Program przeciw przemocy w szkole powinien być wszechstronny, a nie zawężony przez kryteria preferencji seksualnych.

Komentarz do tekstu Marcina Stachowicza „Strach przed szacunkiem. Dlaczego prawica boi się wychowania seksualnego?”

„Weź pogląd swojego adwersarza, oczyść go ze słabości i uzupełnij o argumenty, które przeoczył i dopiero z tak zrekonstruowanym poglądem polemizuj”. Do tej rady mędrca Marcin Stachowicz się nie stosuje, ze szkodą dla swojego wywodu.

Otóż konserwatyści (wyłączam stanowiska skrajne, w zamian za co nie będę tu przywoływać stanowisk skrajnych lewicy i liberałów, by dezawuować pogląd Autora) boją się nie edukacji seksualnej, tylko powierzenia jej w ręce ideologów postępu. Za tych ideologów uznaję te osoby, które stosują w debacie publicznej walenie cepem, że kto jest przeciw edukacji seksualnej, jest za przemocą (owszem, są ideolodzy z przeciwległego bieguna, którzy każdą edukację seksualną w szkołach uznają za deprawację, ale nimi niech się zajmuje Autor; ideologów obu stron łączy brak próby zrozumienia adwersarzy i przypisywanie jej motywów nieetycznych albo głupoty).

Edukacja seksualna typu A, której Autor domaga się jako recepty na przemoc w szkole (bo edukację typu B mamy obecnie, ale jak rozumiem, dla Autora jest ona niewystarczająca/nieskuteczna) prowadzi, jak pokazują doświadczenia krajów, które ją wprowadziły, do przygodnych kontaktów seksualnych będących przyczyną wzrostu chorób przenoszonych drogą płciową (dane UE). Jednocześnie, jak pokazuje Raport Agencji Praw Podstawowych UE ws. przemocy partnerów wobec kobiet, doświadczają one najczęściej przemocy w krajach o edukacji seksualnej typu A (Dania: 52 proc., Finlandia: 47 proc., Szwecja: 46 proc., Polska: 19 proc.; jednocześnie nasz kraj ma jeden z najwyższych wskaźników raportowania przemocy na policję). Jeśli Autor chce być przekonywujący, proszę ustosunkować się do tych i podobnych faktów.

Konserwatyści boją się nie edukacji seksualnej, tylko powierzenia jej w ręce ideologów postępu

Trudno uwierzyć, że edukacja seksualna typu A – skoro nie wpływa na zmniejszenie przemocy wobec kobiet – wpłynie na zmniejszenie przemocy wobec mniejszości seksualnych. Oczywisty dla Marcina Stachowicza związek między przemocą w szkole a edukacją seksualną nie jest uprawdopodobniony, a co najmniej wyolbrzymiony. Nie jest wcale oczywiste, że jej niewielki (jeśli prawdziwy) wpływ na ograniczenie przemocy uzasadnia pogodzenie się z negatywnymi zjawiskami z nią związanymi (mam na myśli edukację typu A). Zresztą uczeń „przemocowy” będzie zawsze kogoś prześladować i nie widzę powodu, dlaczego ukierunkowywać go na grupy nieobjęte troską środowisk LGBT+, bo tym się skończy rozciągnięcie specjalnego parasola tylko nad tą grupą.

Program przeciw przemocy w szkole ma być wszechstronny, a nie zawężony przez kryteria preferencji seksualnych. Te braki w argumentacji Autor nadrabia przywoływaniem swoich przykrych doświadczeń z lat szkolnych. Nie widzę, by miały one bezpośredni związek ze sprawą i są próbą emocjonalnego, a nie merytorycznego wpłynięcia na niezorientowanych czytelników. Owszem, politycy powinni się ustosunkować do takich faktów i zaproponować plan działań, czego rzeczywiście nie robią. Połączmy zatem siły, by wywrzeć na nich presję.

A z promocji homoseksualizmu poprzez podpisanie karty LGBT+ cieszyło się to środowisko na stronach „Miłość nie wyklucza”, więc nie wiem, skąd krytyka za stwierdzenie tego samego faktu przez biskupów. List momentami miał niefortunne sformułowania, ale nie w skali uzasadniającej tak miażdżącą krytykę Autora.

Piotr Ciompa