Korekta płci to nie kaprys, człowiek nie decyduje się na nią dlatego, że znudziło mu się bycie mężczyzną albo kobietą. Wierzę, że Bóg jest po naszej stronie – mówiła Ewa Hołuszko w rozmowie z „Więzią” w 2014 roku.

Wywiad ukazał się w kwartalniku „Więź” nr 1/2014.

Katarzyna Jabłońska: W przeciwieństwie do interseksualizmu, gdzie występują zaburzenia cielesno-hormonalno-genetyczne, transpłciowość polega na niezgodności między psychicznym poczuciem płci a biologiczną budową ciała. O ile wyznaczniki interseksualności da się wymiernie określić, o tyle z transpłciowością nie jest to już takie oczywiste?

Ewa Hołuszko: Wyznaczniki transpłciowości są oczywiście mniej widoczne gołym okiem, ale istnieją narzędzia, którymi można je zbadać. Każda osoba, która – jak ja – decyduje się na korektę płci, podawana jest odpowiednim badaniom medycznym i testom psychologicznym. Poza tym człowiek to nie tylko biologia. Oczywiście rodzimy się w konkretnym ciele kobiety lub mężczyzny, ale na to, kim jesteśmy, ogromny wpływ ma nasza konstytucja psychiczno-duchowa. No i niestety pewien niewielki procent populacji ma to nieszczęście, że dotknięty jest tzw. zespołem dezaprobaty płci, polegającym na niezwykle głębokim, silnym i stałym, nieprzezwyciężalnym braku identyfikacji ze swoją płcią cielesną.

Proszę wybaczyć moją niedelikatność, ale to naprawdę trudno zrozumieć.

– Wiem, że komuś, kto nie został tym naznaczony, trudno to nie tylko zrozumieć, ale w ogóle sobie wyobrazić. Poniosłam tu zresztą osobiste klęski, jak chociażby reportaż Jacka Hugo-Badera, który miał być mnie poświęcony i przybliżać istotę transpłciowości – i tak funkcjonuje – a opisuje kogoś, z kim absolutnie nie mogę się utożsamić. Nie przeżywam rozdwojenia jaźni, jak to można wywieść z tego reportażu.

Również bohater dramatu „Ciała obcego” Julii Holewińskiej, utworu inspirowanego Pani historią, to transwestyta, a nie transseksualista…

– Nigdy nie miałam potrzeby przebierania się za kobietę. Za to zawsze w najgłębszej swojej istocie psychoduchowej czułam się kobietą. Niestety kobietą uwięzioną w męskim ciele. Jak to jest: żyć w obcym ciele, które nieustannie człowieka uwiera? Proszę sobie wyobrazić, że jutro rano budzi się Pani i wszystko wydaje się jak co dzień: sposób postrzegania i przeżywania świata, również samej siebie jako kobiety i relacji z innymi, w których przecież płeć odgrywa bardzo ważną rolę. Wszystko jest takie samo, poza jedynym – okazuje się, że ma Pani męskie ciało. Ani Pani wewnętrzny świat, ani stosunek do zewnętrznej rzeczywistości nie zmieniły się, zmianie uległo tylko ciało. Jak by Pani na to zareagowała?

Byłabym przerażona.

– Ja też byłam. Już jako dziecko czułam się „inną” i absolutnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nikt na zewnątrz nie miał jednak prawa domyślać się tego. Dorastając, zaczęłam szukać informacji w książkach medycznych, ale o transpłciowości nic w nich nie znalazłam, w ogóle nie znałam wtedy tego słowa. Dopiero w 1982 roku z książki seksuologa Kazimierza Imielińskiego dowiedziałam się, kim jestem. Poczułam ulgę, że w końcu wiem. Poza tym byłam mocno zaangażowana w działalność opozycyjną, walkę o wolną i sprawiedliwą Polskę. Życie prywatne było na dalszym planie, co nie znaczy, że sprawa mojej transpłciowości w ogóle znikła z mojego pola widzenia. Dla mnie jako osoby wierzącej najgorsze w tamtym czasie było to, że wszystkich okłamuję.

