Rezygnacja z życia seksualnego nie jest dla mnie jakimś megawyrzeczeniem. Przeżywam za to boleśnie fakt, że nigdy nie doświadczę bycia ojcem – mówił ks. Jan Kaczkowski.

Fragment książki ks. Jana Kaczkowskiego i Katarzyny Jabłońskiej „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2017. Tytuł pochodzi od redakcji

Katarzyna Jabłońska: Praca szpitalnego czy hospicyjnego kapelana to nie tylko towarzyszenie ludziom w bolesnych i tragicznych momentach ich życia, ale również w tych radosnych. W poprzedniej naszej książce jest takie piękne zdjęcie zrobione w szpitalu, a przedstawiające twoją radosną – jak wynika z wyrazu twarzy – rozmowę z młodą mamą, trzymającą dopiero co narodzone dziecko.

Ks. Jan Kaczkowski: Trzeba być chyba kompletnym ponurakiem, żeby szczęście świeżo upieczonej mamy nie udzielało się innym. Wyznam tu, że rezygnacja z życia seksualnego nie jest dla mnie jakimś megawyrzeczeniem – już widzę ironiczne spojrzenia moich dawnych uczniów. Przeżywam za to boleśnie fakt, że nigdy nie doświadczę bycia ojcem. Byłem jednak dwukrotnie poproszony przez rodzące samotne mamy, żebym towarzyszył im przy porodzie. Zawsze miałem zacięcie medyczne, wobec tego nie traktowałem porodu jako wybitnego wyzwania. Za każdym razem byłem jednak towarzyszeniem tym kobietom i narodzinom ich dzieci bardzo wzruszony.

Kiedy mówisz, że poród nie jest wybitnym wyzwaniem, to myślisz o perspektywie przyjmującego go lekarza lub położnej czy o rodzącej?

– Jasne, że myślę o tych, którzy poród odbierają. Bóle porodowe uchodzą za jedne z najbardziej dojmujących. Podczas tych dwu porodów, w których towarzyszyłem rodzącym, wybierałem takie miejsce, by nie krępować młodych mam i nie przeszkadzać personelowi medycznemu. Nie powstrzymywałem się jednak przed tym, aby – rzecz jasna zawsze o to proszony – robić znaki krzyża na czołach rodzących kobiet, kiedy przerwy w skurczach dawały im chwile wytchnienia. Na szczęście oba porody odbyły się książkowo i bez komplikacji.

Skoro mowa o narodzinach, to niech mi tu będzie wolno przyłączyć się do ruchu mam, które chcą karmić dzieci piersią w przestrzeni publicznej, czyli także w kościołach.

Towarzyszyłeś kobietom przy porodzie, a mnie zdarzało się słyszeć o sytuacjach, kiedy ksiądz kapelan omijał ginekologię, bo wydawało mu się, że jego obecność w takim miejscu jest… niestosowna.

– Wiem, że tak się zdarza. Myślę, że wciąż pokutuje tu stereotyp, jakoby ciąża i połóg były sferami zastrzeżonymi dla kobiety, ewentualnie małżonków. Ale nie bez znaczenia jest tu również pewnie nieumiejętność znalezienia się w tak intymnej przestrzeni, a może czasem w ogóle lęk wobec seksualności.

Okładka "Żyć aż do końca"

Ks. Jan Kaczkowski, Katarzyna Jabłońska„Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”, Wydawnictwo Więź, Warszawa 2017

Moje doświadczenie kapelana dowodzi, że oddziały ginekologiczno-położnicze są wspaniałe i radosne, dopóki nic złego się tam nie dzieje. Cudownie jest obserwować szczęście z narodzin, tę bezbronność, ale też i siłę życia w kruchym noworodku. Kiedy jednak przy porodzie poszło coś źle i dziecko rodzi się martwe albo bez szans na przeżycie, kiedy umiera rodząca, kiedy mamy do czynienia z bardzo wczesnym urodzeniem albo poronieniem – Boże, to są rzeczy niewyobrażalne, jedne z najstraszniejszych w mojej posłudze kapelana. Chrzciłem takie malutkie dzieciątka. Jedno z nich, urodzone w dwudziestym siódmym tygodniu życia, nie mogło samo oddychać. Przez przezroczystą wręcz skórkę widać było bijące serce i wiadomo było, że za chwilę odejdzie.

Kobieta, która poroniła, słyszy wcale nie tak rzadko: „Nie rozpaczaj, jeszcze przecież na pewno urodzisz dziecko”.

– Skoro tak, to kobietę, która straciła męża, można pocieszyć: „Do góry głowa, może pani jeszcze raz wyjść za mąż, wszak jest pani wdową, a nie rozwódką!”. No jasne, że ironizuję, ale szlag mnie trafia, kiedy słyszę takie brednie. Kobieta, która poroniła, ma prawo przeżyć tę stratę, jakby chodziło o jej jedyne dziecko. Wręcz powinna przejść przez cały, często trwający długo, proces żałoby po swoim dziecku. Tego nie da się przyspieszyć ani przeskoczyć.