Aby Polska nie dryfowała w kierunku państwa wyznaniowego, nie trzeba konkordatu wypowiadać. Wystarczy rygorystycznie go przestrzegać – pisze Stanisław Zakroczymski w magazynie „Kontakt”.

Tekst „Konkordat niezgody” Stanisława Zakroczymskiego ukazał się w 39. numerze papierowego Kontaktu” i dotyczy polskiego konkordatu.

Prawnik i współautor książki „Między prawem i sprawiedliwością” zauważa, że konkordat „z formalnego punktu widzenia nie różni się niczym od tysięcy obowiązujących Polskę umów międzynarodowych, zawieranych przez kolejne rządy i ratyfikowanych przez parlamenty”. „A jednak konkordat jest inny. Już choćby z tego powodu, że jego uchwalenie przewiduje sama ustawa zasadnicza, w artykule 25 ust. 4. Jest to zjawisko wyjątkowe – w Konstytucji nie ma mowy o ONZ, ani słowa o Unii Europejskiej czy NATO” – dodaje.

„Konkordat – czytamy – jest szczególny także ze względu na treść. Żadna inna umowa bilateralna (łącząca dwa państwa, nie – jak na przykład traktaty europejskie – kilkadziesiąt) nie ingeruje tak głęboko i szeroko w krajowy porządek prawny”. Jak wylicza Zakroczymski, to z konkordatu wynika gwarancja administrowania Kościołem i sprawowania jego jurysdykcji na podstawie prawa kanonicznego (art. 5); wyłączne prawo Stolicy Apostolskiej do mianowania hierarchów kościelnych (art. 7); ustanowienie siedmiu „świątecznych” dni wolnych od pracy (art. 9); funkcjonowanie tak zwanych małżeństw konkordatowych, oznaczające, że zawarcie małżeństwa kościelnego powoduje skutki małżeństwa cywilnego (art. 10); państwowa gwarancja prowadzenia religii w przedszkolach i szkołach i zastrzeżenie dla biskupów prawa nominowania katechetów i opracowywania programów nauczania (art. 12); dotowanie Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z budżetu (art. 15); wyłączenie zbiórek na cele religijne (w tym „tacy”) spod przepisów podatkowych i przepisów o zbiórkach publicznych (art. 21). „Oprócz tego – zwraca uwagę prawnik – w konkordacie zawarto bardzo pojemny i niedookreślony artykuł pierwszy, w którym obie strony potwierdzają wzajemną niezależność i autonomiczność”.

Jak pisze redaktor „Kontaktu”, w konkordacie nie ma „przede wszystkim przepisów dotyczących regulacji finansów Kościoła. Fundusz Kościelny działa na podstawie ustawy. Z konkordatu nie wynikają również, rzecz jasna, regulacje dotyczące spraw bioetycznych: aborcji, in vitro czy klauzuli sumienia. Nie ma również, co znamienne, klauzuli dotyczącej zmiany lub wypowiedzenia konkordatu”.

Zakroczymski przypomina, że „zarówno tekst konkordatu, jak i tryb jego przyjęcia od początku budziły duże kontrowersje”: podpisał go rząd, który dokładnie dwa miesiące wcześniej otrzymał wotum nieufności od sejmu, w następstwie czego rozwiązano cały parlament. Później centrolewicowy gabinet SLD-PSL przeciągał kwestię ratyfikacji dokumentu.

Publicysta zauważa, że „całe lata konkordat nie budził większych emocji. Można wręcz powiedzieć, że politycy wszelkich opcji przyzwyczaili się do jego istnienia. (…) Ostatnio jednak temat zdaje się wracać do debaty publicznej na fali antykościelnych nastrojów związanych z ujawnianiem skandali pedofilskich i filmem «Kler»”.

„Zanim odpowiemy na pytanie, czy konkordat warto wypowiadać, zastanówmy się: co takie posunięcie realnie by zmieniło? Jeśli chodzi o konkrety, to praktycznie nic. Kościół dalej cieszyłby się z wolności kultu gwarantowanej konstytucyjnie, lekcje religii odbywałyby się w szkołach na mocy ustaw, podobnie jak mocą prawa państwowego małżeństwa kościelne mogłyby wywierać skutki cywilne, a Boże Narodzenie nadal byłoby wolne od pracy. Jest jednak poważne «ale». Wypowiedzenie konkordatu pozwoliłoby wszystkie te kwestie regulować (a zatem dokonywać w ich zakresie zmian) ustawą zwykłą, czyli przeniosłoby wiele kwestii do zwykłych politycznych kompetencji rządzących” – pisze publicysta. „Jednak chyba jeszcze ważniejszą sprawą jest kwestia prestiżu. Wypowiedzenie konkordatu byłoby symbolicznym stwierdzeniem, że dominująca pozycja Kościoła w polskim społeczeństwie, której symptomem były słowa wygłaszane przez spikera kroniki filmowej lub zamieszczone w preambule konkordatu, należy do przeszłości. Że odtąd kwestie relacji państwa z Kościołem katolickim są taką samą materią prawodawczą, uzależnioną od koncepcji rządzących, jak ochrona zdrowia czy podatki” – dodaje.

Jak przekonuje Zakroczymski, taki ruch nie jest wskazany z co najmniej dwóch przyczyn. Po pierwsze ze względu na emocje społeczne (mniej więcej jedna trzecia Polaków chodzi co tydzień na mszę). Po drugie – jak przypomina – „istnienie konkordatu jest swego rodzaju konstytucyjnym wymogiem. Trudno przewidzieć, jak potoczyłaby się sytuacja po ewentualnym jego wypowiedzeniu”. Swoje konkordaty mają wszystkie – oprócz Czech – państwa regionu, a także wszystkie – prócz Francji – duże kraje „starej Unii”.

„Zachowanie konkordatu nie oznacza jednak – zaznacza redaktor „Kontaktu” – że w praktyce relacji państwo–Kościół nie powinny nastąpić zmiany. Wydaje się, że zasadniczym problemem, co do którego nie ma zgody, jest rozumienie pojęć «autonomii i niezależności» państwa i Kościoła zawartych w artykule 1 umowy”. Jako przykład podaje włączenie się biskupów w walkę o miejsce telewizji Trwam na państwowym multipleksie.

Zakroczymski podkreśla, że „Polska powinna nie tyle wypowiedzieć konkordat, ile bardziej rygorystycznie go przestrzegać, zwłaszcza w kwestii autonomii i niezależności państwa. Powinna również wymagać od dostojników kościelnych, aby nie kwestionowali ładu konstytucyjnego i nie odnosili się do bieżącej polityki w wypowiedziach publicznych”. „Aby Polska nie dryfowała w kierunku państwa wyznaniowego, nie trzeba konkordatu wypowiadać. Wystarczy rygorystycznie go przestrzegać. Dla dobra państwa i chrześcijaństwa w Polsce” – czytamy.

DJ