Po wizycie papieża w Maroku jedno może być pewne – Franciszek, mówiąc o cichej pracy na rzecz pokoju w wielokulturowym społeczeństwie, jest skazany na porażkę. Co więcej, on sam dobrze o tym wie.

Gdy przyjechaliśmy do Marrakeszu, w mieszkaniu powitała nas Chadidża, emerytowana nauczycielka hiszpańskiego, która w czasie wolnym podnajmuje pokoje licznym turystom. Po odpowiedzi na standardowe pytania, „czy jesteście pierwszy raz w Maroku?” i „jak wam się podoba?”, wyjaśniliśmy, że przyjechaliśmy pisać o wizycie Franciszka w Rabacie. Nieoczekiwanie kobieta bardzo się wzruszyła. Stwierdziła, że wspaniale wspomina wizytę Jana Pawła II – „waszego rodaka”, jak podkreśliła – i że ma nadzieję, że tym razem także będzie to piękna i bezpieczna wizyta. Dodała, że szczególnie zapamiętała słowa papieża Wojtyły ze stadionu w Casablance, gdy w przemówieniu do młodych muzułmanów przedstawił się w języku francuskim (powszechnie znanym w Maroku) jako „jeden z wierzących”. – Był jak jeden z nas – wspominała Chadidża. Trzeba przyznać, że papież-Polak postawił wysoko poprzeczkę Franciszkowi.

Media od początku miały swoją wizję tej wizyty. Twierdziły, że papież przyjedzie do Maroka w trzech celach: aby rozwijać dialog międzyreligijny, apelować o poprawę sytuacji migrantów oraz by spotkać się z maleńką wspólnotą miejscowych chrześcijan. Dziennikarze i komentatorzy zapowiadali rewolucję w kontaktach z islamem, zmiany w podejściu do polityki migracyjnej oraz wprowadzenie pełnej wolności religijnej w Maroku, a może i w całej Afryce Północnej. Sam byłem jednym z tych, którzy pragnęli i wróżyli wiele zmian po tej zaledwie dwudniowej papieskiej podróży.

Wraz z nieoczekiwanym i rzadkim w Rabacie deszczem, który powitał samolot z Franciszkiem na pokładzie, zaczęły się zmniejszać nadzieje związane z wizytą. Pierwsze dotyczyły spotkania z Marokańczykami przy tzw. Wieży Hassana oraz wizyty Franciszka w Centrum Szkolenia Imamów i Imamek im. Muhammada VI. Mimo że deklaracje podpisane razem z królem Muhammadem VI mogłyby znaczyć wiele (król Maroka nosi również tytuł „władcy wierzących”, pełni zatem rolę przywódcy religijnego), to właściwie poza apelem dotyczącym Jerozolimy nie sformułowano żadnych istotnych obietnic i wspólnych celów. Papież i król ograniczyli się do potwierdzenia istniejącego status quo oraz powtórzenia tych samych oświadczeń i przesłań do polityków straszących swoje społeczeństwa migrantami. Podobnie było w siedzibie Caritas Rabat, gdzie Franciszek wysłuchał świadectwa migranta z Kamerunu i spotkał się z 60 przybyszami z Afryki Subsaharyjskiej. Dosyć długie przemówienie przypominało dotychczasowe nauczanie papieża w kwestii migracji.

Wydaje się, jakby Franciszek chciał powiedzieć: „ja już wszystko powiedziałem, wiecie przecież, co macie robić”, a wręcz – „macie instrukcje w Ewangelii, wszystko dał Wam już Ojciec” (por. Łk 15, 30). Jak podkreślił w czasie homilii wygłoszonej w kompleksie sportowym w Rabacie, wszystko zależy od tego, czy chrześcijanie podejmą wyzwanie rzucone przez przybyszów poszukujących schronienia: „ewangeliczna przypowieść zostawia zakończenie otwarte. Możemy pomyśleć, że to otwarte zakończenie ma na celu, by każda wspólnota, każdy z nas, mógł je napisać swoim życiem, swoim spojrzeniem i postawą wobec innych. Chrześcijanin wie, że w domu Ojca jest mieszkań wiele i pozostają na zewnątrz tylko ci, którzy nie chcą uczestniczyć w Jego radości”. Spoglądając jednak na drugą stronę Morza Śródziemnego, łatwo zobaczyć, że politycy prześcigają się raczej w wymyślaniu coraz bardziej niehumanitarnych rozwiązań, które spowodują, że migranci nie przedostaną się do Europy.

Co tak naprawdę sądzi papież? Po co pojechał do Maroka? Kluczem do zrozumienia jego postawy i słów jest niedzielne przemówienie wygłoszone w katedrze św. Piotra w Rabacie do księży, sióstr zakonnych, osób konsekrowanych i przedstawicieli innych Kościołów obecnych w Maroku. To właśnie tam, nie wprost, Franciszek przyznał się do porażki – tak jak ją rozumiemy na co dzień, według „światowych” standardów.

Mówiąc o zadaniu Kościoła i chrześcijan, papież przypomniał, że „drogi misji nie wiodą przez prozelityzm, który zawsze prowadzi w ślepą uliczkę, ale przez nasz sposób bycia z Jezusem i z innymi ludźmi”. Zdaniem Franciszka, chrześcijanie nie mają szukać większej liczby wyznawców danej religii czy Kościoła: „rodzi się niepokój, gdy my, chrześcijanie, dręczymy się myślą, iż możemy być znaczącymi jedynie wówczas, gdy jesteśmy masą i jeśli zajmujemy wszystkie przestrzenie”.

Jest jakaś ironia losu w tym, że papież, głowa Kościoła katolickiego, zachęca do podążania drogą pokornego i ukrytego życia Jezusa w katedrze, będącej symbolem minionej epoki kolonialnej w stolicy Maroka

Najważniejsze jednak wydają się słowa, po których rozległy się brawa zgromadzonych w kościele osób: „Bycie chrześcijaninem nie polega bowiem na przystawaniu do jakiejś doktryny, świątyni czy też grupy etnicznej. Bycie chrześcijaninem to spotkanie. Jesteśmy chrześcijanami, ponieważ zostaliśmy umiłowani i spotkani, a nie dlatego, byśmy byli owocem prozelityzmu. Bycie chrześcijaninem oznacza świadomość, że nam przebaczono i że jesteśmy zachęceni do czynienia tak, jak Bóg uczynił wobec nas, jako że «po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali» (J 13,35)”.

Przesłanie Franciszka, wielokrotnie zachęcającego do porzucenia prozelityzmu i logiki „przeciągania” na drugą stronę, stało się szczególnie wyraźne w miejscu, w którym zostało wygłoszone. Jest jakaś ironia losu w tym, że papież, głowa Kościoła katolickiego, zachęca do podążania drogą pokornego i ukrytego życia Jezusa w Nazarecie (za przykładem św. Franciszka z Asyżu i bł. Karola de Foucauld) w katedrze św. Piotra będącej symbolem minionej epoki kolonialnej w stolicy Maroka. Epoki wyzysku Marokańczyków, w której brał udział również Kościół katolicki.

Misja papieża jest jednak skazana na porażkę. Nie wydaje się, by wielu chciało podążyć drogą tego ukrytego życia – po cichu i ciężko pracować na rzecz pokoju, pojednania i solidarności w wielokulturowym społeczeństwie. Ale też nie o to papieżowi chodzi, by było ich wielu – porażka z tego świata wcale nie musi być porażką dla Boga.