tym udało się to, co się najczęściej nie udaje aktorom grającym Jezusa. W scenach „proklamacyjnych” miała w sobie namaszczenie, które jednakowoż nie było odpychającym widza koturnem. I kiedy w finale rozdawała chleb „zamaczany w misie”, wszyscyśmy się mogli poczuć zdradzającymi Jezusa Judaszami.

A może miało mnie oburzyć to, że we wszystkich rekonstrukcjach pojawiała się postać kobieca (Magdalena Myszkiewicz), która – jak zrozumiałem – łączyła w sobie wszystkie kobiece wątki Ewangelii? Trudno się już dzisiaj bulwersować feministyczną lekturą Biblii. Nikt dziś nie kwestionuje roli kobiet w początkach Kościoła, a zwłaszcza w głoszeniu Jego Zmartwychwstania. Więc co? Nie wiem. Może już jestem odporny na bluźnierstwa?

Spektakl grany jest na różnych rejestrach. Balansuje między kabaretową nutą rodem z Monty Pythona a tragedią. Trochę jakby autor nie wiedział, jaką wybrać metodę rozmowy: lekko prześmiewczą, poważną czy może groteskową. Groteskowy był zaiste św. Paweł z globusem na głowie i w biało-żółtym dresie, który – siedząc na fotelu przerobionym z wózka spod supermarketu i z głową przechyloną w lewo – dodatkowo kojarzył mi się z Hawkingiem. Nie wiem, jak to znosił Maciej Litkowski, który miał na głowie cały świat. I ten św. Piotr – w tej roli patriarchalny, ale i komiczny zarazem Jacek Piątkowski – w sutannie à la Jude Law z filmu „Młody papież”. Komizmu zresztą jest dużo więcej, czasami – niestety – stricte kabaretowego, jak choćby wtedy, gdy Jezus mówi do Judasza, że „co ma wisieć…”. Śmieszne? Może w jakimś stand-up show brzmiałoby to bardziej na miejscu.

Najwięcej prawdy postaci znalazłem w Michale Lewandowskim jako Judaszu, który – jeśli dobrze zapamiętałem – otworzył spektakl słowami „Opowiem wam sen”. Judasz z gwiazdą Dawida wypaloną na czole przywołuje całą niechlubną tradycję europejskiego antyjudaizmu wyprowadzanego ze zdrady apostoła. O czym jest ten sen? Dla Żurowskiego to sen o nowej epoce, o rozpoczynającej się wraz z narodzinami Jezusa Erze Ryb, stąd te dwie ryby na plakacie skierowane w przeciwnych kierunkach. A co po rybach? Nadejście Ery Wodnika zapowiadano już w połowie minionego stulecia. Wystarczy przypomnieć sobie „Hair”. W spektaklu ta najnowsza era objawia się jako sprzątaczka z mopem i nalepką „Aquarius” na firmowym kombinezonie. Zaiste, nie rozumiem. No chyba, że trzeba już po tych rybach posprzątać.

Ale jest w tym spektaklu taki element, który nie przestaje mnie niepokoić. To ta kolorystycznie zmieniająca się łezka w ścianie. Ta szczelina, która ma w sobie wieloznaczność metafory. Trudno tej szczeliny nie skojarzyć z ostrołukową mandorlą, czyli aureolą, która w ikonografii chrześcijańskiej otacza niektóre wyobrażenia Chrystusa. Szczelina przynosi skojarzenie z rozciętym podbrzuszem ryby. Ale także z raną w Chrystusowym boku. Ani Judasz, ani Paweł nigdy tej rany nie widzieli na własne oczy. Nie włożyli w nią swej dłoni ani nawet palca. W tę niezwykłą szczelinę trafia w końcu papieski, biały kapelusz. Tak, trzeba wrócić do źródeł, do Ryby, którą – jako znak Chrystusa – pierwsi chrześcijanie rysowali na piasku. Ostatecznie chodzi bowiem o wiarę w żyjącego Jezusa, a nie o rekonstrukcję redakcyjnej przeszłości.

„Judaszaweł”, tekst i reżyseria – Bartosz Żurowski, Teatr Współczesny, Szczecin, premiera: 29.03.2019 r.