Marek Hołuszko – pseudonim „Hardy”, członek zarządu Regionu Mazowsze i przewodniczący regionalnej Komisji Interwencyjnej. Delegat na I Krajowy Zjazd Delegatów NSZZ „Solidarność” we wrześniu 1981 r., zasiadał w komisji uchwał i wniosków. Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywał się, ale też kierował podziemnym Międzyzakładowym Komitetem Koordynacyjnym, w którym odpowiadał za druk i kolportaż podziemnej prasy (m.in. „Tygodnika Solidarność” i „Woli”). W latach 1982–1983 więziony. W życiu prywatnym żonaty, ojciec dwóch synów…

– Bardzo chciałam mieć rodzinę. Nie chcę zanadto psychologizować, powiem tylko, że relacja z żoną to w dużym stopniu realizacja modelu: rodzic-dziecko. Bardziej chciałam być matką niż mężem i podświadomie chętnie weszłam w rolę rodzica; zrobiłam to instynktownie. Żona pewnego dnia odeszła, pozostawiając dzieci. Sąd zawiesił jej prawa rodzicielskie, nie było w tym żadnych moich starań. Jeszcze kiedy byliśmy rodziną, zwłaszcza przy pierwszym dziecku, w większości to ja zajmowałam się synem – przewijałam, prałam pieluchy, nie było wtedy pampersów. Kiedy urodził się nasz drugi syn, mój udział w tego rodzaju czynnościach był nieporównanie mniejszy; miał pół roku, kiedy wyszłam z domu – właśnie wprowadzono stan wojenny, najpierw się ukrywałam, a potem zostałam uwięziona – wróciłam dopiero półtora roku później.

Marka Hołuszkę łączyły więzi przyjaźni z wieloma osobami z opozycji demokratycznej, pośród nich był również ks. Jerzy Popiełuszko. Naprawdę nikomu z nich nie była Pani w stanie opowiedzieć o sobie?

– Jurek i ja to ciekawy przypadek – mamy podobne korzenie etniczne, o czym świadczą nasze nazwiska: Hołuszko i Popiełuszko. On od dzieciństwa rzymski katolik, mówiący najpierw językiem de facto białoruskim. Ja wyznania prawosławnego. Kiedy po ogłoszeniu stanu wojennego ukrywałam się, on pomagał moim najbliższym. Dzięki niemu synowie trzy miesiące spędzili w domu Zofii Bigosowej pod Zakopanem. Tam mnie zresztą po raz pierwszy otoczono, ale się wymknęłam.

A nie mówiłam nikomu, bo nie chciałam, żeby ta trudna do zrozumienia – wtedy o wiele bardziej niż dzisiaj – kwestia zachwiała zaufanie do mnie. Rozmawiałam o tym jedynie z Bogiem. Boga nie oszukiwałam – przed nim mogłam być sobą. Ale z ludźmi już nie, spowiednikowi też nie mogłam powiedzieć. Dziś już mogę, ale też nie każdemu. Mam wyznaczonych przez naszego metropolitę dwóch – jak ich my, prawosławni, nazywamy – duchowników. Mam szczęście, bo to wspaniali kapłani. Gdyby nie łaska wiary, dziś bym z Panią nie rozmawiała. Co jednak z tymi, którzy jej nie mają albo odrzucają Boga? Trudno mi sobie taką samotność wyobrazić.

Jak odbierana jest Pani w swojej społeczności religijnej?

– Katolik może zmienić parafię i nikt nie musi wiedzieć, że przeszedł korektę płci. Ja w swojej malej społeczności się nie ukryję – ani w Warszawie, ani na Białostocczyźnie. Pamiętam, jak pierwszy raz po korekcie płci przystępowałam do Eucharystii: za moimi plecami odezwał się taki raczej niechętny szmer. Dziś nasze społeczeństwo nadal niewiele wie o uwarunkowaniach transpłciowości, nadal traktowani jesteśmy jak trudne do zaakceptowania dziwolągi, niektórzy z pogardą mówią o nas: zboczeńcy. Ci jednak, których ten problem dotyczy, mają nieporównywalnie większy dostęp do informacji na temat transpłciowości niż to było w czasach mojej młodości.

Kto był tą pierwszą osobą, której powiedziała Pani, że jest transpłciowa?

