Czuję narastającą wściekłość na indolencję polityków, która od lat skazuje pokolenia Polaków na piekło przemocy szkolnej. Czuję lęk, gdy czytam stanowisko episkopatu w sprawie edukacji seksualnej.

Będzie to rodzaj wyznania. Wyznania raczej mało spektakularnego, bo też trudno mi porównywać własne traumy do cierpienia osób, które przeżywały w dzieciństwie i wczesnej młodości – w warunkach prześladowania i szkolnej homofobii – realny konflikt tożsamości. Nie wiem też, czy moje własne doświadczenia da się w jakimś sensie uznać za pokoleniowo uniwersalne, na pewnym poziomie pewnie tak, w przeważającej większość – szczerze wątpię.

Urodziłem się w 1988 roku w dużym mieście poprzemysłowym, a z moimi rówieśnikami (i oczywiście nie tylko z nimi) łączy mnie dzisiaj jedno: nigdy, na żadnym z wczesnych etapów publicznej edukacji, nie mieliśmy obowiązkowego wychowania seksualnego. Właściwe znaczenia takich określeń jak „tolerancja”, „różnorodność tożsamości”, „szacunek dla odmienności” poznałem, o ile dobrze pamiętam, w szkole średniej, bardziej prawdopodobne jednak, że stało się to jeszcze później, dopiero w czasie studiów. Od mniej więcej dziesiątego roku życia jestem również „pedałem”, „ciotą”, „cwelem”, „brudasem”, „szmatą”. Od kilku lat zmagam się z ciężką depresją oraz szeregiem objawów wskazujących na syndrom stresu pourazowego. Kilka miesięcy temu skończyłem trzydzieści lat.

Narracja o „promowaniu homoseksualizmu” rykoszetem odbija się na dzieciach takich jak ja piętnaście czy dwadzieścia lat temu: drobniejszych, niechętnych sportom i przemocy, wiecznie zatopionych we własnych myślach

Pewnie zastanawiają się Państwo, jaki związek ma edukacja seksualna, czyli – jak lubi to nazywać polska prawica – przymusowe „seksualizowanie” dzieci, ze szkolnym mobbingiem, zjawiskiem wprawdzie bolesnym, lecz stosunkowo powszechnym i starym jak świat. Co ma dziecięce okrucieństwo do seksu? Otóż ma wszystko, a uświadomiłem to sobie z pełną mocą w trakcie lektury artykułu „Bajki o żelaznym wilku LGBT” Kacpra Szuleckiego w „Kulturze Liberalnej”. Autor – w kontrze do prawicowych narracji o warszawskiej Karcie LGBT+ i wskazówkach WHO odnośnie edukacji seksualnej – przywołuje doświadczenia własne i swoich kilkuletnich synów z norweskiego przedszkola, gdzie pierwsze lekcje dotyczące ludzkiej seksualności prowadzi się już dla grup maluchów (1-3). Mają one rzecz jasna niewiele wspólnego z teoriami głoszonymi przez polityków PiS i polegają nie na „premiowaniu” czy „promowaniu” określonych postaw, orientacji czy modelów rodziny, ale na uwrażliwianiu najmłodszych na różnorodność seksualną. Pokazywaniu – bez nadmiernego wartościowania i wskazywania palcem – że opiekunami i najważniejszymi osobami w życiu dziecka mogą być zarówno mama i tata, dwóch ojców, dwie mamy, ale także starszy brat, starsza siostra, wujek czy ciocia.

Chcemy tego, czy nie, różne modele wychowawczo-opiekuńcze pozostają faktem społecznym, również w konserwatywnej Polsce. Czy naprawdę tylko z tego powodu, że wyznajemy takie, a nie inne wartości, albo prowadzimy taką, a nie inną praktykę polityczną, musimy narażać na dyskryminację tych, którzy nie mają szans na obronę? „Jakiekolwiek oznaki mobbingu, czyli sytuacji, w której większość zasadza się na jedno dziecko lub mniejszość, są w norweskich przedszkolach traktowane śmiertelnie poważnie i natychmiast rozbrajane” – pisze Szulecki, a ja czuję narastającą wściekłość. Wściekłość na indolencję polityków, która od lat skazuje kolejne pokolenia Polaków na piekło przemocy szkolnej. Na wyborcze szczucie, które ponownie obiera sobie za cel najbardziej kruche i bezbronne ludzkie życia.

