Franciszek jest pierwszym biskupem Rzymu, który odwiedził Półwysep Arabski. Ale w dialogu z muzułmanami z Afryki Północnej podąża śladami najbardziej średniowiecznego z papieży średniowiecza.

Chyba najczęstszym skojarzeniem związanym z tegorocznymi wizytami papieża Franciszka w krajach muzułmańskich – Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Maroku – jest spotkanie świętego Franciszka z Asyżu z emirem Malikiem al-Kamilem w Egipcie. Odwołuje się zresztą do niego sam papież. Samo to spotkanie odbyło się dokładnie osiemset lat temu, podczas piątej krucjaty. Swoją drogą, warto przy tej okazji przywołać mocno już zapomnianą powieść Zofii Kossak „Bez oręża”, zamykającą jej cykl krucjatowy, gdzie pisarka pokazuje starania św. Franciszka na tle nie tylko dalekich od Ewangelii, ale i coraz bardziej nieskutecznych poczynań średniowiecznych panów, duchownych i świeckich.

Papież Franciszek na obchody rocznicy szalonej misji swojego imiennika wysłał legata, sam natomiast faktycznie stał się pierwszym biskupem Rzymu, który odwiedził Półwysep Arabski. Do krajów w większości muzułmańskich podróżowali jednak już jego poprzednicy. Głównym punktem tych pielgrzymek, podobnie jak Franciszka do Emiratów, było z reguły spotkanie z miejscowymi chrześcijanami.

Wyjątkowa pod tym względem była podróż świętego Jana Pawła II właśnie do Maroka, w 1985 roku. Polski papież udał się do tego kraju na zaproszenie jego króla Hassana II, a najważniejsze przemówienie wygłosił na stadionie w Casablance do około stu tysięcy młodych muzułmanów. Jan Paweł II bardzo mocno podkreślał wtedy, że katolicy razem z muzułmanami wierzą w tego samego Boga: „Wierzymy w tego samego Boga, Boga jedynego, Boga Żyjącego, Boga, który stwarza świat i swoje stworzenia doprowadza do doskonałości” (pełny tekst można znaleźć tutaj; o tym spotkaniu pisał też Zbigniew Nosowski tutaj).

Ojcowie soborowi, badając zapatrywanie Tradycji Kościoła na wyznawców religii niechrześcijańskich, znaleźli punkt oparcia w najmniej oczekiwanym miejscu, mianowicie w średniowieczu i to u niemal najbardziej średniowiecznego z papieży średniowiecza – u świętego Grzegorza VII

Wypowiedź Jana Pawła II opierała się przede wszystkim na Deklaracji II Soboru Watykańskiego o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich „Nostra aetate”. Z kolei ojcowie soborowi, badając zapatrywanie Tradycji Kościoła na wyznawców tych religii, znaleźli punkt oparcia w najmniej oczekiwanym miejscu, mianowicie w średniowieczu i to u niemal najbardziej średniowiecznego z papieży średniowiecza – u świętego Grzegorza VII (1073–1085).

Grzegorz VII jest najbardziej znany z epizodu z Canossy, gdzie upokorzony król niemiecki Henryk IV czekał na śniegu pod murami zamku na zdjęcie z niego ekskomuniki. To temu papieżowi przypisuje się też „Dictatus papae”, słynny dokument zawierający tezy o bezwzględnym przywództwie papieża w świecie chrześcijańskim, m.in. takie, że „jemu wolno władcami rozporządzać, a więc i cesarzy z tronu składać”, albo że „tylko papieża stopy całować mają wszyscy książęta”. I właśnie do tego papieża odwołuje się jedyny niebiblijny przypis w „Nostra aetate”, odnoszący się do zdania: „Kościół spogląda z szacunkiem również na muzułmanów, czcicieli jedynego Boga, żyjącego i samoistnego, miłosiernego i wszechmocnego, Stworzyciela nieba i ziemi, który przemówił do ludzi” (DRN 3).

To określenie Boga, powtórzone w przemówieniu Jana Pawła II, zostało w 1076 r. użyte przez Grzegorza VII w liście do An-Nasira, władcy królestwa obejmującego tereny dzisiejszej północnej Algierii. Papież dziękuje w nim muzułmańskiemu królowi za obietnicę uwolnienia jeńców chrześcijańskich, pisząc, że na pewno natchnął go do tego „Bóg, Stwórca wszystkich rzeczy, bez którego nie możemy zrobić ani pomyśleć niczego dobrego, który oświeca każdego człowieka przychodzącego na świat i który na pewno oświecił twoje serce przy tej okazji”. Grzegorz VII pisze dalej o „Bogu, który chce, by wszyscy ludzie byli zbawieni i nikt z nich nie zginął”, aż wreszcie dochodzi do zdania cytowanego przez II Sobór Watykański i przez Jana Pawła II: „choć na różne sposoby, wierzymy w jednego Boga i wyznajemy Go, codziennie czcimy i wyznajemy Stworzyciela wszystkiego i Władcę tego świata”.

Grzegorz VII nie mówi w tym liście nigdzie o Chrystusie ani o Trójcy Świętej, nie wspomina Ewangelii, odwołuje się natomiast do św. Pawła, by przytoczyć jego zdanie o tym, że „On jest naszym pokojem, który uczynił jedno z dwóch” (Ef 2, 14). Apostołowi chodziło tu oczywiście o pogodzenie i połączenie Żydów i pogan, w tym kontekście jednak papieżowi chodzi najwyraźniej o chrześcijan i muzułmanów. Na koniec Grzegorz życzy królowi, by ten po szczęśliwym życiu został przyjęty na łono Abrahama – postaci biblijnej czczonej przez obie religie.

Oczywiście, dyplomacja – także ówczesna – ma swoje prawa i język listów, w których się o coś prosi, jest z natury ułożony. Niemniej jednak papież ten – skądinąd nieustępliwy w obronie praw Kościoła – wykroczył w 1076 r. daleko poza zwyczajne reguły grzeczności. Gdyby nie wspomnienie mimochodem, że „czcimy Boga na różne sposoby”, nikt nie zorientowałby się, że pisze do władcy muzułmańskiego, a nie chrześcijańskiego.

Grzegorz VII nie zdziwiłby się więc, gdyby usłyszał jak w Casablance Jan Paweł II mówi: „Sądzę, że my – chrześcijanie i muzułmanie – powinniśmy z radością uznać te wartości religijne, które są nam wspólne, i dziękować za nie Bogu. Jedni i drudzy wierzymy w Boga Jedynego, który jest wszelką Sprawiedliwością i wszelkim Miłosierdziem; wierzymy w ważność modlitwy, postu, jałmużny, pokuty i przebaczenia; wierzymy, że na końcu czasów Bóg będzie dla nas miłosiernym Sędzią, i ufamy, że po zmartwychwstaniu On będzie z nas zadowolony, i wiemy, że my będziemy zadowoleni z Niego”.

Oryginał z Patrologii Łacińskiej, tomu 148, można przeczytać np. tutaj.