– W latach 90. natknęłam się na książkę Ady Strzelec „Byłam mężczyzną”. Najpierw jedynie przekartkowałam ją w księgarni. Nie kupiłam – bałam się. Ona przecież to zrobiła, poddała się korekcie płci, była drugą osobą w Polsce, która przeszła taką operację. W końcu jednak kupiłam książkę Ady, bardzo dla mnie ważną – dzięki niej po raz pierwszy spotkałam kogoś takiego jak ja! Posłałam na adres wydawnictwa list do Ady, w którym napisałam: jestem taka jak Pani. Osobiście spotkałyśmy się dużo później.

Losy Ady Strzelec przed korektą płci i po niej naznaczone były tragizmem. Nieustanny wewnętrzny konflikt, nawracające depresje, a po operacji ostracyzm społeczny, wręcz okrucieństwo, z jakim się spotykała, dramat rodzinny…

– Losy dużej części z nas są bardzo tragiczne – wielu nie wytrzymuje i popełnia samobójstwo. A ci, którzy decydują się na korektę płci, często bywają pogrzebani za życia. Ada wiele wycierpiała. Opisana przez nią historia z grupą nastolatków, którzy chcieli ją rozebrać i sprawdzić, czy naprawdę jest kobietą – to jeden z mniej drastycznych przykładów.

Wtedy jednak nie myślałam jeszcze o korekcie płci, pomimo że marzyłam, aby być wreszcie we własnym ciele, czyli ciele kobiety. Stąd zapewne brał się mój lęk przed sięgnięciem po książkę Ady. Gdybym w tamtym czasie zdecydowała się na taki krok, sąd odebrałby mi dzieci. Postanowiłam wytrwać dla dzieci, ale było coraz gorzej. Zaczęły nachodzić mnie myśli samobójcze. Tak się złożyło, że zaangażowana byłam wtedy w budowę prawosławnej parafii w Częstochowie i przy okazji przyjazdu tam patriarchy Konstantynopola uczestniczyłam w nabożeństwie prawosławnym odprawianym przed cudownym obrazem Czarnej Madonny. Całe to nabożeństwo przeżywałam na kolanach i gorąco modliłam się do Maryi, aby wyprosiła u swego Syna siłę dla mnie.

Losy dużej części z nas są bardzo tragiczne – wielu nie wytrzymuje i popełnia samobójstwo. A ci, którzy decydują się na korektę płci, często bywają pogrzebani za życia

Jednak jakiś czas potem przyszedł straszny kryzys. Był 11 listopada 1988 roku – synów wysłałam do mojej matki, zamierzałam wszystko tak upozorować, aby wyglądało na wypadek, żeby dzieci nie żyły z piętnem ojca samobójcy. Cały czas dręczyła mnie też myśl, że samobójstwo to grzech, nie widziałam już jednak dla siebie innego wyjścia. Zdeterminowana stanęłam przed ikoną Matki Bożej. I – jakkolwiek zabrzmi to dziwnie – poczułam, że jakaś wielka siła powala mnie na kolana. Klęcząc już, usłyszałam swoje własne słowa, wypowiadane oczywiście przeze mnie samą, ale jakby się to działo poza mną: Panie Boże, przyrzekam Ci, że będę żyć, tylko błagam, pomóż mi, abym od jutra wszystko zmieniła. Następnego dnia zadzwoniłam do lekarza, zaczęłam terapię, w końcu – w 2000 roku przeszłam operację korekty płci.

Nie bała się Pani, że ten krok może skrzywdzić Pani synów?

– To była dla mnie straszna decyzja. Kiedy ją podejmowałam, miałam 48 lat; byłam ojcem trzech synów, synem swojej matki i bratem dla rodzeństwa. Po korekcie płci miałam stać się w sensie społeczno-kulturowym: matką, córką i siostrą. Ta radykalna zmiana dotyczyła nie tylko najbardziej osobistego, ale też społecznego wymiaru mojego życia, w którym byłam znanym działaczem opozycji demokratycznej i cenionym pracownikiem. To wszystko było dla mnie bardzo ważne, ale w pewnym momencie człowiek żyjący w niezgodzie z samym sobą dochodzi do takie poziomu rozpaczy, że tak dalej żyć już nie może. Osoby takie jak ja mają zasadniczo tylko dwa wyjścia: albo rozstać się z życiem, albo poddać się korekcie płci. Każde z nich okupione jest cierpieniem, mnóstwem wątpliwości i wewnętrzną walką. Tym bardziej, że nasze decyzje bezpośrednio wpływają również na życie tych, których najbardziej kochamy. Jednak koszmaru transseksualizmu nie umiem z niczym porównać. Nawet z rakiem, na którego zachorowałam kilka lat temu.