Nie łudźmy się, wprowadzanie do medialnego mainstreamu – wciąż i wciąż na nowo – narracji o „promowaniu homoseksualizmu” odbija się przede wszystkim na bezpieczeństwie (fizycznym i psychicznym) dzieci i młodzieży LGBT+, czyli już i tak jednej z najbardziej dyskryminowanych mniejszości szkolnych (raport Kampanii Przeciw Homofobii w PDF). Rykoszetem odbija się również na dzieciach takich jak ja piętnaście czy dwadzieścia lat temu: drobniejszych, niechętnych sportom i przemocy, wiecznie zatopionych we własnych myślach, próbujących wyglądać i zachowywać się inaczej niż reszta grupy rówieśniczej.

Ponieważ tolerancja była dla mnie całkowicie pustym słowem – sam nigdy jej nie zaznałem – łatwo uwierzyłem, że rzeczywistością społeczną rządzi tylko i wyłącznie naga siła

Jeśli już nie potrafimy – z niewiadomych dla mnie przyczyn – empatyzować z osobami o odmiennej orientacji seksualnej, może powinniśmy przypomnieć sobie siebie sprzed tych kilkunastu albo kilkudziesięciu lat? Czy na pewno wszystko było wtedy takie różowe, oparte na klarownych wartościach i łatwe do przepracowania? Czy na pewno chcielibyśmy cofnąć się w czasie i przeżyć to jeszcze raz? Czy szkolne doświadczenia ukształtowały grubą skórę, czy wręcz przeciwnie – odpowiadają za obecne lęki, depresje i problemy w pracy?

Jasne, w moim przypadku prześladowania nie wiązały się z faktem, że wychowują mnie dwie kobiety albo że bardziej interesują mnie chłopcy niż dziewczyny. Jednak z jakiegoś powodu moi rówieśnicy – ci sami, którzy nie mieli szans zetknąć się z narracją o równości, tolerancji i szacunku – na określenie tego, co nie pasowało do ich dziecięcych wyobrażeń o normie społecznej, w pierwszej kolejności wybrali rynsztokową homofobię.

Mowa nienawiści – powtarzana przez lata i połączona z realną przemocą fizyczną – przykleja się do człowieka jak rzep, rozbija młode i dopiero kształtujące się Ja, niszczy poczucie własnej wartości. Niektórzy potrafią sobie z tym poradzić sami, inni potrzebują ratunku z zewnątrz. Dla mnie takim ratunkiem była dalsza ucieczka w odróżnienie – słuchanie ekstremalnej muzyki, „ekstremalny” strój, ekstremalne przekonania i zachowania – co z kolei zwrotnie przynosiło jeszcze więcej prześladowań, ale przynajmniej już na własnych zasadach i jakby „za własnym przyzwoleniem”. Ostatecznie ciało, antycypując przemoc, również zaczęło reagować ekstremalnie, przed każdym wyjściem do szkoły zwalając mnie z nóg omdleniami, boleścią i wymiotami, oraz domagać się ekstremalnych reakcji z mojej strony, żeby ten lęk i ból odegnać. Samookoleczanie, nadużywanie alkoholu i ucieczki ze szkoły stały się nie tyle wyborem, co warunkiem koniecznym, żeby w tych niesprzyjających okolicznościach przetrwać i zachować jako taką równowagę.

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy po raz kolejny czekałem w szpitalu na wyniki obdukcji po pobiciu, część moich znajomych z subkultury punkowo-metalowej zaczęła przechodzić spektakularne metamorfozy: golić głowy, przyszywać do plecaków falangi i celtyki, zakładać kurtki harringtonki, które wtedy – w prowincjonalnym mieście – kojarzyły się jednoznacznie ze stylem skinheadów-neonazistów. Niedługo nowym ministrem edukacji miał zostać Roman Giertych, a wielu spośród owych znajomych chodziło na spotkania organizacji, której nazwa wtedy niewiele mi mówiła – Młodzież Wszechpolska. To od nich usłyszałem po raz pierwszy: „Nieważne, co mówi o tobie dresiarnia i patologia w szkole, dla nas istotne jest, że jesteś biały, jesteś Polakiem i że mamy wspólne cele: silna, biała, wolna od moralnego zepsucia Polska”.

Kiedy przyjmowałem sakrament bierzmowania, biskupowi asystował ministrant, który wcześniej – na terenie kościoła – pobił mnie do krwi i zwyzywał

To od nich dostałem też pierwsze płyty neofaszystowskich zespołów rockowych i black metalowych: Honoru, Konkwisty 88, Graveland czy Nokturnal Mortum. A ponieważ tolerancja była dla mnie całkowicie pustym słowem – sam nigdy jej nie zaznałem – łatwo uwierzyłem, że rzeczywistością społeczną rządzi tylko i wyłącznie naga siła. Że odpowiedzią na nienawiść może być tylko jeszcze więcej nienawiści. Że jeśli chcę świata spokojnego i „czystego”, muszę zniszczyć wszelkie przejawy słabości – nie tylko w sobie, ale i na zewnątrz. Świeżo nabyte poczucie mocy upajało, ale też zwyczajnie pozwalało przetrwać, zyskać punkt odniesienia i wreszcie poczuć się częścią jakiejś grupy, w której nie ma i nie może być miejsca na różnorodność. Różnorodność w Polsce nie istnieje. Podobnie jak szacunek.