Dziś żyje Pani w bardzo trudnych warunkach – mimo ukończenia czterech fakultetów nie może Pani znaleźć pracy, a jeśli czasem się udaje, to zawsze jest ona dużo poniżej Pani kwalifikacji. Mieszka Pani w niewykończonym domu z prowizorycznym dachem, bez tynków, z podłogami ze zwykłych desek leżących na ziemi. Część bliskich odwróciła się od Pani…

– Moje rodzeństwo nie chce mnie znać. Ja wiem, że cała ta sytuacja jest niewyobrażalnie trudna. Dla wielu tak trudna, że woleliby, byśmy – ci, którzy zdecydowali się na korektę płci – raczej umarli. Na szczęście z synami mam dobry kontakt. Do tego, od chwili operacji przestałam być już transseksualistką. Czuje się całkowicie kobietą. No może … kobietą po przejściach.

Synowie mówią do Pani: mamo?

– Bardzo bym chciała, ale rozumiem, że to dla nich zbyt trudne. Zwracają się do mnie po imieniu.

Są tacy, którzy korektę płci nazywają poprawianiem Pana Boga.

– My nie poprawiamy Boga, a jedynie naturę, która czasami popełnia błędy. Jeśli ktoś urodzi się niewidomy, a można sprawić, że będzie mógł widzieć, to chyba powinniśmy podjąć działania, żeby mu to umożliwić? Korekta płci to nie jakiś tam kaprys, człowiek nie decyduje się na nią dlatego, że znudziło mu się bycie mężczyzną albo kobietą. Zważywszy cenę, jaką wciąż płaci się za tę decyzję, byłby głupcem, gdyby kierowały nim takie motywy. Wierzę, że Bóg jest po naszej stronie.

Pośród nas, podobnie jak pośród osób heteroseksualnych, zdarzają się tacy, którzy postępują niemoralnie. Nie jesteśmy jednak – jak wielu próbuje wmówić społeczeństwu – grupą zboczeńców, w których naturę wpisana jest niezdolność do prawdziwej miłości i czynienia dobra

Osobom transpłciowym można pomóc. Dlaczego więc tego nie robić? Jakie są powody, aby na to nie pozwolić i nie akceptować osób, które przeszły korektę płci? Takiej procedurze poddawane są przecież osoby, u których wykluczono zaburzenia psychiczne. Dla kogo i dla jakich wartości stanowimy zagrożenie?

Dążenia środowiska LGBT zmierzające do zrównania ich praw z prawami osób heteroseksualnych oskarża się o rozmontowywanie ładu społecznego, kulturowego i moralnego.

– Wbrew wciąż pokutującej opinii transseksualiści czy homoseksualiści to w większości wcale nie osoby epatujące swoją innością, czy prowadzące rozwiązłe życie. Pośród nas, podobnie jak pośród osób heteroseksualnych, zdarzają się tacy, którzy postępują niemoralnie. Nie jesteśmy jednak – jak wielu próbuje wmówić społeczeństwu – grupą zboczeńców, w których naturę, niejako a priori, wpisana jest niezdolność do prawdziwej miłości i czynienia dobra. Wymienianie nas jednym tchem z pedofilami i innymi przestępcami to wielka intelektualna i moralna nieuczciwość, która często przekłada się na realne ludzkie dramaty. I to nie są wymysły: bardzo religijni rodzice potrafią wyrzucić swoje dziecko z domu i wyrzec się go, kiedy dowiadują się, że jest gejem czy lesbijką. Mnie samą oskarżono, że dokonując korekty płci, przyczyniłam się do śmierci własnej matki. A prawda jest taka, że mama zmarła na nieuleczalny nowotwór. Gdybym nie skontaktowała się z jej lekarzem, żyłabym w wielkim bólu i poczuciu winy, bo w ostatnich chwilach jej życia nie dopuszczano mnie do niej i nie mogłam wiedzieć, czy rzeczywiście moja decyzja była dla mamy tak wielkim obciążeniem, że przypłaciła ją życiem.

Angażuje się Pani w działania na rzecz osób LGBT, ale nie należy do żadnej z grup tworzonych przez te środowiska. Dlaczego?

– Tuż po operacji, kiedy większość ludzi odwróciła się ode mnie, miejscem, gdzie byłam mile widziana, była grupa kobieca warszawskiej Lambdy – bardzo jestem wdzięczna za tę życzliwość. Jednak nie utożsamiam się w pełni z postulatami czy programem żadnej z organizacji czy grup LGBT. Niektóre z nich idą – według mnie – za daleko. Jestem przeciwna teoriom ignorującym pojęcie płci. Istnieją wprawdzie takie osoby, które nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie, do jakiej płci należą, są to jednak rzadkie wypadki. Ogromna większość – osoby hetero-, homo-, interseksualne, czy transpłciowe – potrafią określić swą płeć. I chociaż u tych ostatnich zachodzi inwersja płci psychicznej w stosunku do fizycznej, to jednak nadal określana jest ona dwubiegunowo. Podobnie jest z tak zwaną płcią kulturową, która jest męska lub żeńska.

Teoria queer, która w ruchu LGBT zdobywa coraz szerszą popularność, stawia na indywidualizm. Znane nam orientacje seksualne: hetero-, homo- czy biseksualizm są przedstawiane w niej jako tylko jedne z całego wachlarza możliwych tożsamości (na dodatek płynnych i zmiennych), z których każda zasługuje na akceptację i szacunek. O ile zgadzam się, że wobec każdego człowieka powinniśmy odnosić się z szacunkiem, o tyle wprowadzanie w życie idealistycznych i skrajnie indywidualistycznych teorii, bez uwzględnienia kontekstu społecznego i kulturowego, uważam za szkodliwe i naiwne. W naszej kulturze, w której płeć wciąż odgrywa kluczową rolę, próby rozmywania lub ignorowania pojęcia płci szkodzą grupom najbardziej zagrożonym nietolerancją. To właśnie przede wszystkim one są głównym podmiotem ataku i szykan ze strony tych wszystkich, którzy z tak daleko posuniętymi zmianami społeczno-kulturowymi się nie godzą. W przypadku LGBT taką grupą są osoby transpłciowe, a szczególnie kobiety w męskim ciele, które są w trakcie korekty płci i już po jej zakończeniu. Właśnie one, ponieważ korekta płci oznacza widoczne zmiany w ich ciele.

Za kryzys instytucji rodziny nie są odpowiedzialni geje, lesbijki czy transseksualiści. Dla większości z nas rodzina to wielka wartość. My również bolejemy, że jest ona dziś bardzo zagrożona

Możliwość nieograniczonego wyboru tożsamości płciowej przez człowieka, którą postulują zwolennicy teorii queer – nawet jeśli zawiesimy tu normy moralne czy cały kontekst kulturowy – nie ma szans sprawdzić się w praktyce. Podobnie jak utopią była znana z poprzedniej epoki idealistyczna teoria, że w przyszłym – bezklasowym i pozbawionym pieniądza społeczeństwie – każdy miał brać i dostawać niezbędne mu dobra według swych potrzeb. Błąd tkwi tu w przyjęciu a priori pierwotnie czystej natury człowieka, o której wiemy dziś z całą pewnością, że nie jest doskonała. Według mnie w praktyce teoria queer powoduje ograniczenie odpowiedzialności jednostki za popełnione czyny, w przeciwieństwie do klasycznego gender, które nakłada rygory moralne związane z płcią społeczną.

Za swoją opozycyjną działalność została Pani odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Jak postrzegana jest Pani w środowisku dawnych kolegów z opozycji?

– Prezydent Kaczyński przypiął mi order i pocałował w rękę. A moi „dawni towarzysze broni”? Traktują mnie różnie – są tacy jak Wujcowie, na których można liczyć jak na prawdziwych przyjaciół. Są i tacy, którzy z niechęcią – żeby nie powiedzieć ze wstrętem – podają mi rękę. Niektórzy twierdzą, że jestem osobą mało wiarygodną i nie powinnam starać się o kredyt zaufania społecznego. A ja nadal chciałabym pracować na rzecz naszego kraju, być społecznie użyteczna – tę potrzebę mam we krwi. Chcę być traktowana jak każda kobieta mająca potrzebę angażowania się w działalność społeczną czy polityczną.