Spytają Państwo pewnie, czy ktoś w końcu wyciągnął do mnie pomocną dłoń. Tak, otrzymałem ten przywilej. Wiem też, że wielu moich przyjaciół – a historie przemocy szkolnej mieliśmy podobne – nie miało podobnego szczęścia. Ratunek przychodził jednak zawsze punktowo, od konkretnych osób, nigdy nie miał natomiast charakteru systemowego, instytucjonalnego, długotrwałego i nastawionego na fundamentalną zmianę postaw. Od psychologa szkolnego, któremu zwierzyłem się ze swoich problemów, usłyszałem, że jedynym ratunkiem dla takich jak ja jest dyscyplina wojskowa. Od wychowawcy w liceum: że jeszcze zrobi ze mnie „prawdziwego mężczyznę”, jeśli będzie trzeba – nawet siłą. Kiedy przyjmowałem sakrament bierzmowania, biskupowi asystował ministrant, który wcześniej – na terenie kościoła – pobił mnie do krwi i zwyzywał (gdzie był wtedy ksiądz proboszcz?).

Moje zaufanie do instytucji publicznych – od szkoły, przez politykę wychowawczą kształtowaną na poziomie ministerialnym, aż po Kościół katolicki – zostało w tamtych trudnych latach bardzo poważnie nadszarpnięte. Nie dlatego że się obraziłem albo zacząłem snuć marzenia o odwecie i osobistej antysystemowej krucjacie. Nic z tych rzeczy, po prostu miejsce zaufania zajął lęk – fizyczny, uwarunkowany miejscem, kontekstem, sytuacją. Trzewiowy, niepowstrzymany i niepozostawiający złudzeń.

Czy brak edukacji i instytucjonalnej pomocy ukształtował tych, którzy dzisiaj, tłumiąc lęk – podobnie jak ja kiedyś, jako „głupi nastolatek” – najgłośniej krzyczą przeciwko tolerancji?

Ten sam lęk czuję i dzisiaj, kiedy czytam oficjalne stanowisko episkopatu w sprawie edukacji seksualnej. Albo kiedy słyszę z ust biskupów i polityków nienawistne słowa pod adresem mniejszości LGBT+ i oglądam pisowski plakat z parasolką okrywającą „prawdziwą” rodzinę przed falą „tęczowej zarazy”; falą tolerancji, której nie zaznałem jako dziecko, choć bardzo tego chciałem, a która dzisiaj przedstawiana jest jako totalitarna ideologia i moralne wynaturzenie. Warto się również zastanowić, jaki wpływ mają zbliżone afekty i wczesne doświadczenia przemocy na obecną falę nacjonalizmu.

Czy brak edukacji i instytucjonalnej pomocy ukształtował tych, którzy dzisiaj, tłumiąc lęk – podobnie jak ja kiedyś, jako „głupi nastolatek” – najgłośniej krzyczą przeciwko tolerancji? Nie wiem, związek między tymi dwoma zjawiskami – jeśli takowy w ogóle istnieje – jest raczej trudny do udowodnienia i na pewno nie polega na prostej relacji przyczynowo-skutkowej. W moich osobistych doświadczeniach wydaje się jednak ewidentny. W swoich pierwszych wyborach oddałem głos na tych, którzy obiecywali zaprowadzenie porządku – i gdyby pojawiła się wtedy taka możliwość, prawdopodobnie głosowałbym na prawicowych radykałów.

Ważniejsze wydaje mi się dzisiaj inne pytanie: czy gdybyśmy wszyscy przeszli w młodości odpowiedni trening szacunku – dla nienaszego seksu, nienaszych tożsamości, języków, twarzy, kolorów, stylów życia – piekło szkolnego mobbingu byłoby łatwiejsze do uniknięcia? Nie mam wątpliwości, że tak.

Czy wierzę, że coś może się jeszcze zmienić? Zaufanie odeszło niestety jako pierwsze, a bez niego trudno wyjść poza osobiste urazy. Wiary w sensie religijnym też już w moim życiu nie ma. Jest jednak jeszcze coś takiego jak nadzieja – ta podobno umiera jako ostatnia. I to właśnie jej staram się trzymać. Nawet jeśli reszta murszeje pod twardą skorupą lęku.