Są jednak i tacy, którzy obdarzają Panią zaufaniem. Jest Pani zaangażowana w tworzenie rządowego projektu ustawy regulującej procedury korekty płci, który przygotowywany jest przez Ministerstwo Sprawiedliwości.

– Udział w pracach nad tą ustawą to wielka odpowiedzialność, cieszę się, że zaangażowany jest w ten projekt znakomity prawnik, wiceminister Michał Królikowski.

Jak wiadomo, powstał też alternatywny projekt poselski, sygnowany m.in. przez Anię Grodzką. Idzie on o wiele dalej niż ten, w który ja jestem zaangażowana. Ja sama widzę jego wartość, uważam jednak, że w naszych warunkach i w tym momencie projekt rządowy jest właściwszy, przynajmniej w takim kształcie, w jakim niedawno go opiniowałam. Opiera się on zresztą na zupełnie innych założeniach – dotyczy on tylko i wyłącznie osób transpłciowych, gdy tymczasem projekt poselski dotyczy grupy znacznie szerszej.

Mówi Pani ciepło o Annie Grodzkiej, która w poprzedniej dekadzie uwikłana była w system, z którym Pani walczyła.

– To prawda. Rozmawiałyśmy o tym. Ważne dla mnie jest to, że chociaż była ona jedną z działaczek młodzieżowych organizacji wspierających poprzedni system, nie ma śladu, by skalała się współpracą z SB.

Czy w tym, co spotkało Panią w życiu, próbuje szukać Pani zamysłu Boga?

– Próbuję, ale to dla mnie wciąż tajemnica. Wierzę, że Bóg kiedyś mi sens tego wszystkiego pokaże. Na dziś swoje zadanie widzę tak: chciałabym przyczynić się do zrozumienia, że za kryzys instytucji rodziny nie są odpowiedzialni geje, lesbijki czy transseksualiści. Dla większości z nas rodzina to wielka wartość. My również bolejemy, że jest ona dziś bardzo zagrożona przez brutalizację życia, antyludzkie prawa pracy (którym blisko do dziewiętnastowiecznego kapitalizmu), materialistyczne nastawienie do życia czy wyścig szczurów. Dla mnie to osobisty dramat, że kultura zagubiła dziś szacunek dla duchowego wymiaru życia człowieka. Na dodatek seksualność człowieka odrywana dziś jest od odpowiedzialności i traktowana głównie w kategoriach przyjemności. A przecież Bóg stworzył seks po to, aby dwoje ludzi mogło budować głęboką, opartą na wierności więź. To doświadczenie jedności, jakie towarzyszy aktowi seksualnemu, pokazuje, że taka głęboka więź między dwojgiem osób jest możliwa.

Marzy mi się – i tu też widzę dla siebie zadania – byśmy diagnozując bolączki naszej codzienności, opierali się na faktach, a nie stereotypach, byśmy uważniej słuchali swoich przeciwników, a nie a priori ich dezawuowali. Lamentujemy na przykład nad spadającą dzietnością w Polsce – i słusznie. Ale to za mało. Zobaczmy, dlaczego we Francji, Szwecji czy USA nie ma tego problemu? Dlaczego polskie emigrantki na Wyspach Brytyjskich rodzą o wiele częściej niż nasze rodaczki w kraju? Oczywiście dlatego, że tam państwo stwarza o wiele lepsze warunki tym, którzy decydują się na dziecko. Ale też dlatego, że w tych krajach jest inna pozycja kobiety niż u nas. I tu naprawdę nie chodzi o unifikację kobiet i mężczyzn, ale dążenie do likwidacji tych czynników, które w pewnych wymiarach życia społecznego w widoczny sposób dyskryminują kobietę. To naprawdę nie jest wymysł. Jako osoba, która przez część swojego życia musiała funkcjonować społecznie jako mężczyzna, widzę to dziś wyraźnie.

Rozmowa ukazała się w kwartalniku „Więź” nr 1/2014.